Ghost in the stodoła (tak naprawdę Iron Man 3)

by 9.5.13 14 komentarze
Cierpię na pewien rodzaj choroby, która sprawia, że im wyższa temperatura powietrza, tym głupsze mam pomysły (trochę jak trolle u Pratchetta, tylko nie do końca chodzi o inteligencję). Prawie trzy lata temu w lipcu uznałam, że prowadzenie bloga z Cydą jest dobrym pomysłem, co mniej więcej ilustruje skalę zjawiska. Gdy więc 2 tygodnie temu Cinema City przysłało mi maila, że planują w IMAX pokazy "Iron Mana 3" w nocy z środy na czwartek, nie wahałam się ani chwili i zamówiłam bilet.

Do teraz nie rozumiem, czemu Beryl i Cyda poszły ze mną, zamiast wybić mi to z głowy - czwartek jest przecież normalnym dniem pracującym, a my zarywamy w tym tygodniu jeszcze jedną noc jadąc do Wiednia na "Star Trek: Into Darkness" (funny fact: te szalone pomysły fazy maniakalnej się kumulują, nie chcecie wiedzieć, co miałam/mam zaplanowane na cały maj...)

Co nie znaczy, że nie było warto. Oj, było warto, choć z uwagi na poremontowe (śródremontowe? w sumie jeszcze parę rzeczy jest do zrobienia) wycieńczenie organizmu miałam poważne obawy, że usnę w połowie seansu. Na szczęście Marvel Studios znowu dostarczyło i o przymknięciu powiek choćby na moment nie było mowy. Film był znakomity i na pewno pójdę na niego jeszcze raz.

A teraz może kilka szczegółów bez większych spoilerów (co nie znaczy, że paru drobnych rzeczy nie zdradzam, ale trailery trollują lepiej niż Steven Moffat i właściwie widz dostaje całkiem inny film niż się spodziewa) - dalej czytacie na własną odpowiedzialność.

Pierwszym bardzo wyraźnym motywem filmu jest symbolizm. Przykłady mam trzy. Primo: Jon Favreau, który wskazał (nomen omen) kierunek serii i odświeżył marvelowe kino superbohaterskie (po czym prawie je zatłukł na śmierć), grający postać Happy'ego Hogana, na początku filmu dostaje wciry i resztę przygód Tony'ego spędza w śpiączce, śniąc o ... ups, prawie zapodałam wam spoiler (chyba że znacie komiksy). Czyli dosyć wyraźne "temu panu już podziękujemy", doceniamy zasługi, ale reżyserować pan już więcej nie będzie. Secundo: w filmie występuje postać aktora, który w bardzo oczywisty sposób stylizowany jest na RDJa, zanim poznał Susan: narkotyki, laseczki, balangi do rana, nawet pewne manieryzmy mają wyraźne źródło. A przecież Tony Stark i grający go Robert Downey Jr są czasami bardzo ciężko rozróżnialni, co prowadzi nas do tertio: czyli rozdzielenia postaci Iron Mana i Tony'ego Starka, co IMHO jest głównym motywem filmu. "IM" opowiadał historię playboya-milionera, który pod wpływem traumatycznych wydarzeń bierze odpowiedzialność za swoje czyny i odmienia swoje życie, choć nie do końca z własnej woli. "IM2" opowiada o tym, jak załamuje się pod wpływem ciężaru tej odpowiedzialności oraz wkracza na ścieżkę autodestrukcji, gdy śmierć zagląda mu w oczy (można nie lubić tego filmu, ale jeśli odrze się go z elementów zamierzonych jako komiczne, acz wcale nie śmiesznych, dostajemy bardzo dobrą historię kryzysu jednostki pod wpływem stresu). "IM3" kontynuuje psychologiczny rozwój tej postaci w cudowny sposób. Tony Stark zmienia zbroje częściej niż skarpetki lub paraduje tylko w niektórych jej elementach, bowiem właśnie nadszedł czas rozdzielenia tych dwóch postaci (to zapewne chcieli zrobić Nolanowie z Batmanem i Brucem Waynem w "Dark Knight Rises", ale nie do końca im wyszło). Byłam bardzo dumna, że mimo późnej pory i robienia "Squee!" dostrzegłam symbolizm - to już nie jest Tony Stark z "IM2", mówiący "I am Iron Man" przed komisją w Senacie, ten człowiek wreszcie, w wieku 43 lat, dorasta. Gdy ma problemy, zamiast balangować, chlać na umór i zrażać do siebie bliskich ludzi, jak poprzednio miał tendencję do robienia, opowiada o tym, co go trapi Pepper (i nie tylko jej), wyraźnie też widać, że żałuje swojej porywczości. Szkoda tylko, że potem film podaje wyjaśnienie symboliki na tacy...

BTW, nie jestem pewna, czy lubię Pepper w tym filmie. Postać kreowana prze Gwyneth Paltrow ewoluuje w bardzo niebezpiecznym kierunku kobiety perfekcyjnej we wszystkim. Panna Potts nie tylko znosi wybryki Tony'ego, ale prowadzi mu też efektywnie firmę, jest uwielbiana przez pracowników, wszyscy ją kochają, potrafi posługiwać się zbroją oraz nie jest zazdrosna o byłe dziewczyny Starka, lecz się z nimi zaprzyjaźnia. Do kompletu brakuje jej tylko beatyfikacji. A ja chciałabym zobaczyć kogoś z wadami, choćby drobnymi.

Nie można jednak Pepper odmówić pewnej głębi psychologicznej (której IMHO ciągle brakuje np. Steve'owi Rogersowi). Szkoda tylko, że tego samego nie można powiedzieć o Mai Hansen (Rebecca Hall), która jest najsłabszym punktem obsady. Bardzo dobrze, zwłaszcza w charakteryzacji, wypadł Guy Pearce, rewelacyjny jest Ben Kingsley jako Mandaryn (ale to klasa sama w sobie, szkoda tylko, że Mazer Rackham ma tatuaże na twarzy, why?). "Iron Man 3" poprawia wszystkie błędy, jakie w "IM2" miały postaci Justina Hamera i Ivana Vanko (choć ja tę część lubię i będę jej bronić jak niepodległości, na postać Sama Rockwella nie mogę patrzeć bez tzw. second-hand embarassement).

Szkoda, że nie było więcej o korupcji polityków czy walce o ropę, temat tylko muśnięto. Franczyza ironmanowa dosyć wyraźnie kontestuje wyścig zbrojeń (np. traktowanie zbroi jako kolejnego wytworu Stark Industries w "IM2" przez komisję senacką) czy działania militarne Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie i w Azji (przy czym nadal najważniejszymi twórcami filmów opartych na komiksach, lecz mówiących ważne rzeczy o współczesnej polityce są bracia Nolanowie i właściwie jest to jedyny powód, by czekać na "Man of Steel"), ale zawsze jest to temat, który pozostaje gdzieś na marginesie dyskursu. Moim zdaniem trochę lepiej lepiej można było pod tym względem wykorzystać postać Mandaryna (co nie znaczy, że została wykorzystana źle, wręcz przeciwnie, jest to najlepszy do tej pory przeciwnik Iron Mana, zwłaszcza w tych momentach, gdy jest stylizowany na podobieństwo Osamy bin Ladena).

Co mnie irytowało? Scientific bullshit, serio, zmienianie ludzkiego DNA przez hackowanie mózgu, PUHlease, dawno takich bzdur z ekranu nie słyszałam, a oglądałam wszystkie filmy Marvela, zwłaszcza, że potem ten motyw nie został już poruszony (może to i lepiej). Mogłabym się też czepiać efektów EXTREMIS i ich wpływu na żywą tkankę, ale właściwie po co? Poszłam do kina na kino superbohaterskie i pewna ilość bzdur, na które należy przymknąć oko jest wpisana w cenę biletu.

Ocena? Moim skromnym zdaniem "IM3" jest lepszy niż "Avengers", bo nie ma bohatera zbiorowego i opowiada dosyć wiarygodną psychologicznie historię jednej, bardzo ciekawej postaci. Równowaga pomiędzy elementami akcji a komicznymi była prawie idealna, patos nie wylewał się z ekranu, Tony Strak nie był już odkupicielem ludzkości, ciągłość universum została mniej więcej zachowana. Życzyłabym sobie więcej czasu ekranowego dla sir Bena Kingsleya, ale nie można mieć wszystkiego.

I na koniec kilka luźnych uwag: papa Stilinski dostał awans, ale od wilkołaków nie uciekł, dzieciak był fajny i miał świetne linie dialogowe, mógłby się jeszcze pojawić, wzmianka o Thorze była bardzo trafna, Mark Rufallo jak zwykle wymiata.



Tytuł: Iron Man 3 (2013)
Reżyseria: Shane Black
Scenariusz: Drew Pearce, Shane Black
Gwiazdy: Robert Downey Jr, Gwyneth Paltrow, sir Ben Kingsley, Guy Pearce



Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.