Pożegnanie z Pondami

by 2.10.12 5 komentarze
Czyli parafrazując Wokulskiego: "Farewell, Mrs and Mr Pond, farewell!"

Najbardziej przerażający fragment odcinka.
Oprócz tego, że ja paradoksu nie rozumiem. Ale o tym później. I oczywiście spoilery, jak zwykle, a nawet bardziej.

Jak pewnie wiecie (albo i nie), nie przepadam za Moffatem. Co prawda dał nam mojego ukochanego Jedenastego, ale oprócz tego jego wizja Doktora jest dla mnie strawna w bardzo małych dawkach. Od pewnego czasu zaś mam spore zastrzeżenia co do jego odcinków, bo widzę, co chciałby osiągnąć, jego założone cele, jeśli chodzi o poruszenie emocjonalne widza, ale niestety przysłania to jego chęć popisywania się błyskotliwymi, acz niesamowicie durnymi pomysłami, których nikt mu z głowy nie wybija. W tym odcinku takim chybionym pomysłem była oczywiście Statua Wolności jako Weeping Angel. Odcinek zaczyna się dobrze, opowieść detektywa (bo Dresden, do Resnick, bo Blacksad, bo Chandler, bo Brawne Lamia) bardzo mi się podoba, a potem nagle Anioł, na którego cały czas ktoś patrzy, który ma 46 metrów wysokości i który się skrada przez wodę? Ja tego nie kupuję po prostu. Jedyny dobry pomysł z tym motywem związany miała Beryl, podejrzewając, jak się potem okazało mylnie, że małe anioły zaganiają ogromnemu żarcie, jak w "How to Train Your Dragon" - co jeszcze miałoby jakiś sens. No ale już np. cherubinki z podłożonym tupotem małych stóp to pomysł bardzo dobry. I tak mam z całym dorobkiem Moffata od poprzedniej serii.

Moffat troll.
Niesmak spowodowany Statuą wynagrodził mi nieco modernistyczny budynek hotelu, w którym Anioły trzymały swoje ofiary. Dział scenografii w tym odcinku popisał się jak nigdy, nie wiem, skąd wykopali co poniektóre rekwizyty (suknia River!), ale gratuluję i zazdroszczę umiejętności. Fajny był też motyw z użyciem "Englishman in New York", żart na dwóch poziomach, alien jako imigrant i alien jako Time Lord. Takich szczególików, które w gruncie rzeczy sprawiają, że odcinek oceniam na mocne 3, a nie niżej, było więcej: Doktor znajdujący okulary ekscytującymi, Amy grająca w misie-patysie czy "blinkające" oko na jednym z ekranów na Times Square. No i oczywiście 221B, ha ha.

Podobał mi się motyw z książką Melody Malone, choć trochę deus ex machina, River mu ją do kieszeni podrzuciła? No ja proszę bardzo. Poza tym paradoks, um, niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego Doktor nie mógł odwiedzać Pondów po roku 1948? Wtedy ustalił się fixed point in time, ale nigdzie nie jest powiedziane, że Amy i Rory musieli do końca życia w NY mieszkać, prawda? Musieli tylko mieć tam nagrobek. Michio zwraca uwagę, że kluczowe są tu słowa "Amelia's Last Farewell" (czy jakoś tak, nie chce mi się sprawdzać), czyli już się nie spotkają, bo wtedy nastąpi paradoks, ale czy River, umiejąca prowadzić TARDIS lepiej od Doktora River załatwiłaby w tak głupi sposób własną matkę i własnego męża? Trudno mi w to uwierzyć, zwłaszcza po wydarzeniach z szóstego sezonu, gdzie Doktor umarł, a potem się okazało, że śmierć została sfingowana - czyli takie rzeczy da się w tym universum obejść. Czego nie rozumiem (choć wielokrotny reset rzeczywistości mógłby to wyjaśnić), to jak Doktor jednocześnie pojechał do małej Amelii czekającej na niego w ogrodzie i kazał Amy z "Eleventh Hour" czekać na siebie lat 15, hę?

Przy okazji, w jakim punkcie swojego życia znajduje się River? Bo wygląda na to, że skoro przywrócono ją do profesury przy okazji uniewinnienia, to niedługo przed "Silence in the Library". Smutne jest to, że martwi się o swój proces starzenia, a tak naprawdę nie dostanie na to szansy. (I jeszcze to.) Może to i dobrze, biorąc pod uwagę fakt, iż starzenie się wydaje się być kryptonitem Doktora - chociaż Dziesiątka tak nie desperował. Smutne jest też to, że Brian Williams wysłał swojego syna z żoną w podróż po czasie i przestrzeni, a sam został podlewać im kwiatki - a oni nigdy nie wrócili. Mam nadzieję, że Doktor wstąpił do niego z wyjaśnieniami.


A potem Rory umiera (który to raz? dziewiąty? przynajmniej Moffat zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo nadmiernie wykorzystywany stał się ten patent), a żarówki znowu mrugają; a ponieważ mrugały przez cały sezon, potwierdza to moją tezę, że szukają Rory'ego, który im zwiał, co oznacza, że Pondowie nie utknęli w NY w 1948 roku (a przynajmniej nie na długo). A jeśli jednak utknęli, to mam głęboką nadzieję, że choć spróbowali odszukać małą Melody, która w tym mieście ląduje w 1969. (EDIT: Ha!)

Czy będę tęsknić za Pondami? Nie sądzę, Amy zdołałam polubić dopiero w tym sezonie, a najlepszą cechą Rory'ego jest jego ojciec. Osobiście już zacieram rączki w oczekiwaniu na Clarę. To już niedługo, ani się nie obejrzymy, a już będzie Boże Narodzenie. Czego i sobie, i wam życzę.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.