Czemu ja nie mieszkam w NY, czyli notka na marginesie rozdania nagród Tony

by 13.6.13 24 komentarze
Zdaje się, że ostatnio w naszym kąciku blogosfery gorącym tematem jest plagiat i w sumie ja też bym chętnie sobie kogoś ponaśladowała (najlepiej bezmyślnie), ale niestety chodzenie w ślady innych nie leży w mojej naturze - ja czuję się perednicą; w związku z tym idąc o krok dalej podbiorę temat na wpis Myszy. Zresztą, she had it coming, nie zliczę, ile razy zaglądałam na jej bloga tylko po to, by odkryć, że Mysz "ukradła" mi pomysł na notkę.

Ninedin uważa, trochę niesłusznie, że jestem jakimś musicalowym guru. Przyznaję, musicale to moja pasja i nawet sporą wiedzę na ich temat posiadam, ale daleko mi do prawdziwych znawców tematu. W sklepie z tanią książką obcojęzyczną na Grodzkiej w Krakowie znaleźć można ogromny album "100 Broadway Musicals", z którego kojarzę dosłownie kilka tytułów (nie kupiłam go, bo mnie frustruje, choć czasami żałuję, że się nie wykosztowałam, oh well). Jest to spowodowane głównie tym, że Amerykanie tworzą musicale na każdy temat (takie hobby narodowe), a niestety nie każdy spektakl okazuje się być sukcesem - część z nich jest zdejmowana z afisza jeszcze w trakcie sezonu i pamiętają o nich tylko zatwardziali fani. Czasami jakiś tytuł ma szansę powrócić w revivalu (jak tegoroczny "Pippin"), ale spora ilość po prostu popada w zapomnienie.

W dodatku, ponieważ naprawdę nie lubię uczucia bezsilnej frustracji, zupełnie nie śledzę nagród Tony. Po co mam się denerwować, że za oceanem powstaje tyle fajnych musicali, skoro i tak nie będę mogła tam pojechać i zobaczyć ich na żywo. Pewnie, czasem jakiś tytuł przebije się do popkulturowej zbiorowej świadomości i trafi na tę stronę stawu, ale są to wyjątki. W tym roku trochę nagięłam swoje zasady i obejrzałam klipy reklamujące nominowane spektakle - oczywiście kilka z nich znalazłam bardzo interesującymi. Pozwólcie więc, że wam trochę o nich opowiem.

1. Matilda the Musical



O musicalu usłyszałam dzięki tumblrowi (zdjęcia m.in. Amandy Palmer i Neila Gaimana na premierze sztuki) i nawet przez chwilę rozważałam zakup biletów na oryginalne przedstawienie na londyńskim West Endzie, ale w końcu zdecydowałam się na "The Tempest" w The Globe z uwagi na Rogera Allama; przeważyła głównie moja niechęć do Roalda Dahla. Teraz trochę żałuję, bo "Matilda" wygrywa wszystkie możliwe nagrody po obu stronach oceanu, w czym na pewno spory udział ma humorystyczne libretto autorstwa Tima Minchina - z drugiej strony będę miała po co do Londynu wrócić. Musicale z dziecięcymi aktorami zawsze są popularne (ten w dodatku ma żywego psa), ale akurat w tym wypadku warto zwrócić uwagę na Bertiego Carvela w roli panny Trunchbull, surowej dyrektorki szkoły, do której uczęszcza tytułowa bohaterka. Jest to aktor znany z "Doctora Who", "Sherlocka", "Les Miserables" (mówię o najnowszej adaptacji filmowej) i paru innych tytułów. Podobnie jak Idina Menzel przy okazji "Wicked", gra w sztuce po obu stronach oceanu i warto musical zobaczyć tylko dla niego. Rola panny Trunchbull bardzo ładnie wpisuje się w broadway'owską tradycję grania kobiet przez mężczyzn ("Hairspray", anyone?).

Poza tym piosenki wpadają w uchu jak szalone (na iTunes jest dostępny OST w wykonaniu oryginalnej obsady) i naprawdę polecam zapoznanie się z tym musicalem - nawet jeśli tak jak ja nie przepadacie za Roaldem Dahlem.

2. Kinky Boots



W tym roku można w nagrodach Tony zaobserwować ciekawy trend: najwięcej nominacji (ale również nagród) zdobywają musicale importowane zza oceanu. Dosyć oczywistym zwycięzcą 2013 roku jest musical "Kinky Boots", oparty na filmie pod tym samym tytułem z 2005 roku, który "zabrał do domu" 6 statuetek. Muzykę i słowa napisała Cyndi Lauper (kolejny ciekawy trend, zatrudnianie piosenkarzy jako autorów musicali). Większość znawców tematu obstawiała dziwną, bardzo angielską "Matildę" jako pewniaka, jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, że musicalowi z aktorami dziecięcymi może zagrozić tylko musical o mniejszościach seksualnych. No dobra, tak sobie żartuję, ale "Kinky Boots" okazuje się być cudowną sztuką i właściwie nie dziwię się, że zebrał tyle nagród, mimo że zupełnie nie wpisuje się w trend wielkich broadway'owskich produkcji, które zwykle wygrywają. Ja osobiście dopisuję go do listy "to-watch" (która w tym roku niebezpiecznie się wydłużyła).

3. Pippin



Wspomniałam wcześniej, że A) niektóre musicale dostają drugą szansę jak revivale (jak w zeszłym roku "Anything Goes" - OK, więc może trochę orientuję się w Tony Awards), B) jestem wielką fanką Stephena Schwartza. Mimo to po raz pierwszy o "Pippinie" usłyszałam w trakcie przygotowywania tego wpisu (a raczej - właśnie ten tytuł zainspirował tę notkę). Po raz pierwszy wystawiony w 1972, inspirowany średniowieczną historią, lecz przetworzony przez klimat epoki dzieci-kwiatów (która dała nam między innymi "Hair" i choćby dlatego warto z niej czerpać inspirację), został w tym roku odświeżony. W rezultacie widzowie dostali spektakl, który od Angeli Carter (gdyby żyła) dostałby najwyższe noty, hołd dla oryginalnego reżysera Boba Fosse'a ("Cabaret"), który nic sobie nie robi z czwartej ściany czy oryginalnej historii - że o zasadach rządzących światem przedstawionym nie wspomnę. Revival z 2013 roku wprowadza jedną istotną zmianę: rola znana jako The Leading Player został powierzona kobiecie, Patinie Miller, która wygrała za nią nagrodę Tony - warto tą młodą aktorkę obserwować, daleko zajdzie. Oprócz tego "Pippin" wyróżnia się bardzo skomplikowaną choreografią, inspirowaną cyrkowymi popisami - mnie opadła szczęka, ktoś tu się naoglądał zbyt dużo Cirque du Soleil.

4. Chaplin



Jest taki serial telewizyjny, "Smash", który opowiada (przynajmniej te odcinki, które widziałam, a nie było ich za wiele) o produkcji musicalu o życiu Marylin Monroe. No więc "Chaplin" był dosyć oczywistą inspiracją. Zdjęty z afisza po 136 spektaklach, określany przez krytyków jako nudny i wtórny, doczekał się jednej nominacji do Tony Awards dla Roba McClure'a w roli tytułowej. Osobiście uważam, że należałoby nominować również, no właśnie, trudno mi stwierdzić, czy scenografię czy make-up, bo razem tworzą bardzo spójną wizję inspirowaną czarno-białymi filmami, która mnie osobiście zachwyca swoją konsekwencją. I chociażby dlatego chciałabym, żeby któryś polski teatr muzyczny ten w sumie mało wymagający produkcyjnie musical przeniósł na krajową scenę.

5. The Mystery of Edwin Drood



Ten musical zaintrygował mnie głównie tym, że wziąwszy na tapetę przygnębiającą, niedokończoną powieść Charlesa Dickensa zdołał ją przerobić na komedię. Nie, serio, wydawałoby się to niemożliwe, a jednak! Po drugie, tytułową rolę powierzono Stephanie J. Block (jednej z aktorek, która zastąpiła Idinę Menzel w roli Elphaby). Po trzecie zaś, sztuka w cudowny sposób rozgrywa fakt, że Dickensowi zeszło się z tego padołu łez w trakcie pisania powieści i angażuje publiczność w rozwiązanie zagadki w najlepszym stylu Agathy Christie (gdyby ta stosowała się do zasad demokracji podczas pisania swoich kryminałów). W zależności od wyboru widzów, musical oferuje 8 różnych zakończeń. Czyli jeśli ma się szczęście (i pieniądze) i przez tydzień codziennie chodzi do teatru (oraz na jedną popołudniówkę), to można za każdym razem zostać zaskoczonym! Ja osobiście jestem tym pomysłem zachwycona. W sferze muzycznej "The Mystery of Edwin Drood" jest dosyć zachowawcze i czerpie inspirację głównie z tradycji londyńskich scen, ale fabularnie wznosi się na wyżyny.

Pozwólcie, że listę zamknę na pięciu tytułach. Chciałam wspomnieć jeszcze o "Scandalous" i "Hands on a Hardbody", ale właściwie możecie się z nimi samodzielnie zapoznać, choć raczej na zasadzie ciekawostek, a nie czegoś, co koniecznie trzeba zobaczyć. Jeśli zaś mieliście swoje typy w tegorocznych nagrodach Tony, to bardzo chętnie poczytam o nich w komentarzach (do ciebie mówię, Myszo!).

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.