Co ja paczę, czyli "Hemlock Grove"

by 22.5.13 13 komentarze
Bywa czasem tak, że człowiek zaczyna oglądać coś, co z opisu wydaje się być skrojone pod niego, a potem okazuje się, że tylko tracił czas. Tak właśnie było ze mną i "Hemlock Grove", które poleciła mi Cyda mówiąc, że serial ma najlepszą wilkołaczą przemianę w historii kinematografii - nie do końca się z tym zgadzam, ta w "Towarzystwie wilków", była zdecydowanie ciekawsza, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę różnicę w poziomie efektów specjalnych między rokiem 1984 a 2013, ale nie na tym zasadza się mój główny problem z tym serialem, tylko na zmarnowanym potencjale.

Napisy początkowe są dosyć fajne.
Netflix, firma zajmująca się głównie udostępnianiem filmów i seriali na żądanie, stara się podważyć tradycyjny model telewizyjnych programów zaplanowanych na sezony. Pomysł ma więcej sensu niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, w dobie torrentów i mobilnego internetu widz woli samodzielnie decydować, gdzie i kiedy oraz przede wszystkim w jakiej ilości ogląda odcinki (zresztą rynek serialowy bardzo się zmienił w ostatnich latach, długość sezonów się zmniejszyła, pojawiły się seriale wakacyjne, które wyparły powtórki, zdecydowanie zwiększyła się konkurencja, a stacje jakby chętniej decydują się na zdejmowanie mniej intratnych tytułów z anteny) i uwalnianie do sieci całego sezonu na raz jest po prostu dostosowaniem się do nowych zasad. I za to Netflixowi należą się kudos. Niestety, trochę gorzej wypada realizacja zamiaru.

"Hemlock Grove" w ilości 13 epizodów "narodził" się 27 marca tego roku. Wyprodukowany przez Eliego Rotha (znanego głównie z "Hosteli" ostrzegających turystów przed wyjazdami na Słowację i do Chile bodajże oraz z rozbijania głów nazistom kijem bejsbolowym w "Inglorious Basterds"), który wyreżyserował również pierwszy odcinek, oparty na powieści Briana McCreevey'ego, opowiada o dwóch prawie dorosłych chłopcach, bogatym zblazowanym i lubującym się w blood playu dziedzicu fortuny Romanie Godfreyu (Bill Skarsgaard) i pół-Romie Peterze Rumanceku (Landon Liboiron), którzy mieszkając w post-industrialnej Pensylwanii prowadzą "dochodzenie" w sprawie brutalnego morderstwa koleżanki z klasy przez wilkołaka. Nie robią tego bynajmniej z ciekawości czy dobrego serca (zwłaszcza Roman), ale przede wszystkim dlatego, że wieść gminna niesie, iż zabójcą jest któryś z nich. Roman ma w dodatku dziwną matkę (Famke Janssen) i potworną siostrę Shelley (aluzja literacka subtelna jak garnek), a Peter jest faktycznie wilkołakiem. So far, so good. prawda? Brzmi jak klimat z "Twin Peaks" (WHO KILLED LAURA PALMER???), tylko dla nastolatków, który wypłynął na popularności "Twatlightu". Niestety, im dalej w las, tym gorzej, a mówię to po obejrzeniu pierwszego odcinka (dwukrotnie, bo a nuż tylko wydawało mi się, że jest źle wyreżyserowany, źle nakręcony, z dziwną scenografią, okropnymi dialogami i pociętą fabułą) i "przeklikaniu" drugiego (Luna, która siedziała wtedy przy mnie stwierdziła, że mimo metody fast forward odcinek nie zyskał na jakości). Żeby nie było nudno, twórcy postanowili dodać "parę" nieoczekiwanych elementów: pozbawionych emocji naukowców, kazirodztwo, gwałtu na zahipnotyzowanych dziewczynach, seks analny, zapłodnienie przez anioła, kanibalizm, rządowych łowców potworów, patologiczne rodziny, mroczne rytuały, wampiry, cunnilingus po wyciągnięciu tamponu, romans nauczycielki z uczennicą, nadużywanie narkotyków, eksperymenty na ludziach, skażenie środowiska, opresyjny klimat amerykańskiej prowincji, psychiatrę, który sam wymaga leczenia, magię, high school dramę, retro feel, alkoholizm i parę innych klisz, o których zapomniałam.

Nie chciałabym zostać źle zrozumiana: nie przeszkadza mi ani pornografia, ani gore. Ten serial miał potencjał, mógł mieć świetny klimat i stać się kultowym, zwłaszcza, że dość dobrze wpisuje się w trend "weird", który można zaobserwować w najnowszej twórczości Bryana Fullera czy w "Bates Motel", jest to dosyć oczywista konkluzja, ale został on całkowicie zmarnowany przez koszmarną grę aktorską (vide rozmowa Normana z Olivia w szklarni w pierwszym odcinku czy scena seksu pomiędzy nimi w drugim, czy rozmowa Petera z przyszłą pisarką), drętwe dialogi, brak wyjaśnień (co wiem już tylko i wyłącznie z czytania negatywnych recenzji w sieci).  W'ogle widz ma przez większość czasu nieodparte wrażenie, że postaci tylko czekają, aż na nie spojrzy i dopiero wtedy ruszają do akcji - bo montaż też jest zły. Jedyne dobre rzeczy to początkowy pomysł i zdjęcia, na które patrzy się z przyjemnością. No szkoda.

Żeby jednak nie było, to jest moja opinia, Cydzie serial się dosyć (aż do końcówki) podobał. Niestety generał publiczny raczej skłania się w stronę negatywnych komentarzy: podobno serial jest nudnawy i strasznie się ciągnie, zwłaszcza w przydługich flashbackach i dream sequences, postaci są sztampowe i zupełnie pozbawione psychologicznej wiarygodności, zagadka kryminalna zostaje zmarginalizowana. Ale ostrzegam: jeśli szukacie ciekawej rozrywki na letnie wieczory, omijajcie "Hemlock Grove" szerokim łukiem. Już lepiej poczekać na trzeci, dwa razy dłuższy sezon "Teen Wolfa".

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.