Witamy w Szkocji, panie Bond

by 4.11.12 40 komentarze
SPOILERY JAK STĄD DO SIEDZIBY MI6


Fanką przygód agenta 007 jestem od lat. Moim ulubionym filmem był oczywiście "Goldfinger" - cudownie nakręcony, z "ciasnym" scenariuszem i Bondem, który pokazuje emocje. Potem było już nieco gorzej, choć mało rzeczy śmieszyło mnie kiedykolwiek tak bardzo jak "Moonraker" (którego bardzo lubię, żeby nie było, że narzekam, tylko sami rozumiecie, naziści na Księżycu to jak skandynawskie SF...) - a Roger Moore to mój ulubiony odtwórca tej ikonicznej postaci. Porażką były dla mnie filmy z Brosnanem, nigdy nie pojęłam jego pomysłu na Bonda, a globalizacja jako groźba powodowała u mnie porządnego facepalma. Jak pewnie wszyscy, byłam nieco niechętnie nastawiona do Daniela Craiga, ale jako jedna z niewielu wyszłam z seansu "Casino Royale" głosząc nową ewangelię. Co z tego, że Bond zaczął niebezpiecznie przypominać Jasona Bourne'a, skoro ja po raz pierwszy od czasu Seana Connery'ego widziałam na ekranie nie ikonę, a człowieka?

A potem, jak zimny prysznic, przyszedł "Quantum of Solace".

To nie tak, że był to zły film, do najgorszych w serii się nie umywa, ale to po prostu nie był ten sam poziom.

Potem przyszły kłopoty MGM i tak się złożyło, że "Skyfall" to film roku jubileuszowego. Z mojego punktu widzenia, los nie mógł tego lepiej ułożyć.

Jak już pisałam na tumblrze, od dziś moje Top 3 filmów bondowskich wygląda następująco:
1. "Skyfall"
2. "Casino Royale"
3. "Goldfinger"

Postaram się pokrótce wyjaśnić, co mi się w tym filmie podobało, ale nie wiem, czy mi się uda - moja reakcja jest bardzo emocjonalna.

Z pewnością bardzo podobał mi się pewien sentymentalny powrót do czasów zimnej wojny, do etosu profesji szpiega, a ponadto jakby zawężenie, skoncentrowanie zagrożenia. W "Skyfall" nikt nie chce przejąć władzy nad światem, tu chodzi o prostą, serwowaną na zimno zemstę. Pewne ujęcia jak żywo przypominają te z "Tinker Tailor Soldier Spy", zwłaszcza po przeniesieniu się pod ziemię, do bunkra Churchilla*, a Q ubiera się bardzo w stylu retro. Pięknym smaczkiem był prosty nadajnik jako standardowe wyposażenie agenta operacyjnego.



Javier Bardem, mimo okropnych włosów, jest jednym z ciekawszych czarnych charakterów, nie tylko w Bondzie; jego gra przypomina tę Christopha Waltza w "Inglorious Basterds" czy Hugo Weavinga w "Matriksie". A jego relacja z M, zwracanie się do niej jako do matki, widać było, jak obsesja skrzywiła jego osobowość. Podoba mi się też decyzja, by był biseksualistą: właściwie ma to sens, szpieg, który nie ma preferencji wobec płci, może być dwa razy bardziej skuteczny w wyciąganiu informacji poprzez łóżko. Tę postać łatwo można było spieprzyć, przerysować, zagrać karykaturalnie, ale wyczucie Bardema sprawia, że boimy się Silvy prawie tak mocno, jak boi się go Severine (też zagrana cudownie, tak przy okazji, zwłaszcza w scenach w kasynie w Makao, gdzie wyglądała jak młodsza siostra Marion Cotillard).

"Skyfall" zaczyna się jak pozostałe Bondy z Craigiem, od efektownego pościgu, ale z małym twistem: ktoś ginie i Bond wyraża swoją opinię na ten temat - już nie jest bezduszną maszyną do zabijania. Potem, podczas scen w Szanghaju, obawiałam się trochę powrotu do Bondów Brosnanowskich, których szczerze nie cierpię, ale na szczęście film szybko znowu stał się kameralny i zaczął przypominać odsłony z najlepszych czasów Connery'ego. Dla mnie Craig zawsze na pewnym podświadomym poziomie przypominał tego pierwszego, oryginalnego odtwórcę ikonicznej roli, w surowości swojej kreacji aktorskiej, w braku wybitnych zdolności aktorskich, które maskuje oszczędną mimiką i zaangażowaniem w sceny walki, ale w tym filmie ma to uzasadnienie w fabule.

Nie bardzo zachwycona byłam decyzją, by nieco rebootować postać. W "Casino Royale" Bond dopiero zaczyna swoją przygodę z MI6: dostaje licencję na zabijanie i uczy się fachu, popełniając błędy. To nie jest opanowany agent z "Quantum of Solace", to wyraźnie żółtodziób, w dodatku całkiem nieprofesjonalnie zakochujący się podczas wykonywania zadania. A w "Skyfall" jest to człowiek, który poważnie rozmyśla nad przejściem na emeryturę.

Ten przewijający się przez cały film motyw "zejścia ze sceny" jest dla mnie zresztą fantastycznym pomysłem. Eve decyduje się na pracę za biurkiem, przychodzi nowy M, nowy, młody, posługujący się komputerowym żargonem Q zdaje sobie sprawę z zagrożeń płynących z cyber-terroryzmu, Skyfall i ikoniczny Aston Martin zostają unicestwione. Jednocześnie nowoczesny wystrój gabinetu kobiety M zostaje zamieniony na bardzo klasyczny gabinet Mallory'ego. Symboliczne wydaje się też zejście całego MI6 do podziemi, co w wygodny sposób wyjaśnia M w swojej mowie końcowej przed komisją śledczą - skoro nie wiemy, przeciwko komu walczymy, też musimy wycofać się do cienia.


Strasznie podobało mi się też drobne puszczanie oka do widza: miss Moneypenny, Walther PPK, Q wspominający o wybuchających długopisach, a potem Aston Martin z wbudowanymi karabinami. A wisienką na torcie był Bond pijący odpowiednie martini, co na ekranie widać wyraźnie, choć słynna kwestia nigdy nie pada. Lubię takie smaczki, puszczanie oka do fanów serii, jak np. pytanie o drinka i odpowiedź Bonda w "Casino Royale" czy śmierć agentki Strawberry Fields w "Quantum of Solace", będąca kopią tej z "Goldfingera". "Skyfall" jest pod tym względem idealnym filmem na jubileusz 50-lecia, wiąże nowe z starym w sposób, który zachwyca.

Jednocześnie, chyba po raz pierwszy, w ramach charakteryzacji Bonda pokazano nam jego przeszłość. Czy była to słuszna decyzja, trudno mi ocenić, ale scenariuszowo jest to jeden z najlepszych (jeśli nie najlepszy) film o agencie 007. Każda scena ma znaczenie, nie ma tu miejsca na zbędne fajerwerki - co nie znaczy, że ich nie ma. Scena z wykolejonym pociągiem metra jest jedną  z najlepszych, jakie widziałam w tym roku w kinie, a została nakręcona bez użycia efektów komputerowych. Film cudownie domyka historię M jak mother figure dla Bonda.

Jednak co chyba najważniejsze, ten film broni się nie tylko jako kolejna odsłona przygód agenta 007, ale również jako rewelacyjny, bardzo dobrze nakręcony i wyreżyserowany film.


* "I'm Going Deeper Underground", jak śpiewał Jamiroquai na OST do "Godzilli"

P.S. Wiem, że ominęłam całe mnóstwo recenzji "Skyfall" na innych blogach, bo nie chciałam sobie nic zaspoilerować, zostawiajcie więc linki w komentarzach, żebym mogła je przeczytać.


Skyfall (2012)

Reżyseria: Sam Mendes
Scenariusz: Neal Purvis, Robert Wade, John Logan
Gwiazdy: Daniel Craig, Javier Bardem, Judi Dench, Ben Whishaw, Naomi Harris, Ralph Fiennes



Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.