Star Trek: Into Darkness a whitewashing

by 26.5.13 14 komentarze
Gdybym miała stworzyć listę filmów, które uczyniły mnie fanką jakiejś franczyzy w trakcie pierwszego z wielu kinowych seansów, gdzie po wyjściu z projekcji miałam ochotę wrócić do kasy i kupić kolejny bilet, byłaby ona dosyć krótka i zawierała trzy filmy: "PotC: Dead Man's Chest", "Sherlock Holmes" Guya Ritchiego oraz reboot "Star Treka" z 2009 roku - co mniej więcej dobrze obrazuje mój plebejski gust filmowy.

Na kolejny film J.J. Abramsa czekałam jak kania na dżdż (specjalnie tak skonstruowałam to zdanie, żeby mieć wersję słowa, która nie zawiera samogłosek w tradycyjnym tego słowa znaczeniu...) przez lata, czytając coraz to nowe plotki z postępów produkcji, wkurzając się na aktorów i ich napięte grafiki, wreszcie denerwując się, że Abrams przechodzi do "Star Warsów". I was emotionally invested.

A potem okazało się, że polski dystrybutor postanowił uwalić fanów, przesuwając premierę w naszym kraju o prawie miesiąc w stosunku do światowej premiery filmu, co mniej więcej w praktyce oznaczało dla mnie i ferajny niekorzystanie przez ten miesiąc z tumblra w obawie przed spoilerami. Zrobiłyśmy więc jedyną w tej sytuacji możliwą rzecz - pojechałyśmy do Wiednia, by tam zobaczyć "Into Darkness".

Spoilerów jednak nie dało się uniknąć - sama to sobie zrobiłam, oglądając w dzień wyjazdu wszystkie videosy, które dostawałam w ramach areyou#the1701?, czyli strony promującej film. Co prawda zdradzający całą fabułę cytat okazał się padać w początkowej sekwencji filmu, ale jest na tyle charakterystyczny, że fani serii od razu się orientują retellingiem jakich przygód załogi USS Enterprise jest "Into Darkness". Nie odebrało mi to jednak przyjemności z seansu. Jeśli jednak nie lubicie spoilerów, to zalecam zaprzestanie czytania tej recenzji oraz niewchodzenie na stronę filmu na imdb.com.

Ostatni paragraf recenzji zawiera również pewną bardzo niepopularną w internetach opinię na temat whitewashingu.

SPOILERYSPOILERYSPOILERYSPOILERYSPOILERYSPOILERYSPOILERY

Dla takich widoków oglądam "Star Treka"
Reboot linii czasowej (właściwie całego wszechświata) z 2009 roku pozwolił na bardzo fajne zabawy z kanonem, co jest fascynujące (see what I did here?) zwłaszcza dla fanów serii: niby wiadomo, co ma się zdarzyć, ale bohaterowie oszukują na podstawie posiadanej (głównie dzięki staremu Spockowi) wiedzy, a wszechświat usiłuje wrócić na znane mu tory (co już było widoczne trochę pierwszej części) - przy czym wcześniejsze filmy, zwłaszcza "The Voyage Home", usiłowały udawać, że wszechświat ST i nasz są tymi samymi, a ten poprzez wspomnienie o Eugenics Wars (które zgodnie z linią czasową filmu wypadałyby gdzieś po 1959 roku) wyraźnie się od tego pomysłu odcina; czyli nie tylko świat przedstawiony nie jest tożsamy ze światem z TOSa - co zostało spowodowane cofnięciem się ambasadora Spocka 129 lat wstecz w reboocie - ale również nasze prawnuki nie będą mogły służyć w Gwiezdnej Flocie...).  Dzięki temu można po raz kolejny opowiedzieć tę samą historię, nawiązując do oryginału w dosyć oczywisty sposób, a jednocześnie osiągnąć coś nowego. Ustalmy sobie jednak na początek jednak rzecz: "Into Darkness", choć swoją funkcję rozrywkową spełnia bez zarzutu, jest jednak filmem słabszym od swoich poprzedników (czyli reboota i "The Wrath of Khan").

Jest to przede wszystkim problem z bohaterem zbiorowym - w reboocie załoga USS Enterprise dopiero się docierała i interesujące było oglądanie konfliktów, które owo docieranie się powodowało. W "Into Darkness" nacisk położony jest na relacje tria Kirk/Spock/Uhura, przy czym konflikt wywołany jest sztucznie (Vulcanie nie czują, Ziemianie czują, jak to tworzyć związek w takiej sytuacji, kiss of love wszystko naprawi) i rozwiązany mniej więcej w połowie seansu. Widać wyraźnie, że scenarzystom zabrakło pomysłów na inne postaci, co zaowocowało kuriozalnymi sytuacjami, w których np. ustępującego ze stanowiska Scotty'ego zastępuje Chekhov i ja rozumiem, że to jest siedemnastoletni geniusz, ale chyba Scotty miał jakiegoś zastępcę, prawda? I dlaczego np. do walki z Khanem wysyłana jest Uhura, a nie Sulu, który ma combat training? A dlaczego torpedę fotonową ma rozbrajać lekarz pokładowy? (EDIT: OK, przy drugim seansie zauważyłam, że akurat tę decyzję w jakiś tam sposób fabularnie uzasadniono.) Pewnie, każdy chce mieć swoją porcję czasu ekranowego, ale chyba to nie jest dobry pomysł na rozwiązanie problemu.

Kolejnym problemem w filmie jest ten dotyczący zdolności dowódczych Kirka  - w filmie dosyć wyraźnie widać, że bardziej efektywnym zespołem (ha, nawiązanie do "Oblivion"!) jest Spock jako kapitan statku i Kirk jako pierwszy oficer, a nie promowany odwrotny model dowództwa (odmawiam omawiania zasad panujących w Starfleet, które pozwalają właściwie całej obsadzie mostka ruszać na najbardziej niebezpieczne misje). Oczywiście dotyczy to sytuacji bieżącej: osobowość Kirka dosyć wyraźnie odbija się coraz bardziej na zachowaniu Spocka, który zmierza do łagodniejszej osobowości TOS!Spocka. Ale narzekać nie należy: Harry/Hermiona/Ron Spock/Kirk/Uhura to jedyne postaci, które wykazują jakieś minimalne zmiany w sferze psychiki. Reszta obsady jest powielaniem sztamp z serialu. W pierwszym filmie to Eric Bana jako kapitan "górniczego" (w cudzysłowie, bo trudno mi uwierzyć, że jednostka przeznaczenia industrialnego posiada uzbrojenie pozwalające jej na nawiązanie i zakończenie w kilka minut walki z eskadrą okrętów Federacji) nie miał szans na zaistnienie jako "ten zły" w obliczu cudowności, jaką była załoga USS Enterprise. Jak powiedziała wczoraj jedna z anonimowych fanek na sali kinowej, na tym statku nie ma ani jednej osoby, której się nie lubi (nawet Ptysia, który w drugim filmie dostaje nawet nazwisko!) W "Into Darkness" sytuacja jest odwrotna: Cumberbatch o klasę przewyższa aktorsko całą pozostałą obsadę, w bardzo gadzi sposób budując postać Johna Harrisona; próbuje do niego równać Peter Weller (znany przede wszystkim z "Robocopa") jako admirał Marcus, ale nie do końca mu to wychodzi.



Ale sam pomysł spisku wewnątrz szeregów Federacji był fajny, głównie dzięki znakomitej grze Benedicta Cumberbatcha. Żal zmarnowanego potencjału Klingonów, którzy pojawiają się właściwie epizodycznie, żal wciskania w pewne sceny na siłę Uhury, trochę nie podobał mi się wątek konfliktu pomiędzy Spockiem a Kirkiem i Uhurą, spowodowany niezrozumieniem vulcańskiej części osobowości Spocka, zwłaszcza, że został rozwiązany właściwie w połowie filmu, i nie powodował już więcej napięć, pozostawiając widza z poczuciem niedosytu. Oczywiście bez niego scena śmierci nie byłaby taka wzruszająca, dla widzów, którzy nie widzieli "The Wrath of Khan" rzecz jasna, bo dla fanów franczyzy jest to po prostu prezent - choć niewielkiej wartości, bo kiedyś fani musieli poczekać aż do "Search for Spock" na rozwiązanie cliffhangera, a w "Into Darkness" wiadomo, że "T" w nazwisku James T. Kirk oznacza "Tribble", a nie "Tiberius".

Michael Giacchino znowu popisał się z muzyką. Oprócz wpadającego w ucho głównego tematu najbardziej podoba mi się chyba umieszczone wyżej "London Calling" (które powtarza się w wariacjach przy postaci Khana i początkowo omyłkowo wzięłam go za jego temat - który też jest bardzo ciekawy, jednocześnie podstępny i wzruszający). Khan od pierwszego pojawienia się w TOSie był jedną z ciekawszych postaci, jeśli chodzi o motywację i to akurat w "Into Darkness" się nie zmieniło, a zostało podkreślone muzyką.

Tak sobie marudzę, ale chciałabym zauważyć, że mimo potwornego zmęczenia podczas seansu ani przez chwilę nie chciało mi się spać. Film jest przyzwoitym dodatkiem do kina przygodowego, nie jest też najsłabszym epizodem w serii. Warto pójść na niego do kina, z zastrzeżeniem, że Reboot to to nie jest. Malkontenci mogą sobie wytykać bzdury fabularne (a jest ich, przyznaję uczciwie, sporo), czy nawet porównywać film do "Prometheusa", ale fani tacy jak ja nie chodzą do kina na "Star Trek", by dostać twarde SF na ekranie, ale żeby obejrzeć dobrze skonstruowany film przygodowy. I to właśnie dostałam.


Whitewashing

Wyraźne nawiązanie do Honor Harrington
Istnieje takie pojęcie jak whitewashing, czyli zatrudnianie białych aktorów do odgrywania postaci kolorowych, o które ostatnio oskarżono J.J. Abramsa, w związku z zatrudnieniem Benedicta Cumberbatcha do roli Khana.  Autorka posta na ten temat posunęła się nawet do stwierdzenia, że cała zasłona dymna związana z tym, że postać przed premierą filmu była znana jako John Harrison (a wcześniej jako Gary Mitchell), miała odsunąć w czasie dosyć oczywistą (jej zdaniem) aferę, która musiała wybuchnąć w związku z whitewashingiem postaci, która jest domniemanym Sikhem - a Abrams chciał uniknąć czarnego PRu dla swojego filmu.

Moim zdaniem autorka (i jej podobne osoby, które zwróciły uwagę na problem na tumblrze) trochę mija się z prawdą. Po pierwsze, ukrycie faktu (który teraz radośnie zdradza imdb.com), że Cumberbatch został obsadzony jako Khan ma uzasadnienie w fabule - postaci poznają go najpierw jako Johna Harrisona, co ma związek ze spiskiem w dowództwie Gwiezdnej Floty. Khan w końcu przyznaje się do bycia Augmentem, ale znowu, bohaterowie ze względu na grożące im niebezpieczeństwo, ograniczenia czasowe oraz brak archiwum nie wiedzą, kim dokładnie był i jaka była jego rola w Eugenics Wars (co zresztą jest analogiczne do sytuacji w TOS) i w rezultacie tylko konsultacja z alternate!Spockiem pozwala im uniknąć katastrofy i przechytrzyć Khana.

Wydaje mi się więc, że w związku z taką, a nie inną konstrukcją fabuły, gdzie sporo zależy od tego twistu i jest on pewnego rodzaju prezentem od fanów dla fanów oryginalnej serii i filmów (co zdają się sugerować późniejsze odniesienia do "The Wrath of Khan", zawarte w "Into Darkness"), ukrywanie w tajemnicy faktu, że Cumberbatch gra Khana nie było spowodowane whitewashingiem, lecz chęcią sprawienia niespodzianki widzom. Fani dosyć wcześnie zaczęli podejrzewać, że Khan będzie adwersarzem załogi USS Enterprise, bowiem na castingi zapraszano samych latynoskich aktorów. Oryginalnie bowiem Khan też nie był grany przez aktora o indyjskich korzeniach, tylko przez Meksykanina, Ricardo Montalbana. Do roli Khana w "Into Darkness" rozważano czterech aktorów: Meksykanina, Wenezuelczyka, Hiszpana i właśnie Cumberbatcha, który swój test screen nagrał iPhonem w kuchni kolegi - zakładam, a właściwie po obejrzeniu filmu mam pewność, że wybrano najlepszego, a nie najbielszego aktora do roli. Nie jest to rasizm, tylko decyzja artystyczna.

W'ogle nie rozumiem ani tego oburzenia o whitewashing, ani zdecydowanie wcześniejszej batalii o to, że Heimdall w "Thorze" był czarny. Trudno wyobrazić mi sobie w tej roli kogoś innego niż Idrisa Elbę, który ma po prostu odpowiedni majestat do roli. Jak powiedział o Elbie przy okazji kręcenia "Pacific Rim" reżyser Guillermo del Toro:
“Literally objects start moving when the guy enters a room.  He’s an actor of uncommon power and uncommon humanity.
Podobnie Cumberbatch jest odpowiednio złowieszczy. Reżyser ma prawo wybrać do roli aktora, który jego zdaniem najlepiej do niej pasuje i kolor skory nie powinien mieć do znaczenia. Czy ktoś wkurza się o to, że Denzel Washington grał Don Pedra w "Wiele hałasu o nic"? Nie, bo zagrał świetnie, podobnie jak Elba i jak Cumberbatch. To jest jakby się Jacksona czepiać, że wziął wysokich aktorów, zamiast zatrudnić do ról hobbitów karłów: przykłady dwóch bardzo różnych ekranizacji "Śnieżki" pokazują, że oba pomysły mają wady i zalety. Ważne jest jednak, że decyzja castingowa nie jest w zamierzeniu dyskryminująca, lecz ma na celu nakręcenie jak najlepszego filmu.

A zatrudnianie Brytyjczyków do ról złoczyńców ma w amerykańskich filmach tradycję sięgającą pierwszej "Szklanej pułapki" - Alan Rickman wskazał drogę, którą współcześnie podążają Tom Hiddleston czy Christopher Eccleston.

Nie umniejszając nic kanonicznej i kultowej (nie bójmy się tego słowa) kreacji Khana przez Ricardo Montalbana, w początkowej wersji scenariusza miał on być typowym Aryjczykiem, bardzo wyraźną metaforą nazisty, wierzącego w wyższość swojej rasy nad niemodyfikowanymi genetycznie ludźmi. Fakt, że jest Hindusem dodał na pewno znaczenia w sferze interpretacyjnej (jak w tych antropologicznych opowiadaniach Ursuli LeGuin, których tytułów nigdy nie potrafię zapamiętać), ale pamiętajmy, że Khan Noonien Singh został nazwany tak, bo Rodenberry chciał odnaleźć znajomego z czasów wojny o tym nazwisku i liczył, że ten po obejrzeniu odcinka się z nim skontaktuje.

Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to bardzo niepopularna opinia w internecie w tej chwili. Mieszkam w gruncie rzeczy homogenicznym rasowo kraju i to sprawia, że nie pojmuję pewnie złożoności problemu (choć akurat z zarzutami do whitewashingu w "Last Airbenderze" się zgadzałam). Jeśli macie inne zdanie, zapraszam do dyskusji w komentarzach, może pod wpływem waszych argumentów zmienię opinię.

P.S. Po drugim, wczorajszym seansie w ramach mini maratonu filmowego w Heliosie film nadal mi się bardzo podoba.

Star Trek: Into Darkness (2013)

Reżyseria: J.J. Abrams
Scenariusz: Robert Orci, Alex Kurtzman, Damon Lindelof
Gwiazdy: Chris Pine, Zachary Quinto, Zoe Saldana, Benedict Cumberbatch, Simon Pegg, Karl Urban

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.