Trzeba było jechać do Taszkientu, hrabio Wroński

by 11.11.12 16 komentarze
Miałam dzisiaj nieprzyjemność wybrać się ns przedpremierowy pokaz "Anny Kareniny" w reżyserii Joe Wrighta. Cieszyłam się na ten seans, naprawdę, ale mniej więcej w 1/3 miałam ochotę wstać i wyjść trzaskając drzwiami, bo oglądanie filmu było męczarnią. Jak na ekranizację jednego z największych literackich romansów na ekranie było zaskakująco mało emocji, parę głównych bohaterów chciałam przez większość czasu utopić, poza tym wizja reżysera nie trzymała się kupy Wisienką na torcie była oczywiście Keira Knightley.

Bo widzicie, ja mam z tą aktorką spory problem: nigdy nie widzę na ekranie postaci, którą ma odgrywać, tylko właśnie ją, co według mnie w tej profesji jest niewybaczalne. I możliwe, że "jej" Anna Karenina była świetnie zagrana (większość krytyków jest tego zdania), ale ja nie widziałam jej na ekranie ani przez chwilę. W dodatku Joe Wright upiera się, by obsadzać ją w rolach kostiumowych (zresztą nie tylko on), do których Knightley po prostu się nie nadaje - to na wskroś współczesna dziewczyna.

W całym filmie porządnie zagrane są tylko trzy postaci. Fantastyczny był Macfadyen jako Stiwa Obłoński, widz wierzył w jego dobroduszny hedonizm i aż przyjemnie było patrzeć na to, co wyczyniał na ekranie - zmazał tym samym w mej pamięci choć trochę swój okropny występ w roli pana Darcy'ego w bardzo złej "Dumie i uprzedzeniu". Cudowna była Ruth Wilson jako księżniczka Betsy, choć głównie jest to zasługa głosu tej niedocenianej aktorki. Trzecią zaś dobrze zagraną postacią był Karenin. Jude Law zagrał oszczędnie, ale i tak wyróżniał się na tle innych. Wypadał znakomicie zwłaszcza w porównaniu z Aaronem Taylorem-Johnsonem - i niestety jeśli widz bardziej kibicuje zdradzanemu, sztywnemu, zainteresowanemu głównie polityką mężowi, zamiast przystojnemu, młodemu, dobrze rokującemu oficerowi kawalerii, to coś jest w konstrukcji filmu mocno nie tak. Brak poza tym było jakiekolwiek chemii pomiędzy Anną a Wrońskim - a to już jest błąd karygodny.

Nietrafiona obsada nie jest jednak jedynym problemem tego filmu. Joe Wright jest reżyserem w gruncie rzeczy zdolnym, stawiającym na wizualną stronę filmów, ale przenosząc na taśmę celuloidową scenariusz Toma Stopparda (jego akurat bardzo lubię, ale tym razem mam wrażenie, że przegiął z interpretacją życia w miastach carskiej Rosji jako fałsz-życia na deskach teatru, to nie Szekspir, tu nie wszystko jest sceną, a napisanie "Rosenkrantz i Guilderstern nie żyją" zdarza się tylko raz w życiu, niestety) podporządkował treść formie. Widziałam całe ujęcia skonstruowane tak, by zapadały w pamięć jak zielona suknia w "Pokucie" - ale ponieważ brak było we mnie innej emocji niż głęboka irytacja i zniecierpliwienie, rejestrowałam je tylko na świadomym poziomie. Trochę szkoda, bo kostiumy i scenografia były cudowne; ale nawet one zawiodły, gdy zmęczył mnie już pierwszy, ogromny mastershot (pewnie byłby bardziej strawny, gdybym znała książkowy oryginał, ale ta lektura jest jeszcze przede mną); przy scenie balu zaś ziewałam, a powinnam mieć przecież wypieki na twarzy!

Oczywiście każdy powinien iść sam do kina, by przekonać się, czy jemu akurat wizja Wrighta i interpretacja Knightley odpowiada. Ja jednak uważam, że zmarnowałam ponad dwie godziny czasu, który mogłam poświęcić na kolejny seans "Skyfall" albo pisanie recenzji z "Loopera" (będzie w tym tygodniu, jeśli tylko znajdę ten tumblrowy diagram o różnych teoriach podróży w czasie).


Anna Karenina (2012) 
Reżyseria: Joe Wright
Scenariusz: Tom Stoppard
Gwiazdy: Keira Knightley, Jude Law, Matthew Macfadyen, Aaron Taylor-Johnson, Ruth Wilson

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.