Alfabet na półce: A-Z, część piąta

by 16.4.13 22 komentarze
Wpadłam znowu w ciąg zakupów książkowych. Oznacza to mniej więcej tyle, że miejsce na półkach znowu się skończyło i albo pozbędę się jakichś książek, albo będę musiała kupić nadstawki. Ciężki jest los bibliomana. Pocieszam się, że Beryl ma jeszcze gorzej :D.

A co konkretnie kupiłam? W moim wydaniu "Hobbita" kartki ogłosiły niepodległość, więc uznałam to za dobrą okazję do kupienia oryginału; akurat ktoś na allegro wyprzedawał swoją kolekcję wydań tej książki (sama kolekcja była naprawdę imponująca, sprzedający miał te stare radzieckie wydanie z ilustracjami jakby Tove Jansson i to brytyjskie z okładką Tolkiena i parę innych ciekawych, i właściwie kiedy ja zdążyłam nabyć taką wiedzę na temat, który nawet nie bardzo mnie interesuje?), więc za marne 22 złote stałam się właścicielką pięknego wydania kolekcjonerskiego z zeszłego roku, które jest formatu typowego The Folio Society, ma płócienną, drukowaną okładkę i w środku ilustracje Tolkiena. Okazało się też, że na awesomebooks.com pojawiają się od czasu do czasu prawdziwe wydania książek The Folio Society, więc kupiłam przepiękne, ogromne "The Secret Garden" Francis Hodgson Burnett. Trochę nie wiem, gdzie je postawić, ale nie żałuję. Choć obiecałam sobie kiedyś, że nie kupię kolejnych części oprócz pierwszej przygód Emmy Graham Marthy Grimes w ramach oszczędzania miejsca na półkach, na allegro pojawił się hardback "Cold Flat Junction" z okładką, która mnie zachwyciła - reszta jest historią (serio, nie mam za grosz silnej woli, jeśli chodzi o kupowanie książek). Przy okazji kupiłam "Briar Rose" Jane Yolen, bo to retelling baśni o Śpiącej Królewnie w settingu, który wydał mi się interesujący, poza tym Yolen to bardzo znana autorka YA, z którą do tej pory nie miałam styczności - a gdzieś tę znajomość trzeba zacząć. Kupiłam też nieautoryzowaną biografię Mirandy Hart autorstwa Sophie Johnson, którą nawet zaczęłam czytać i choć styl jest trochę płaski, to sporo wiadomości o mediach w UK na pewno z lektury wyniosę. Odkryłam zupełnym przypadkiem, że Diana Wynne Jones wydała pośmiertnie jeszcze jedną książkę, "Reflections", czyli zbiór esejów, wykładów i recenzji, z przedmową Neila Gaimana i przy okazji jej kupowania do koszyka wpadły też dwie antologie o smokach (ale przypadkiem, kupiłam dla opowiadań Diany Wynne Jones): "The Dragon Book" pod red. Jacka Danna i Gardnera Dozois (oprócz DWJ jest Garth Nix, Jonathan Stroud, Gregory Maguire czy Naomi Novik, więc chyba warto było wydać te 20 PLN) i "Dragons and Warriors Daughters: Fantasy Stories by Women Writers". Problemy z tym zakupem mam dwa: po pierwsze, mam długą historię kupowania antologii opowiadań tematycznych (i nie tylko), stawiania ich na półce i nieczytania nigdy, po drugie, nie istnieje żadna dobrze skompilowana lista opowiadań DWJ, bo o dwóch zamieszczonych w ww. antologiach nie słyszałam aż do momentu wrzucenia zapytania w wyszukiwarkę. Znaczy to mniej więcej tyle, że mam nowy cel w życiu (zebrać wszystkie opowiadania DWJ), ale nigdy nie będę wiedziała, czy go osiągnęłam. Oh well. Z okazji wydania nowej książki mojego męża (która też stoi na naszych półkach) sprezentowałam mu pierwszą część pierwszego tomu "Przebudzenia lewiatana" tandemu J.A. Corey z Fabryki Słów, czego teraz trochę żałuję, bo nie podoba mi się taka polityka wydawnicza, dzielenie książek na pół. Kupiłam też tom drugi, czyli "Caliban's War", ale już w oryginale i do tego "Behemota" Petera Wattsa. Od teścia dostaliśmy zbiór opowiadań Terry'ego Pratchetta "Mgnienie ekranu", ja sama kupiłam trzy do tej pory wydane książki Bena Aaronovitcha (których nie mogę się nachwalić) z bardzo dobrej serii urban fantasy oraz "Atlas chmur" Davida Mitchella w ładnej MAGowej oprawie (ona istnieje!), który upolowałam na allegro (nie kupiłam za to "Konstelacji", na które w sumie teraz, po śmierci Margaret Thatcher, mam bardziej ochotę, głównie z uwagi na cenę, choć znalazłam oryginał za niecałe 20 PLN). Żeby zaś nie wyglądało, że ja tylko powieści kupuję, dołożyłam do zamówienia "Maps&Legends: Reading and Writing Along the Borderlands" Michaela Chabona, bo interesował mnie tekst o fanfiction do Sherlocka Holmesa, poza tym okładka była ładna (jestem pod tym względem łatwa i nie tyle oceniam książki po okładkach, co decyduję się na ich zakup), oraz wreszcie dostępne w normalnej cenie "Empire: What Ruling the World Did to the British" Jeremy'ego Paxmana, na które ochotę miałam od dawna. I to chyba wszystko (mówiłam, ze wpadłam w ciąg zakupowy).

To może teraz omówię kolejny regał, co? :D

Jeśli poprzedni odcinek był o zbiorach, z których nie do końca jestem dumna, to ten wręcz przeciwnie, zawiera większość moich ulubionych książek, a na pewno moich ukochanych autorów (co zresztą zaraz zobaczycie). Na samej górze stoi cały Guy Gavriel Kay po polsku (z wyjątkiem "The Lions of Al-Rassan", które mam po angielsku w monstrualnie wielkim wydaniu - kupiłam tę książkę w Glasgow, podczas mojego pierwszego pobytu na Wyspach Brytyjskich i przywiozłam ją do Polski bez płacenia za nadbagaż tylko dlatego, że inni ludzie na bilecie naszym bilecie grupowym nie kupili wtedy zawartości małej biblioteki) - mam nawet "Fionavarski gobelin", choć trochę czasu zajęło mi jego skompletowanie - "Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley, cały Sapkowski (moment, nie mam "Żmii"), przy czym przygód Reynevana nie przeczytałam w całości, mimo dwóch podejść, troszkę Tolkiena (są nawet kwity z pralni, pardon, "Listy" i "Listy od świętego Mikołaja", kupione kiedyś w Massolicie).

Na półce niżej jest przede wszystkim Connie Willis, którą uwielbiam, bardzo zaczytana, głównie wydania polskie, choć jest trochę angielskich, 18 książek Raya Bradbury'ego (kiedyś zbiorę wszystkie, bo uważam, że warto, chociażby ze względu na styl), które wykupuję z allegro i sporo Ursuli Le Guin, na którą kiedyś miałam fazę, ale chyba mi przeszło (ale "Lewa ręka ciemności" to nadal jedna z moich ukochanych książek), albo się zorientowałam, że ona ostatnio traktuje fantastykę jako platformę do dyskusji o antropologii, co samo w sobie nie jest złe, ale czasami przydaje się też dobra fabuła.

Niżej stoją większe objętościowo książki, zaczynając od trylogii w pięciu tomach Douglasa Adamsa (u mnie w jednym tomie :D), od której swoją nazwę wziął ten blog, uzupełnionej oficjalnym przewodnikiem Neila Gaimana po universum "Hitchhiker's Guide to the Galaxy". Potem dwa tomy "Holistycznej agencji detektywistycznej", bo ja wolę Dirka Gently'ego od Arthura Denta, chociażby za fragment o dodo (możecie go przeczytać tutaj). Potem 3 tomy "Tytusa" Mervyna Peake'a, które podobno się zestarzały, ale i tak kiedyś przeczytam, "Watership Down" innego Adamsa, "Złe małpy" Matta Ruffa, kupione z polecenia znajomej, "Prestiż" Christophera Priesta, "Pudełko w kształcie serca" Joe Hilla (nie mam własnych "20th Century Ghost", ale kiedyś to nadrobię), trochę Geoffa Rymana i sporo Philipa K. Dicka. Potem Frank Herbert i "Diuna" w dwóch wydaniach, "Wędrowiec" Fritza Leibera, trochę Waltera Jona Williamsa (bardzo lubię!), "Gdzie wasze ciała porzucone" Jose Farmera i George'a Egana "Stan wyczerpania", który kupiłam w fazie poszerzania horyzontów i nigdy nie przeczytałam.

Niżej stoją wszystkie trylogie o Błaźnie Robin Hobb (w sumie 14 książek, znowu polityka wydawnicza, której nie pochwalam), środkowej nie czytałam, choć podobno jest najlepsza. Właściwie są to książki, które mogą być użyte jako substytut fanfików, jeśli chodzi o stronę emocjonalną (co pewnie sprawia, że autorka się zżyma, bo jej opinia na temat ff jest bardzo negatywna), ale pewne obrazy (np. komnata Cierpliwej) zostaną ze mną chyba do końca życia. Potem trochę Patricii McKillip (bardzo lubię "Winter Rose", które kupiłam kiedyś z głupia frant w Irlandii w antykwariacie) oraz prezent od Beryl, czyli nieoficjalny przewodnik po serialu "Buffy" (teraz to już chyba muszę zobaczyć całość, jak Joss Whedon przykazał), cały Amber Rogera Zelazny'ego i tegoż "Pan światła", w dwóch wydaniach (bo jedno to dobre, nowe tłumaczenie mojego teścia, a drugie to stare wydanie, w którym tłumacz nie pojął treści książki, w związku z tym tekst jest dosyć zabawny). Półkę kończy "Ostatni rejs Fevre Dream" i "Przystań wiatrów" tandemu Lisa Tuttle i George R.R. Martin (znaczy ta pierwsza książka jest tylko GRRMa), bo się nie zmieściły na półce niżej.

Którą okupuje w całości GRRM: 3 tomy opowiadań "Retrospektywa", które bardzo dobrze ilustrują karierę autora, warto przeczytać głównie dla komentarzy, cała "Pieśń lodu i ognia" po polsku i po angielsku (mąż jest wielkim fanem).

Jeszcze niżej stoją komiksy i albumy (artbooki?) do książek Martina. Oprócz tego "Cyberabad Days" Iana McDonalda (bardzo lubię) po angielsku i po polsku (musiałam kupić polskie wydanie, bo w nim są właściwie dwie książki, a mnie zależało na tej o Turcji - poza tym staram się kupować Ucztę Wyobraźni, bo jest to bardzo dobra edytorsko seria, do której wydawca dokłada) i oczywiście kilka innych książek z serii UW: Hal Duncan, Ian R. MacLeod, M. John Harrison ("Światło" zrobiło na mnie piorunujące wrażenie), 2 tomy "Legend" (drugi zdecydowanie słabszy), Sapkowskiego "Rękopis znaleziony w smoczej jaskini", bo się nie zmieścił na wyższej półce, Elizabeth Moon "Prędkość mroku", Kena MacLeoda "Learning the World" i 5 książek Dana Simmonsa (którego też bardzo, bardzo lubię).

Na samym dole stoją albumy: "Śniegi Olimpu" Arthura C. Clarke'a, trochę dużych wydań Pratchetta i samych rysunków Josha Kirby'ego, moje japońskie artbooki (nie tylko mangowe) i komiksy w wydaniach A4 i większych: "Blacksad", cały "Sandman" z przyległościami (w tym również Companionem), "Watchmen" (z ogromnym albumem z designami z filmu kupiony za całe 5 funtów w Forbidden Planet w Londynie, kiedy mój mąż dobrze wiedział, że przylecieliśmy tylko na weekend z bagażem podręcznym - jak widzicie, jesteśmy świetnie dobranym małżeństwem) i inne takie. Część komiksów (stare TM-Semic, "Szninkiel" czy "Hugo") jest pochowanych w teczkach, by nie dorwał ich potomek.

No, już widać koniec cyklu, został mi tylko jeden regał do omówienia. :D

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.