Stand by, this blog is being upgraded. Znaczy, updated.

by 18.5.13 10 komentarze
Czyli Rusty rzutem na taśmę nadrobiła zaległe odcinki "Doctora Who". Kurczę, trochę mi brakowało takiego oglądania na akord, odkrywania, ile odcinków dziennie da się zobaczyć, jak w lecie 2010 roku. Tylko serie RTDa jakby lepiej się do tego nadawały. Albo ja jestem za stara.

Hide

Chyba najlepszy odcinek, fabularnie i designersko (niektóre z mebli, skąd oni je wykopali?) z czterech opisywanych. Początek przerażający, ale przejście z horroru do SF cudowne (choć właściwie się trochę tego spodziewałam). Fantastyczna Jessica Raine jako Emma Grayling, pocket universes to jedna z moich ulubionych teorii, ale epizod zapamiętam głównie z uwagi na scenę, gdy Clara zdaje sobie sprawę z tego, jak ludzkość i jej historia musi wyglądać z punktu widzenia Doktora (i jak bardzo się w tej materii myli). Dla takich scen oglądam "DW". W każdym bądź razie całość godna polecenia, ale "Luthera" z tego powodu nie zacznę znowu oglądać. Plus, Klub Diogenesa!

Journey to the Centre of the TARDIS

A tu zniżka formy w stosunku do poprzedniego tygodnia. Wbrew powszechnej opinii podobali mi się bracia Van Baalen, w "DW" rzadko zdarzają się tak antypatyczne jednostki, które nie są wrogami Doktora, szkoda tylko, że Doktor zaczął się zachowywać co najmniej dziwnie, właściwe od momentu, gdy zaoferował braciom wnętrze TARDIS jako łup nie poznawałam Jedenastki. Niby odcinek wcześniej Emma powiedziała, że ma okruch lodu w sercu (w oku też? BP, NMSP), ale bez przesadyzmu. A wystarczyło położyć nacisk na relację pomiędzy Doktorem a TARDIS. Ach, a i kto właściwie napisał "History of a Time War"? Czyżby River? Ale chyba najbardziej irytowało mnie rozwiązanie całości problemu, bam i wymazujemy cały odcinek! Szkoda tylko, że widz nie może zrobić sobie sam tego, co Doktor zrobił Clarze.

The Crimson Horror

Wyznanie, dosyć krepujące: nie znoszę madame Vastry (argh, dramatyczne zarzucanie woalką!), Jenny (I'm a kickass chambermaid!) i Straxa ("pobawię się swoimi granatami" to ziemniaczany slang na masturbację, prawda?). Odcinek przez nich stał się taki sobie, a miał potencjał. Moje główne zarzuty to: Sweetville mało przerażające (come on, wiktoriański "Moonraker", przerażający koncept!), Diana Rigg to zbyt dobra aktorka, by musiała grać tak sztampowo napisaną postać jak Mrs Gillyflower, zbyt dużo biegania, a zbyt mało nacisku na np. postać Ady (OK, postać Ady i koroner, dwie najlepsze postaci w odcinku) i jej relację z matkę (jak zwykle Gatiss dał w tej materii ciała), poza tym miała ona okropną manierę do zmieniania osobowości tak, jak to podobało się scenarzyście (damsel in distress, anyone?). Ogólnie ma wrażenie, że ktoś chciał się pobawić steampunkowymi dekoracjami i do tego dorobił fabułę.

Nightmare in Silver

Wiecie co? Ten odcinek nie miał prawa zagrać. Pluton nieudaczników, karzeł w pilotce, właściciel gabinetu osobliwości wyjęty żywcem z opowiadań Bradbury'ego (plus nawiązanie do Lema - aż musiałam edytować Wikipedię, phi), dwoje niesfornych dzieci, ogromny lunapark (pomysł zdecydowanie lepszy niż ogromna biblioteka, tak tylko mówię) i jeszcze Cybermeni na dobitkę. OK, ulepszający się w błyskawicznym tempie Cybermani mi się nie podobali i brak jakiegoś wyraźniejszego backstory dla pani kapitan, ale wszystko to z nawiązką zrekompensował mi Owsianka; rzadko zdarza się, że ktoś gra lepiej od Matta Smitha, a tu Warwick Davies ukradł show. No podobało mi się, nic na to nie poradzę. Poza tym te drobne detale, "Allons-y!", "Fantastic!", gallifreyańskie pismo w głowie Doktora, lądowanie na Księżycu, lubię takie puszczanie oka do widza.

A dzisiejszego odcinka się boję strasznie, bo wiktoriańskie trio wraca, brr. Poza tym grób River Song, bleh.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.