Our House, czyli luźne spodnie nie wystarczą

by 1.11.12 5 komentarze
Właściwie mogłabym napisać, że "Our House", najnowszy musical na afiszu Teatru Rozrywki, który powstał chyba tylko po to, by najmłodszy narybek aktorski miał w czym szaleć na scenie, bardzo przypomina zamknięcie tegorocznych igrzysk olimpijskich w Londynie (i tu, i tam piosenki zespołu Madness, choć tylko raz w oryginalnym wykonaniu) - jest bardzo brytyjsko, ogląda się miło i pozostawia po sobie ogólne wrażenie chaosu i zupełnie wystarczyłoby to za recenzję, ale mam ochotę trochę bardziej się rozpisać - zwłaszcza, że ze względu na bardzo przykre i cholernie bolesne zapalenie ucha prawie nie dotarłam do teatru. Na szczęście istnieją leki przeciwbólowe na receptę, hurra, ale na wszelki wypadek nie podejmuję się omawiać spektaklu pod względem wokalnym.

"Our House" to musical oparty na piosenkach grupy Madness (musieliście słyszeć przynajmniej tę tytułową - piszę "przynajmniej", bo podręczniki do nauki języka angielskiego wykorzystują utwory tej grupy z zapałem godnym lepszej sprawy), ze słowami Tima Firtha (scenarzysta m.in. "Kinky Boots" czy moich ukochanych "Dziewczyn z kalendarza"). Jeśli nigdy o nim nie słyszeliście, nie martwcie się: zbierał dosyć mieszane recenzje i po 10 miesiącach został zdjęty z afisza, mimo występu wokalisty grupy Madness w jednej z ról. Opowiada historię jak ze "Sliding Doors": główny bohater, Joe Casey (w polskiej wersji Maks Polak), w wieku słodkich lat 16 zostaje "rozdwojony" na dobrą i złą wersję. Widz obserwuje naprzemiennie te dwie alternatywne ścieżki rozwoju, aż do wielkiego i mocno dydaktycznego finału, trochę nudząc się podczas prawie trzech godzin spektaklu.

Projekt scenografii.
Dziwi więc decyzja Michała Znanieckiego, reżysera polskiej wersji, by wziąć na tapetę słabo oceniany materiał (wygodnie ignoruję fakt, iż "Our House" dostał Olivier Award dla Najlepszego Nowego Musicalu). Trzeba jednak przyznać, że miał na niego przyzwoity pomysł: komentarz do aktualnej sytuacji społecznej rodaków w Londynie. Główny bohater stał się więc Polakiem, imigrantem w trzecim pokoleniu, żyjącym w polskiej enklawie. Nie ma zbyt wielkich ambicji, chce się dorobić, niekoniecznie w legalny sposób, ożenić i mieć dzieci, samochód i dom na Polish Street (na którą zamieniono Casey Street gdzieś w Camden), przepraszam, John Paul II Street. Zmiany te jednak nie mają żadnego uzasadnienia w fabule, a tylko parę odniesień w scenografii. Motywem przewodnim jest jednak londyńskie metro: dwie różnokolorowe nitki na planie połączeń wskazują, czy oglądamy właśnie "złego" czy "dobrego" Maksa, oprócz tego cała ściana został pomalowana na wzór "underground tiles", a dwa pierwsze rzędy widowni przykryte szynami, po których plącze się Duch Ojca. Jest też oczywiście czerwona budka telefoniczna i całość nie mogłaby być chyba bardziej brytyjska.

Gdzieś w departamencie scenograficznym Teatru Rozrywki ukrywa się kryptofan "Doctora Who", jeśli sądzić po wielkim graffiti "Bad School" w jednej ze scen. W ogóle cały spektakl naszpikowany jest popkulturowymi odniesieniami, np. ojciec Maksa wygląda, jakby urwał się z TRONu w stroju złożonym ze skóry i LEDowych diod (choć tak naprawdę jest chyba szyną pod napięciem :D) i raz, w scenie z mieczami świetlnymi (każdy musical powinien mieć scenę z mieczami świetlnymi) powiedział dysząc "I'm you father!" - zaraz po najsłynniejszej scenie z "Titanica"; a w jednym z numerów tanecznych balet był oceniany jak w popularnym programie rozrywkowym stacji TVN, udało mi się też wychwycić nawiązanie do niesławnego odśpiewania hymnu narodowego przez Edytę Górniak oraz do całkiem niedawnego hitu "Call Me Maybe" - i do całkiem starego hitu "Umówiłem się z nią na dziewiątą".

Stark Expo? Nawiązanie nieświadome, jak sądzę.
Mając słaby materiał wyjściowy, obsada dwoi się i troi na deskach scenicznych, by coś w tego wyciągnąć. Trzeba przyznać, że bardzo dobrze im to wychodzi. Świetny jest odtwórca głównej roli, Maciej Pawlak, zastanawiam się, skąd Rozrywka bierze tych "złotych chłopców", ach tak, casting przecież był, ha ha, sama o nim pisałam. Dzielnie kroku dotrzymują mu Marcin Tomaszewski, jąkający się w roli Emo oraz Marta Florek i Agnieszka Rose w rolach drugoplanowych, acz niewątpliwie zapadających w pamięć. Podobał mi się też Kamil Guzy jako Dicky, choć mam pewne zastrzeżenia co do jego stroju (o czym później). Popisała się też stała grupa pod wezwaniem, Izabella Malik i Andrzej Kowalczyk prawie że biegali po scenie, ale najmocniej błyszczał Dominik Koralewski w małym, komediowym epizodzie.

Osobny paragraf należy się również kostiumom. Zaprojektował je celebryta, Tomasz Jacyków, głównie w szaro-zielonej palecie, która bardzo mi się podobała. Właściwie nie mam do nich większych zastrzeżeń, stroje ślicznie modelowały sylwetki aktorów i większość z nich chętnie widziałabym na sobie - może oprócz stroju Dikcy'ego, który paradował w przyciasnym, satynowym garniturze ze spodniami podwiniętymi do połowy łydki oraz w beżowych Conversach, powodując u mnie głęboką chęć powiedzenia z przekąsem: "No, Davidem Tennantem to ty nie jesteś". Był też jeden moment, w których w scenie na peronie metra znajdowało się kilka hipsterskich klonów projektanta, w zamotanych na szyjach szalach i nerdowskich okularach-zerówkach, co wywołało u mnie dosyć zdecydowany sprzeciw.

Złoty chłopak.
Są napisy końcowe, zaczynam się już do nich przyzwyczajać, na których wyraźnie widać, że granie sprawia wszystkim aktorom przyjemność; jest to bardzo, bardzo energetyczna część przedstawienia, z małym żartem w postaci gry na saksofonie, w przeciwieństwie do dosyć chaotycznego prequela granego w foyer teatru, które pewnie bym olała, gdyby nie fakt, że przede mną stał Kamil Franczak - poczekałam więc aż do końca i poprosiłam go o autograf w programie.

Czy polecam? Mniej więcej tak samo jak "Producentów": "Our House" to przyzwoity, momentami bardzo dobry spektakl, który po prostu do mnie nie trafił. Zaczynam podejrzewać, że to kwestia innych wrażliwości mojej i pana Znanieckiego. Ale czasu spędzonego w teatrze nie uważam za stracony.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.