Kamień stał się ciałem (o "My Fair Lady" słów kilka)

by 9.6.13 4 komentarze
O premierze "My Fair Lady" w Operze Śląskiej dowiedziałam się już po fakcie, ale na szczęście udało mi się w ostatniej chwili zdobyć bilet na spektakl wyjazdowy Teatrze Śląskim w Katowicach - po czym prawie spóźniłam się na rozpoczęcie pierwszego aktu.


Myślę, że każdy wie, o czym musical opowiada, chociażby z filmowej adaptacji George'a Cukora z 1964 z ikonicznymi rolami Audrey Hepburn i Rexa Harrisona (który śpiewać niezbyt potrafił, więc swoje partie melodeklamował - ale to i tak lepiej niż Hepburn, która w trakcie filmu śpiewa jedną linijkę, i to słychać), więc streszczać fabuł nie będę. Bardzo ciekawa jest natomiast droga mitu o Pigmalionie i Galatei (znanej z "Metamorfoz" Owidiusza), przetworzonego przez Irlandczyka G.B. Shawa na sztukę teatralną, którą następnie duet Lerner/Loewe przerobił na bardzo popularny musical, sfilmowany właśnie przez Cukora (ale już bez Julie Andrews w roli Elizy Dollittle - pisałam o tym przy okazji omawiania "Mary Poppins"), który zmienił zakończenie na bardziej cukierkowe. Świadczy to moim skromnym zdaniem o bardzo złym dyktacie Hollywoodu, który sprzedawał sny i przez to wymagał szczęśliwych zakończeń - a przecież siła sztuki Shawa opierała się właśnie na tym, że relacje profesora Higginsa i Elizy są toksyczne od bólu. Na szczęście reżyser śląskiej wersji, Robert Talarczyk, wrócił do oryginalnej wersji, co wyszło całości na dobre. Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o innych jego decyzjach artystycznych.

W programie można znaleźć wywiad z Talarczykiem, w którym zwierza się on z obaw, że "My Fair Lady" jest ramotką (str. 11), więc postarał się ją odświeżyć. Osobiście nie rozumiem obaw - libretto Lernera i muzyka Loewe'a to właściwie taki samograj i trudno tu coś zepsuć. Jak jednak pokazuje przykład Opery Śląskiej, da się to zrobić, np. każąc Elizie (i innym postaciom) posługiwać się gwarą ślunską, zachowując przy tym Londyn jako miejsce akcji. Przy czym ten Londyn staje się pewną mityczną krainą, zawieszoną w czasie, gdzie jednocześnie jest początek XX wieku, a Zoltan Karpathy przychodzi na bal w ambasadzie z Geri Halliwell z jej spajsgirlsowego okresu - nad miastem zaś górują billboardy z The Rolling Stones i Danielem Craigiem w roli agenta 007. W slumsach grafitti tworzy Banksy, a kostiumy aktorów są co najmniej eklektyczne (np. ten królowej Transylvanii powoduje reakcję WTF?) - co niby nie powinno dziwić, skoro jako statyści występują Beatlesi, David Bowie w fazie Ziggy'ego Stardusta czy Amy Winehouse. No normalnie groch z kapustą. Jest to pewnie jakiś artystyczny statement, ale mnie po prostu zniesmaczyło.

Wyścigi konne. Serio, serio.
Nie mam za to większych zastrzeżeń do obsady. Elizę grała solistka Opery Śląskiej Anna Noworzyn i śpiewać to ona potrafi (gorzej z aktorstwem, ale może się dziewczyna z czasem wyrobi). Jako profesora Higginsa "dostałam" Artura Święsa (którego znam przede wszystkim z "Rent") i tu już pełny zachwyt z mojej strony, bo bucerię swojego bohatera przedstawił znakomicie i przez większość czasu miałam ochotę, tak jak Eliza, poszczuć go psami. Na zdecydowany plus wybija się też Aleksandra Stokłosa jako pani Pearce, gospodyni - zresztą w obsadzie nie ma słabych punktów.

Mimo to spektakl nie jest porywający. Miło się go ogląda i równie łatwo o nim natychmiast zapomina - może oprócz sceny wyścigów w Ascot, która jest rewelacyjna. Dość powiedzieć, że wcale nie miałam ochoty o nim pisać i robię to tylko z kronikarskiego obowiązku (oraz w ramach praktyki przed wyjazdem do Londynu - idziemy na "Króla lwa" Julie Taymor oraz na "Burzę" z Rogerem Allamem, który podobno tańczy!). Brak mi na śląskich scenach ostatnio naprawdę dobrych musicali i mam nadzieję, że w przyszłym sezonie ta sytuacja ulegnie zmianie.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.