O wielkiej potrzebie udomawiania hobbitów słów kilka

by 29.12.12 25 komentarze

Jeżeli w waszym życiu brakowało historii o małym jeżu, który oddał życie w mękach, to z pewnością ucieszycie się na wieść, że znajdziecie ją właśnie w „Hobbicie”. Będzie też o zającach i grabkach, ale na waszym miejscu bym się tym nie przejmowała, bo to naprawdę tylko poboczne elementy, a na całość warto się do kina wybrać (ja byłam już dwa razy – nie powiem, żeby było to jakieś cudne i genialne dzieło, ale z każdego seansu wychodziłam bardzo zadowolona), bo to przede wszystkim świetnie zrobiony film przygodowy, który ma w sobie nieco więcej patosu i epickości niż książka, na której podstawie powstał, ale im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej uważam, że wyszło to wszystkim na dobre, bo przynajmniej efekty na coś się przydały, a Thorin mógł kolczugą powiewać i do serca swego przytulać hobbity. 


Prawdę mówiąc na ekranizację jakiejkolwiek książki Tolkiena wybrałabym się bez względu na reżysera, obsadę, huragany, powodzie i zombie apokalipsę – zwłaszcza tą konkretną, bo od niej rozpoczęłam swoją przygodę z fantastyką (zawsze chciałam użyć tego zwrotu). Z dużym sentymentem wiążą się oczywiście całkiem spore wymagania – w tych kwestiach zostałam mocno „ugłaskana” już po ujawnieniu, że w obsadzie będziemy mieli Lee Pace`a, Benedicta Cumberbatcha, Sylwestra McCoya, a przede wszystkim Martina Freemana (dla mnie idealny aktor do roli Bilba), ale mimo wszystko dalej obawiałam się charakterystycznych dla filmowego „Władcy” dłużyzn. Na szczęście tego typu nieciekawych elementów praktycznie nie było, a z całości jestem bardzo zadowolona, bo otrzymujemy przyjemny i dobrze zrobiony film z różnymi ciekawymi jeżami. To znaczy – bonusami. W formie jeża Sebastiana. Ale o tym za chwilę.


Akcja, scenografia, efekty i nieco zmieniona fabuła – wszystko ciekawe, ale o tym, że jest też odrobina arcygenialności, decyduje właśnie Freeman grający tytułowego hobbita. Widoczne jest to zwłaszcza na samym początku – po dosyć długim wprowadzeniu w historię gorącego romansu Samotnej Góry ze smokiem i wynikającej z niego tragicznej przeszłości pewnych wędrownych krasnoludów, która najwyraźniej ma za celu zaprezentowanie, jak świetnie wyglądają efekty w 48 klatkach i 3D (efekty faktycznie świetne i bardzo realistyczne, gorzej, że ludzie wyglądają na plastikowych, a niebo przypomina fototapetę) przeskakujemy do spokojnego i dostatniego Shire. Zaczynamy od smoków, uciekających ludzi, krasnoludów i innych stworzeń (zgodnie z hitchockową zasadą, że fabuła powinna zacząć się trzęsieniem ziemi), a wszystko zaczyna być naprawdę zajmujące dopiero w momencie, w którym poznajemy bliżej Bilba nękanego przez kłopotliwe wizyty czarodziejów i krasnoludów. Zwłaszcza to, co te ostatnie potrafią zrobić z dobrze zaopatrzoną spiżarnią i serwetkami jest doprawdy przerażające – nikt nie cierpi tak pięknie nad śmiercią pasztetu jak Martin Freeman. Jego hobbit budzi natychmiastową sympatię i już w trakcie tego niezbyt długiego wprowadzenia przyłapałam się na coraz większym zachwycie nad tą czy inną zbolałą miną.


Na temat tych niedużych i dosyć włochatych stworzeń mogą zresztą być różne opinie (zarówno u widzów, jak i postaci), ale prawda jest taka, że prędzej czy później każdy takiego oswojonego hobbita będzie chciał mieć na własność (tudzież na deser, jeżeli mowa tu o Gollumie, orkach i innych brutalach). Stworzenie jest przecież nieduże i poręczne, a przy tym czyste, lojalne, potrafi gotować i nie ma żadnej brody, którą trzeba by było zaplatać (w przeciwieństwie do krasnoludów, które wprawdzie do perfekcji opanowały sztukę stylizowania swojego owłosienia, ale zasuwanie z taką ilością warkoczy przez pustkowia i krzaki nie brzmi jakoś specjalnie zachęcająco). Niestety po zakończeniu wstępu fabuła jest nieco bardziej skoncentrowana na bardziej widowiskowych i epickich elementach i momentami to, jak ciekawy jest Bilbo sam w sobie zaczyna się nieco gubić, a przecież „Hobbit” przyciąga chyba najbardziej właśnie poznawaniem zupełnie nowego fantastycznego świata z punktu widzenia mieszkańca miejsca raczej spokojnego i położonego daleko od jakichkolwiek wzniosłych i doniosłych spraw. Podobnie dzieje się z zafascynowaniem elfami – początkowo faktycznie jest jednym z powodów do wyruszenia na wyprawę, ale potem nie jest już aż tak wyraźne – Beryl ładnie podsumowała to mówiąc, że Bilbo patrzy na Rivendell bardziej jak przyszły lokator niż ktoś oczarowany i zachwycony.


Nie tylko hobbity się tu jednak wyróżniają (właściwie jeden hobbit, bo pozostałe przemykają się gdzieś w tle) - same krasnoludy też są bardzo ciekawe – mimo, że w znaczącym stopniu różnią się zarówno wyglądem, jak i charakterami, kiedy występują stadnie bardzo łatwo jest stracić ich rachubę, co prowadzi do konieczności ich ciągłego przeliczania (przy którym najczęściej kogoś brakuje). Zazwyczaj dokonuje tego Gandalf, który zaczyna coraz bardziej przypominać nauczyciela opiekującego się klasową wycieczką uzbrojoną w miecze, młoty i wybuchowe charaktery. Jeżeli ktoś rozpaczał nad wizją krasnoludów ze „Snow White and the Huntsman”, tutaj dostanie właśnie to, czego szukał – cała banda bywa i przezabawna, i bojowa, i dramatyczna, i wzruszająca – czasem głupia, czasem surowa, kolorowa, mściwa, krwawa, uprzedzona do elfów, dumna… Przede wszystkim krasnoludzka.

Najbardziej zapada w pamięć Thorin Dębowa Tarcza, czyli nękany ograniczoną liczbą wyrazów twarzy przywódca (pogardzam tobą, pogardzam tobą – jesteś elfem/to elfickie, cierpię i udaję, że śpię oraz chcę takiego hobbita na własność!), który wraz z rozwojem fabuły zaczyna być coraz bardziej interesujący, zwłaszcza, że liczba wyrazów twarzy też zaczyna się rozrastać. Oglądanie filmu zakończyłam naprawdę lubiąc właśnie tak zagranego Thorina. Sympatyczny (i najbardziej przystojny) jest też zresztą krasnoludzki duet Fili i Kili (i już rozumiem, czemu pozostali aktorzy grający krasnoludy skarżyli się na to, że tylko ta dwójka z założenia ma być przystojna, a pozostali po prostu ciekawi – choć nie do końca wiem, czemu skarżył się też Richard Armitage grający Thorina). Dodam jeszcze, że Kiliego mogą kojarzyć ci, którzy oglądali brytyjskie „Beeing Human”, bo grał tam metro-wampira.

Trzynastu krasnoludów z hobbicką wisienką i gratisem w postaci czarodzieja stanowi raczej niecodzienny widok – zarówno dla widza, jak i dla dowolnej przygodnie napotkanej podczas podróży do odległej Samotnej Góry istoty. Tego typu spotkania dla większości istot okazują się zazwyczaj dosyć nieciekawe, a pokonanych orków, wargów, trolli i nieco ogłupiałych elfów podczas niespełna trzech godzin trwania filmu nazbierało się całkiem sporo. Dzięki temu przez cały czas coś się dzieje – od dynamicznych scen walk i pościgów, poprzez przepiękne jak zwykle nowozelandzkie krajobrazy aż po różnego rodzaju zabawne i wesołe sceny.



Niektóre elementy fabuły zostały dodane (lub rozbudowane w oparciu o jakieś szczątkowe informacje z książkowego pierwowzoru) i w większości przypadków nie był to może aż tak rozsądny pomysł. Zwłaszcza historia jeża Sebastiana, która zajmuje dobrych kilka minut filmu i u większości widzów powoduje reakcję z gatunku: "ale o co chodzi?" jest moim zdaniem mocno nieciekawym pomysłem. Właściwie cały wątek Radagasta (który w książce, z tego co pamiętam, jest tylko jakoś niejasno wspominany) zajmuje całkiem sporo czasu jak na element fabuły, którego właściwie mogłoby tam nie być. Rozumiem, że próbujemy upchnąć jedną niezbyt długą historię w trzy filmy (dalej uważam, że jedna część będzie poświęcona tylko i wyłącznie romansowi Bilba ze Smaugiem, bo przy całej mojej krótkowzroczności fabuły na jeszcze dwa filmy tam nie widzę), ale historie o małych smutnych jeżach możemy pozostawić innym filmom – jeżeli idę do kina na opowieść o nieco zużytym podróżą hobbicie mam ograniczoną tolerancję na jeże w ilości większej niż 0,15 jeża na jedną filmo-godzinę.

 Nie można jednak filmowi odmówić tego, że nawet z dziwnych miejsc wyjęte pomysły są wprowadzone sprawnie, a akcja ani na moment nie traci dynamiki (za wyjątkiem ośmiu ujęć, w których kamera robi najazd na grupę postaci idących rzędem po szczycie mniejszej lub większej górki, ale podobno to irytuje tylko mnie). Całość jest też podobnie jak „Lord of the Rings” zachwycająca wizualnie – kostiumy, efekty, charakteryzacja – jeden seans to za mało, żeby się na to wszystko napatrzeć. Muzycznie wyróżniają się przede wszystkim śpiewane przez postacie piosenki – największe wrażenie robi oczywiście pieśń krasnoludów z prawie samego początku filmu, ale i późniejsze przyśpiewki są bardzo zajmujące, reszta ścieżki dźwiękowej pobrzmiewa motywami doskonale znanymi z wcześniejszej produkcji Jacksona i jest strasznie łatwa do zapomnienia.


Wszystko, czego od tego filmu chciałam, dostałam ze sporym gratisem w postaci świetnego Bilba i znakomitych krasnoludów, więc jestem naprawdę zadowolona i bardzo całość polecam (tak naprawdę do szczęścia brakowało mi głównie stepowania i brokatu, ale wielkie wejścia Gandalfa nie mogą niestety być tak wspaniałe, jak bym chciała). Jest cała masa naprawdę genialnych elementów, które równoważą różne dziwaczne pomysły (czy ktoś wie, dlaczego Blady Ork wprawił sobie grabki w kikut) i sprawia, że jeszcze będę do tego całego „Hobbita” przynajmniej kilka razy wracała.


The Hobbit: An Unexpected Journey (2012) 

Reżyseria: Peter Jackson 
Scenariusz: Fran Walsh, Philippa Boyens 
Gwiazdy: Martin Freeman, Ian McKellen, Benedict Cumberbatch (zadnia łapka, ogonek I oczko), Lee Pace, Richard Armitage i cała masa gościnnych występów aktorów z “Lord of the Rings”, z dodatkowym bonusem w postaci Hugo Weavinga młodszego niż we wcześniejszych filmach Jacksona (nawet niż w “Priscilli’).

Henna Illu

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.