Hurtowo: The Perks of Being a Wallflower i First Time

by 12.3.13 12 komentarze
Wspominałam jakiś czas temu, że zamierzam napisać notkę o "The Perks of Being a Wallflower", inspirowana głównie krótką, acz owocną dyskusją z Carrie i Fabulitas na tumblrze (w skrócie: im się książka i film bardzo podobały, a ja mam pewne zastrzeżenia). Zebrać się do pisania jednak nie potrafiłam, ponieważ trudno mi było zwerbalizować podskórną irytację, jaką ten tytuł we mnie wywołuje, zwłaszcza w obliczu wiedzy, że jest to dzieło uznawane za tzw. "modern classic" (moim zdaniem trochę na wyrost) i będące już kultowym. Dość wspomnieć, że nie ma chyba na tumblrze nastolatka (i nie tylko), który choć raz nie reblogowałby wyświechtanego "And in this moment, I swear, we are infinite" (i znów, moim zdaniem o wiele ważniejsze jest "We accept the love we think we deserve").

Za impuls do napisania notki spod znaku "Hurtowo" posłużył mi inny film, który dosłownie wyskoczył na mnie podczas oglądania videosów na YT, czyli "First Time" z Dylanem O'Brienem (Google zdecydowanie posiada o mnie zbyt wiele informacji, bo trafność jego polecanek jest prawie stuprocentowa). Jeśli ktoś chce ze mną dyskutować na temat piractwa itp., informuję trochę na wyrost, że zamierzam zakupić film na DVD (o ile tylko zostanie wydany w naszym regionie) i/lub pójść na niego do kina, jeśli jakiś dystrybutor zdecyduje się go wprowadzić na duże ekrany w naszym kraju. Wracając do tematu, "First Time" jest filmem tak absolutnie różnym od "The Perks of Being a Wallflower", że aż trudno uwierzyć, że zostały nakręcone w tym samym roku, dla teoretycznie tej samej publiczności.

SPOILERY DO OBU FILMÓW I KSIĄŻKI

Disklejmer: kanon tzw. "teen movies" znam bardzo dobrze, jest to jeden z moich ulubionych gatunków i wiem, że rządzą nim pewne zasady. Jedną z nich jest to, że nigdy nie opowiadają o zwykłych sytuacjach przydarzających się całkiem przeciętnym ludziom - bo przecież kto chciałby oglądać coś tak nudnego? Tym bardziej zaskakujący jest "First Time": bohaterowie są zwyczajni aż do bólu. Najgorszą rzeczą, jaka im się przydarza, jest nieodwzajemnione zauroczenie i wychowanie przez samotną matkę (i ojciec, i ojczym "poszli w długą", ale nie ma to fabularnie większego znaczenia). Mam wrażenie, że główna bohaterka, Aubrey, mogła być na etapie pisania scenariusza pomyślana jako "manic pixie dream girl", ale ten zamysł zmarł śmiercią naturalną w momencie obsadzenia Britt Robertson w roli, bo to typowa "girl next door" - w dodatku świetnie dogadująca się z obojgiem rodziców, mająca starszego chłopaka i trzeźwo, pragmatycznie patrząca na życie. Na imprezie w piątkowy wieczór spotyka Dave'a, zaczynają rozmawiać, zadzierzga się między nimi nić porozumienia. Konflikt, który następuje w sobotę, jest właściwie subtelny: nikt nie płacze (za bardzo), nie ma dramatu, w niedziele spotykają się znowu i decydują się iść do łóżka - przy czym dla obojga jest to pierwszy raz, więc łatwo sobie wyobrazić, jak to się kończy (i jak bardzo za postaci wstydzi się widz - serio, już dawno nie czułam tak dużo "second hand embarassement"; ale poza tym od razu widać, że O'Brien i Robertson się spotykali podczas kręcenia filmu, bo w scenie jest zbyt wiele intymnych gestów, właściwych dla osób, którzy bardzo dobrze znają nawzajem swoje ciała i wiedzą, co je podnieca, jak na założony w scenie pierwszy raz). Pada kilka przykrych słów, następuje rozstanie, ale już w poniedziałek rano oboje odzyskują charakteryzujący ich zdrowy rozsądek, rozmawiają szczerze i decydują się kontynuować związek, THE END, okraszony sporą ilością indie music, no widzieliście kiedyś tak przyziemną fabułę na ekranie? Nie? Ale z takich właśnie sytuacji składa się życie. Miło się ogląda takich everymanów, aktorzy nie wyglądają na supermodeli, postaci ubierają się w normalne ciuchy, problemy nie są wydumane, nikt nie umiera (OK, ostatnie zdanie nie jest prawdziwe...). Aubrey rzuca chłopaka-buca, egoistycznie nie wygłasza oklepanych frazesów, które popchnęłyby śliczną Jane w ramiona Dave'a, przyznaje się rodzicom do popełnionego błędu. Dave wie, co chce robić w życiu, ma oparcie w kolegach i ma świetny kontakt ze sporo młodszą siostrą. To są postaci, z którymi właściwie każdy nastolatek w mniejszym lub większym stopniu może się identyfikować.

I może to właśnie jest dla mnie największym problemem podczas czytania/oglądania "The Perks of Being a Wallflower". Pisałam kiedyś przy okazji recenzji "Przebudzenia wiosny", że bardzo nie lubię, gdy w jedno dzieło wpycha się zbyt wiele trudnych tematów, bo wtedy rozmywa się cel, a pojawia się w dużych ilościach dydaktyzm i krytyka społeczna (które same w sobie nie są złe, ale nie można im podporządkować sztuki). Każdy z głównych bohaterów książki jest outsiderem z uwagi na jakieś traumatyczne wydarzenia: samobójcza śmierć najlepszego przyjaciela, wykorzystywanie seksualne, homoseksualizm, przemoc fizyczną. Największym zaskoczeniem było dla mnie chyba to, jak bardzo normalni byli rodzice Charliego, bo oczekiwałam czegoś więcej niż nadużywania alkoholu podczas spotkań rodzinnych, biorąc pod uwagę skalę i rozstrzał problemów, z którymi postanowił się zmierzyć Stephen Chbosky. Szkoda, że w ekranizacji właściwie całość rodziny została wycięta lub ich relacje zostały spłaszczone (np. uderzona przez chłopaka siostra Charliego, to był mocny epizod, w filmie potraktowany po macoszemu). Dostało też się nauczycielowi języka angielskiego, choć to akurat może być problem nietrafionego obsadzenia w roli Paula Rudda.

Trudno mi było poczuć więź z którymkolwiek z bohaterów.  Ich problemy były trudne, musieli radzić sobie z nimi sami, ale jednocześnie brakowało im wiarygodności psychologicznej. Najbardziej widoczne jest to w postaci Sam. Film inaczej rozkłada akcenty i w rezultacie nie jest to studium powolnego pogrążania się Charliego w depresji (co dosyć jasno jest głównym tematem epistolarnej książki), ale raczej historią uczucia do starszej dziewczyny i zachodzących pod wpływem tego uczucia zmian. Jednak największy żal mam z powodu tego, że Stephen Chbosky napisał książkę o poważnych problemach: narkotykach, chorobie psychicznej, przemocy fizycznej, seksualnej aktywności nieletnich, wykorzystywaniu seksualnym nieletnich, homoseksualizmie, braku akceptacji, niskiej samoocenie, samobójstwach nastolatków, a potem nakręcił na jej podstawie "just another teen movie". (Na marginesie: trochę denerwuje mnie ta obsesja na punkcie własnej twórczości, choćby nie wiem jak popularnej, co następne, sztuka na Broadwayu, w ramach przenoszenia tej samej historii na inne media?) Seans przypominał dla mnie trochę oglądanie "Mean Girls", tylko był mniej przyjemny, mniej zabawny i opowiadał o chłopcu. Może problemem był fakt, że nie jestem już od dawna (a może nawet nigdy nie byłam) zamierzonym targetem książki.

I jeszcze jedna rzecz: jak na film w zamyśle przepełniony nostalgią za latami 90-tymi (to już ten czas, gloryfikujemy grunge zamiast kiczowatych lat 80-tych? ja chyba nie jestem na to gotowa) ubiegłego wieku, trochę mało było widać, że nie jest to film o czasach współczesnych.

Reasumując: wolę książkę od filmu, choć pewnie film podobałby mi się zdecydowanie bardziej, gdybym zaczęła od niego; a tak z seansu wyniosłam głównie chęć obejrzenia ekranizacji przygód Percy'ego Jacksona, bo Logan Lerman (OK, więc mam pewien typ ulubionego aktora, reprezentują go Chris Colfer, Dylan O'Brien i właśnie Lerman, pozwijcie mnie). Właściwie rozumiem, dlaczego powieść sprzedała się w tak potwornej ilości egzemplarzy, jest tak często cytowana i uznawana za kultową, ale popularność filmu, a raczej jego bardzo wysoka ocena na imdb.com, jest dla mnie niezrozumiała. Zdecydowanie bardziej podobał mi się "First Time".


The First Time (2012)

Reżyseria: Jon Kasdan
Scenariusz: Jon Kasdan
Gwiazdy: Dylan O'Brien, Britt Robertson
The Perks of Being a Wallflower (2012)

Reżyseria: Stephen Chbosky
Scenariusz: Stephen Chbosky
Gwiazdy: Logan Lerman, Emma Watson, Ezra Miller

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.