Straż nocna (Les Mis 2012)

by 27.1.13 29 komentarze
Czyli nie miałam pojęcia, jak mocno Pratchett siedział z tą powieścią w "Nędznikach". Może dlatego, że za "Nędzników" zabrałam się w wieku mocno dziecięcym, wzięta na jakąś bardzo luźną wariację na temat w ramach podstawówkowych lekcji polskiego w kinie, i wysiadłam w momencie, w którym główny bohater tą znalezioną wreszcie Kozetę oddaje do szkoły klasztornej zamiast sam się nią zająć. Świnia. Więc resztę książki sobie darowałam, a potem już do niej nie wróciłam, bo ze streszczenia wynikało, że najpierw wszyscy są dla siebie podli, a potem umierają. Yup. W sam raz książka dla mnie.

SPOILERY I ZŁOŚLIWE PRZEINACZENIA

Nosorożec.
I dopiero Girls Next Door subtelnie zasugerowało, że to może być sympatyczny romans historyczny. Poszliśmy więc z Mako na "Les Miserables", co to ich teraz dają w kinie (ja dla aktorów, Mako dla rewolucji, oboje dla muzyki) i okazało się, że faktycznie: mamy oto parę ludzi, których wyraźnie los połączył, bo nawet biorąc poprawkę na obsesję jednego z nich, takiej ilości zupełnie przypadkowych spotkań na przestrzeni lat nie da się wytłumaczyć inaczej jak czerwoną niteczką łączącą małe palce. Wyraźnie nie mogą bez siebie żyć i gdzie jeden nie polezie, tam natychmiast pojawia się drugi. Aż mnie zdziwiło, że w ostatniej scenie zabrakło wiernego terrierka.

Młoda para nawet nie próbuje bardzo udawać, że są jakimś wątkiem romantycznym - zamieniają może ze dwa zdania i jedną piosenkę. Gdyby Cosette naprawdę nie znosiła tego dziwnego faceta, który zobaczył ją na ulicy i przywlókł się za nią, zupełnie nie zmieniłoby to fabuły. Ba, gdyby dziewczyny nie było, a Mariusz zapałał niezdrową namiętnością do pary valjeanowych świeczników, akcja miałaby szansę potoczyć się zupełnie tak samo. Z drugiej strony Cosette jest bardzo miła dla oka i wprowadza mocno wschodnie klimaty charakterystycznym warkoczem i pięknym, kwitnącym rosyjskim sadem.

Ale wracając do postaci głównych - Javert jest przerozkoszny, choć raz przejawia skłonności godne terriera (ba! i węch!), raz okres skupienia trzytygodniowego kotka na kofeinie (Ten świat pełen zbrodni! Ci podli ludzie! Ooooo, gwiazdki! Soooo shiny!!! - gdyby zauważył księżyc, szczęśliwie za jego plecami, mógłby z wrażenia zlecieć z tego dachu. Ale jak to powiedział Mako: "Jaki kraj, taki Batman.") Szkoda tylko, że jak wreszcie życie kopnęło go w tyłek, poczuł się w obowiązku zachować się honorowo. Odgłos paradygmatu zmienionego bez użycia sprzęgła był naprawdę bolesny - mniejsza, że dla niego, dla mnie...(Kwestią otwartą pozostaje, czy niebiosa były jego postawą zachwycone i reinkarnowały go jako Sędziego Dredda, czy raczej wkurzone i posłały go w następnym wcieleniu do Polski. Mako mówi, że widzi wyraźny znajomy rys u pani Halinki z dziekanatu) A mogli z Valjeanem po prostu wyjechać do Wielkiej Brytanii i zająć się rewolucją przemysłową. Parowe różańce. To by było coś.

Sama "rewolucja" też była z początku bardzo po angielsku. Jak lud zaczął na pogrzebie śpiewać, to zabrzmiało bardzo "Nie jesteśmy pewni, czy to odpowiedni moment i zasadniczo nie chcieliśmy się narzucać, ale warunki życia są tu naprawdę nie do zniesienia, może państwo mogłoby to w wolnej chwili jednak rozważyć?" Druga barykada była bardziej udana. Ale też wtedy już po drugiej stronie zrobiło się pusto.

Cóż dalej - pan i pani karczmarzowa cudowni jako element komiczny i w ogóle (bo też film ogólnie był dość zabawny. Jak nie śpiewali smętnych kawałków. Tak, wiem). Inna sprawa, że jak kiedyś aktorzy, którzy kończyli karierę otwierali potem restauracje, tak przed panią Bonham Carter ta ścieżka kariery zdecydowanie się właśnie zamknęła. Powiedzcie, zjedlibyście coś u niej?

Z zażaleń... Nie było sceny po napisach... Ach tak, ktoś powinien zwrócić uwagę kamerzyście, że piosenka-monolog wewnętrzny nie oznacza potrzeby endogastroskopii aktora... a poza tym nic. Fajnie zagrane, zaśpiewane też ładnie, sceny przyjemne dla oka. Muzyka niesamowita - tyle, co słyszałam wcześniej raz w trailerze i dwa, co Rusty dała z Allamem posłuchać, a połowę kojarzyłam. Strasznie w ucho wpadają. Warto się przejść do kina, to z całą pewnością.

Przeglądam teraz recenzje różne i w którejś ktoś marudzi, że dziwadełko z filmu, bo mu się zawsze musicale kojarzyły z tematyką radosną i szczęśliwą. Prawdopodobnie Teatr Rozrywki mi wykrzywia spojrzenie, ale mam kłopot z przypomnieniem sobie jakiegoś, który byłby lekki, radosny i nikt by nie ginął i zakończenie było szczęśliwe. Poza "Hairspray".



 P.S. Ten wpis inauguruje działalność Beryl (czyli "tej trzeciej") na blogu. Powitajcie ją serdecznie, ma dziewczyna straszną tremę.


 Les Misérables (2012)

Reżyseria: Tom Hooper
Scenariusz: William Nicholson, na podstawie książki Victora Hugo, którą Claude-Michel Schönberg przerobił na musical
Gwiazdy: Hugh Jackman, Russel Crowe, Anne Hathaway, Amanda Seyfried. Helena Bonham Carter, Sacha Baron Cohen i inni

Beryl Autumnramble

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.