Hobbit, czyli tam do połowy drogi, a na powrót zabrakło czasu

by 2.1.13 16 komentarze
Anneke, która pisze zdecydowanie lepiej niż ja, a w dodatku jest prawie całkowicie pozbawiona zdolności mówienia "NIE", pozwoliła mi użyć swojej recenzji "Hobbita" (link wyżej), bowiem wyszłyśmy z kina mając bardzo podobną opinię o filmie - mimo zachwytów naszych współtowarzyszy pozostajemy chłodne i krytyczne. Ja przy okazji odkryłam, że jestem bardzo kanoniczna, jeśli chodzi o Tolkiena. Ale może po kolei.

(Powinnam chyba ostrzec przed spoilerami...)

Niech Aidan Turner wam to wyjaśni...

1. "Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę"

Peter Jackson wykonał kawał dobrej roboty, filmując "Władcę pierścieni", co do tego zgadzamy się chyba wszyscy. Co prawda naturalną reakcją na ilości patosu wylewające się się z ekranu były żarty i dowcipne komentarze (na poziomie; moim ulubionym do dziś pozostaje wykrzyczane z widowni "Run, forest, run!" podczas ataku entów na Isengard), ale też taki był książkowy oryginał. Niestety po obejrzeniu "Hobbita" mam wrażenie, że reżyserowi na hasło "Śródziemie" włącza się tryb "Będzie, kurwa, epicko!!!", co nie byłoby złe, gdyby nie fakt, że "Hobbit" to książka zupełnie inna w tonie, skrząca się humorem jak choinka lampkami, przeznaczona dla zdecydowanie młodszego czytelnika - co Jackson zupełnie olał. Efekt jest dosyć kuriozalny, np. grupa krasnoludów walczy z chmarą goblinów w lokacji, której brakuje tylko podpisu "ALAN LEE WAS HERE" i żaden z nich nie zostaje nawet zadraśnięty. Albo święty Mikołaj Hogfather Radagast ucieka saniami zaprzężonymi w zające przez nowozelandzkie wrzosowiska przez watahą wargów, krasnoludy, jeden hobbit i jeden czarodziej zaś przebiegają od skałki do skałki, jakby każdy z nich wyrzucał na kostkach max stealtha. Ten RPGowy feel jest zresztą wszechobecny, najbardziej chyba w scenie ze skalnymi gigantami (poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale w książce byli oni metaforyczni?), gdzie moją pierwszą myślą było: "Whoa, ale się mistrzowi gry rzuciło!" I tak przez cały film, musieliśmy żartować i żartować bez końca.

Cool dwarves don't look at explosions.

2. "A droga biegnie wprzód i wprzód"

Kolejną męczącą mnie cechą filmu był brak wyraźnego punktu kulminacyjnego: bohaterowie "cudem" ratują się z jednych tarapatów, by natychmiast wpaść w kolejne. Po którymś powtórzeniu schematu staje się to nudne. Uważam, że "Hobbit" to książka idealna na serial telewizyjny, cliffhangerów na koniec odcinka jest tam bez liku, ale nie do końca sprawdza się to w filmie kinowym. Może jednak byłoby możliwe do zrealizowania, gdyby nie ingerencja w tekst. Peter Jackson zdecydował się dopisać do filmu wątki, które w książkowym pierwowzorze były tylko zaznaczone i są to wszystkie te sceny, które miałam ochotę wyciąć (głównie z uwagi na to, że wprowadzają dłużyzny): całego Radagasta (co z tego, że to Sylvester McCoy?) i Necromancera (co z tego, że to Benedict Cumberbatch, on był wspomniany w jednym, SŁOWNIE, jednym zdaniu w książce) oraz straszliwie nudną naradę u Elronda (tak przy okazji, kiedy Saruman znalazł palantir?). Nie zrozumcie mnie źle, jestem za tym, by ekstrapolować wątki z książki (np. jestem zachwycona postacią Thorina Dębowej Tarczy, zwłaszcza w scenach walki, czy motywem "odzyskiwaniem ojczyzny" - w końcu jestem Polką, co nie?), ale rozsądnie. Filmowi lepiej by wyszło na dynamice i klimacie, gdyby ich nie było. Dobry reżyser powinien wiedzieć, kiedy materiału, nawet najlepszej jakości, nie umieszczać w filmie (vide Richard Curtis i wątek dyrektorki w "Love Actually"). Ja osobiście skróciłabym prolog - czy wszyscy aktorzy z "Władcy pierścieni" mają w kontrakcie zagwarantowane granie w "Hobbicie"? - i walkę z goblinami. Nie wycięłabym natomiast żadnego ujęcia z genialnej gry w zagadki Bilba i Golluma. Zwłaszcza Serkis pokazuje w tej scenie klasę i widać, że świetnie się bawił przy jej kręceniu, ale przede wszystkim zdołał wywołać we mnie te same emocje, które czułam czytając książkę.

3. "Jeden, by wszystkie zebrać i ciemności związać"

Zdaję sobie sprawę z tego, że dopisane wątki miały związać "Hobbita" z trylogią, ale pozwólcie, że powtórzę to jeszcze raz: dla mnie są to osobne gatunki. Ja naprawdę lubiłam fakt, że krasnoludy szły do Ereboru po złoto (tak samo jak potem postanowiły pójść do Morii, tylko bez hobbita i wszyscy wiemy, jak to się skończyło), a nie odzyskać utraconą ojczyznę; ręka w górę, komu jeszcze przypominało to "Tiganę". Nie wszyscy muszą walczyć z tajemniczym, przedwiecznym wrogiem, by film dobrze się oglądało. Poza tym chyba każdy, kto trafił na seans wie, że "Hobbit" jest to prequel "Władcy pierścieni", nie trzeba widzom o tym na każdym kroku przypominać; same widoki Nowej Zelandii wystarczą jako pomost łączący oba dzieła, naprawdę czarnoksiężnik z Angmaru mógłby pozostać w cieniu jeszcze dobre dwie dekady, zamiast mieszać w fabule. Albo można było pokazać, że Thror był posiadaczem jednego z pierścieni i to prawdopodobnie on sprawił, że stary król cierpiał na gorączkę złota. (W ogóle wyraźne pokazanie, kto posiada pierścienie byłoby pożądane jako wprowadzenie do ekranizacji "Silmarillionu" - oczywiście jako trylogii. :D). Albo że Gandalf doskonale wiedział, że w Dol Guldur uwięziony był Thrain. (Ciekawam zresztą, jak z tego wybrną, bo skądś Gandalf musiał wziąć mapę i klucz do wejścia do służby do Ereboru, a Thrain zginął dekapitowany przez Azoga - który też już w tym momencie powinien nie żyć; ogólnie rzecz biorąc jest to spory galimatias). (EDIT: Beryl uświadomiła mi, że zdekapitowany został Thror, więc moje wywody trochę tracą rację bytu. Oh well.)

Mój ulubiony fragment filmu.

4. "Jeszcze nie skończyłeś z tą przygodą"

Żeby nie było, że tylko marudzę, kilka rzeczy mi się podobało. Np. gra aktorska. Pisałam już o moim zachwycie Thorinem Dębową Tarczą: Richard Armitage wygląda, jakby urodził się w Śródziemiu. Jest to aktor, którego wcześniej nie znałam i zrobił na mnie wrażenie piorunujące. Faktycznie uwierzyłam w tragiczną historię dumnego krasnoludzkiego księcia, który nienawidzi elfów i jak Balin poszłabym za nim w ogień. Niestety trudno to samo powiedzieć o pozostałej gromadce: część z nich nie dostała nawet porządnych linii dialogowych. Właściwie ich komediowy potencjał nie został wykorzystany nigdzie poza dwoma scenami: narady u Bilba oraz oczywiście przy górskich trollach, które jednak więcej zawdzięczają pierwowzorowi Tolkiena niż wyczuciu Jacksona. Cudownie wypadł też Serkis jako Gollum; trochę mniej zachwycona jestem Martinem Freemanem, który może i biega boso, ale oprócz tego jest cały czas sobą: typowym Brytyjczykiem z klasy średniej. I muszę to z siebie wyrzucić, ale nie poznałam Bretta McKenzie jako Lindira (kolejny aktor, który ma w kontrakcie zapisane, że musi wystąpić we wszystkich filmach o Śródziemiu).

5. "Kto szuka, ten najczęściej coś znajduje, niestety czasem zgoła nie to, czego mu potrzeba."

Np. pomysł, by coś  dopisać do oryginału. Co prawda nie sądzę, by podział "Hobbita" na trylogię był skokiem na kasę, jak sugerowano po ogłoszeniu tych wieści, ale obawiam się, że czeka nas powtórzenie schematu, tzn. część trzecia będzie się składała głównie z bitwy Pięciu Armii - czyli znowu kończymy militarnie, choć tym razem pozytywnie (no, mniej więcej; Bilbo wraca do domu ze sporym majątkiem... śpieszmy się kochać przystojnych krasnoludów, tak szybko odchodzą...). Ale o tym przekonamy się ze dobre dwa lata, to szmat czasu.

Czy polecam? Owszem, mimo całego mojego marudzenia. Sądzę właściwie, że moje obiekcje i brak entuzjazmu wobec filmu bierze się ze zbyt wielkich oczekiwań wobec ekranizacji jednej z bardzo lubianych książek (zobaczycie to zjawisko u mnie w pełni po premierze "Gry Endera"). Po prostu inaczej to sobie wyobrażałam. Tak naprawdę to bardzo dobry film.

Na koniec polecam jeszcze recenzję Aeth, która napisała dokładnie to, co ja chciałam, tylko lepiej.




Hobbit: nieoczekiwana podróż (2012)

Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Fran Walsh, Philippa Boyens, Peter Jackson, Guillermo del Toro, J.R.R. Tolkien
Gwiazdy: Martin Freeman, Richard Armitage, Ian McKellen










Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.