Hurtowo: seriale BBC (Luther i North&South)

by 24.3.13 20 komentarze
Siedzę w domu, a ponieważ chory potomek sporo sypia, mogę nadrobić choć część zaległości w oglądaniu. Wpis jest właściwie marudzeniem na to, że nic mi się nie podoba, ale są w nim zdjęcia przystojnych facetów, więc może to komuś wynagrodzi czas poświęcony na czytanie.

  SPOILERY

Na pierwszy rzut poszedł pierwszy sezon "Luthera", który bardzo dawno temu zostawiła u mnie Beryl. Wydanie zawiera dwie płyty DVD, ja obejrzałam tylko pierwszą i raczej nie obejrzę drugiej. Dlaczego? Sam Idris Elba nie jest mnie w stanie przy serialu utrzymać, choćby nie wiem jak dobrze wyglądał. Na plus muszę też zapisać przestępstwa, z którymi musi się zmierzyć nasz dzielny policjant oraz samą konstrukcję jego postaci, człowieka, który za długo patrzył w otchłań, popełnił błąd, ale się opamiętał, bo jego kotwicą była dobra żona (pun intended), prawniczka. Niestety żona go rzuca, więc on znajduje inny kompas, tyle że po drugiej stronie skali, żeby wiedział, jak się nie zachowywać. Tu już zaczynam mieć lekkie problemy, zwłaszcza jak Alice Morgan grozi Zoe, a potem nachodzi ją i Marka Northa ("Paul McGann doesn't count!") w domu (przy okazji odkryłam u siebie ciekawą, acz zupełnie nieprzydatną umiejętność: na podstawie architektury danej dzielnicy Londynu jestem w stanie powiedzieć, jaka klasa społeczna tam mieszka - bo że jestem w stanie z grubsza określić dzielnicę, to wiedziałam od dawna), bo trudno mi sobie wyobrazić, że dwójce dorosłych ludzi, praworządnych obywateli, przydarza się coś takiego, a oni nie podejmują żadnych kroków. Zawieszenie niewiary ma swoje granice.

Żeby nie było, podczas oglądania "Luthera" żadnego z tych rzeczy mi na myśl nie przyszła; gdybym nie musiała przerwać seansu, by ugotować obiad, pewnie wchłonęłabym cały sezon bez mrugnięcia okiem, bo to oprócz tego przyzwoity serial. Ale gdzieś pomiędzy odcedzaniem ziemniaków a smażeniem kotletów zaczęłam się zastanawiać nad wiarygodnością psychologiczną postaci i doszłam do wniosku, że scenarzysta (scenarzyści? - nie chce mi się sprawdzać) trochę za bardzo stara się dopasować zachowanie bohaterów do opowiadanej historii, co sprawia, że są one oderwane od serialowej rzeczywistości. Z Johnem Lutherem więc się pożegnałam, choć z lekkim żalem, bo sami rozumiecie, Idris Elba i jego ekranowa charyzma.

Następnego dnia postanowiłam sprawdzić, osochozzi z tym "North and South", zwłaszcza że Ania się nim ostatnio zachwyciła, a jedna z moich teściowych postanowiła zrewanżować mi się płytami za "Robin Hooda" (ona fani Armitage'a, ja nie, ona nie miała "Robin Hooda", ja tak), o czym już pisałam na tumblrze. Oglądałam wersję czteroodcinkową, podobno jest jeszcze sześcioodcinkowa, nie sądzę, by to coś zmieniało w moim odbiorze. Na plus trzeba zaliczyć fakt, że całość obejrzałam za jednym posiedzeniem, więc na pewno mnie wciągnęło i się nie nudziłam. Problemem jest jednak to, że interesowało mnie w tym serialu wszystko oprócz romansu głównych bohaterów. Strasznie mi działało na nerwy, że ich relacja jako żywo przypominała tę pomiędzy Elizabeth Bennet i panem Darcy. Różnice były drobne: Margaret trochę mniej niż panna Bennet przejmowała się tym, co ludzie powiedzą (i znowu: pun intended, plotka w narodzie brytyjskim ma się świetnie w każdej epoce), ale była tak samo wyszczekana, John Thornton zaś nie pochodził z bogatego ziemiaństwa, prawie arystokracji, tylko był nuworyszem (tak przy okazji, chciałabym, żeby ktoś napisał książkę/nakręcił serial o tym samym okresie w Łodzi, tylko nie w stylu "Ziemi obiecanej", tylko właśnie "North and South", o tych wielkich rodzinach i konfliktach nie tylko klasowych). Bardziej też podobała mi się postać Marii Hale niż pani Bennet, bo choć obie kiedyś były piękne, teraz raczej marudne, to zawsze miałam wrażenie, że ta druga była zbyt karykaturalnie przez Austen potraktowana; o ich panach małżonkach trudno mi cokolwiek powiedzieć, oprócz ich prawie całkowitego oderwania od świata i pogrążenia w książkach.

Oprócz tego ekranizacja powieści Mrs Gaskell dała mi dwie, momencik, trzy postaci, które podbiły moje serce, czyli panią Thornton (jak dorosnę, chcę być taka jak ona), pana Bella (jak dorosnę, errr...) oraz Nicholasa Higginsa. Tak przy okazji, gdybym miała twarz Brendana Coyle'a, mogłabym ukraść świat.

Ogólnie rzecz biorąc podobała mi się również kwestia walki klas, trochę mniej potraktowanie podziału północ/południe. Zbyt wygodnie dla fabuły moim zdaniem Margaret, ta prawie Mary Sue, czasami nie zdawała sobie z sprawy z najprostszych mechanizmów rządzących światem i ktoś (albo Thornton, albo Higgins) musieli jej na ekranie te sprawy wyjaśniać.

Czego mi było brak? Właściwie rozczarowana jestem tylko tym, że Richard Armitage nie robi na mnie prawie żadnego wrażenia - tylko w scenie z "Turn around" udało mu się mnie zachwycić. Jest to o tyle dziwne, że podobną postać w "Dumie i uprzedzeniu" od razu polubiłam - a jak rozumiem, po emisji pierwszego odcinka "North and South" padły z powodu zbyt wielkiej ilości wejść na stronę serwery BBC, właśnie z jego powodu. Wielokrotnie wspominałam, że ja jestem jak ta owca, idę za stadem, lubię czuć przynależność do fandomu, jestem pod tym względem łatwa. Niestety, nie będzie to fandom Armitage'a (Thorin Oakenshield jednakowoż to całkiem inna sprawa, mrauu). Szkoda. Przy okazji jednak postanowiłam się zainteresować powieścią, tumblr twierdzi, że daje większy wgląd w postać Johna Thorntona.

Z tego wszystkiego (ach, te rozczarowania życiowe!) wzięłam się za czytanie "Rivers of London" Bena Aaronovitcha (możecie go znać ze słuchowisk i powieści osadzonych w universum "Doctora Who"), które dawno temu polecała mi znajoma z Australii, odkrywszy, że lubię Matthew Swifta, jestem na razie na piętnastej stronie i już mam pewność, że A) pokocham tę książkę B) i jej głównego bohatera, konstabla Petera Granta.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.