Reboot dla sędziego

by 16.6.13 18 komentarze
Jestem wielką fanką rebootów. Nie remake'ów, czyli właściwie liftingu starych fabuł, dopasowania ich do nowych fabuł (pisała o tym jakiś czas temu Aeth), tylko raczej zapożyczeniem pewnych elementów i stworzeniem z nich nowej jakości; sztandarowym przykładem jest tutaj oczywiście reboot Star Treka z 2009 roku, ci sami bohaterowie, ale zmieniony świat (chyba zbyt zmieniony TBH, bo ostatni film sprawił, że budowa statków kosmicznych stała się prawie że zbędna), a w czerwcu premierę będzie miał "Man of Steel", czyli reboot franczyzy supermanowej (wiecznie żywej, jak Lenin, ale niekoniecznie będącej w dobrej kondycji), nakręcony/wyprodukowany przez ludzi, którzy na ekranizacjach komiksów znają się w tej chwili w Hollywood chyba najlepiej.

Szkoda trochę, że mimo popularności zjawiska nieco bez echa przeszedł reboot "Sędziego Dredda" z Karlem Urbanem w tytułowej roli, bo to film, który czerpie z dosyć nieoczekiwanych źródeł i prezentuje efekt końcowy jakości zaiste niespodziewanej.

Mega City One
Wszyscy oczywiście słyszeli o wersji z Sylvestrem Stallone z 1995, który właściwie mógłby zostać uznany za kwintesencję tego, co kino akcji lat dziewięćdziesiątych miało do zaoferowania widzom (osobiście za zaszczepienie pewnych schematów winię pierwszą "Szklaną pułapkę") - osobną kwestią pozostaje ocena końcowego produktu (użytkownicy imdb.com uważają, że był to film raczej średni). Osobiście nie znam oryginalnego komiksu - więcej powiem, dopiero w trakcie researchu do tej notki odkryłam, że sędzia Dredd to postać stworzona w Wielkiej Brytanii, co właściwie, biorąc pod uwagę świat przedstawiony i tytułowego bohatera, nie powinno mnie dziwić. Brytyjczycy celują w tworzeniu dystopii, czy to w filmie, czy w literaturze, a topos antybohatera nie jest chyba zbyt popularny w amerykańskich komiksach (przychodzi mi na myśl tylko Lobo). Gdybym jednak miała jednoznacznie wskazać na inspiracje twórców nowej wersji, padłoby na mangi Katsuhiro Otomo - chyba najbardziej "Domo: The Dreams of Children", bo choć Neo Tokyo i Mega City One mają ze sobą wiele wspólnego, to jednak wieżowce-dzielnice i splatter bardziej pasują do fabuły "Domo". Przy czym mimo pokazania ogromu miasta, większość fabuły rozgrywa się w zamkniętej, lekko klaustrofobicznej przestrzeni (yo ho, Misiael, widziałeś ten film?) jednego ogromnego wieżowca - i to właściwie ważną wskazówką co do kraju pochodzenia franczyzy powinno być, przynajmniej dla mnie; council housing (mimo iż film kręcono w Republice Południowej Afryki, a nie w UK) podniesiony do potęgi, w jednym budynku jest umieszczone wszystko, szpital, kino, sklepy, gangi.

Czyli Dredd dostał mangowe miasto do obrony praworządności (pojmowanej zgodnie z regułami świata przedstawionego). Zgodnie z fabułą oryginalnego komiksu jest to konwencja post-apo, ale ja bardziej widzę początkowe fazy cyberpunku (CYBERPUNK IS NOT DEAD) - zresztą one się nie wykluczają. Oto bowiem na rynku pojawił się nowy narkotyk, Slo-Mo,który spowalnia postrzeganie czasu przez mózg. Jego producentką i dystrybutorką jest bezwzględna Ma-Ma (Lena Headey), była prostytutka, teraz przywódczyni gangu, której ostatnia zbrodnia zostaje zauważona przez wymiar sprawiedliwości. Na miejsce jedzie Dredd wraz z kandydatką na sędziego, filigranową Anderson (Olivia Thirlby), która właściwie oblała egzaminy, ale ponieważ urodziła się blisko Muru (czyli radioaktywnych pustkowi Cursed Earth), zmutowała i teraz jest telepatką. Co ciekawe, dwie główne role zostały powierzone bardzo ładnym aktorkom, lecz kobiety nie są w filmie seksualizowane, mimo że jednej grożą gwałtem, a druga trudniła się prostytucją (wiem, że trudno w to uwierzyć, ale faktycznie tak jest), poza tym film śpiewająco zdaje Bechdel test.

Ma-Ma
Duża w tym zasługa aseksualnych kostiumów (za które odpowiedzialni byli Diana Cilliers i Michael O'Connor) - sędziowie cały czas chodzą w regulaminowych zbrojach, jedynym ustępstwem jest brak hełmu Anderson, który ma bardzo dobre uzasadnienie w fabule, a Ma-Ma chodzi głównie w T-shircie i czarnych jeansach. Ba, nawet scena łazienkowa nie służy pokazaniu nagiej Leny Headey, tylko efektowi, jaki powoduje Slo-Mo. Dzięki temu dostajemy cudowne kinematograficznie ujęcia rozbryzgującej się krwi, ale reżyser uznał, że warto też pokazać efekt mniej gore, a bardziej pełen spowolnionego piękna.

Ograniczenie miejsca akcji daje cudowny efekt zwięzłości fabularnej, ale nie znaczy to, że prosta historia nie pozawala na komentarz społeczny - a wręcz przeciwnie. Mimo że miasto jest bardzo dystopijne i opanowane przez przestępczość, w Peach Trees (czyli wieżowcu, w którym rozgrywa się akcja filmu) widzimy przede wszystkim zwykłych ludzi, usiłujących żyć normalnym życiem - tylko że w Mega City One nie ma podziału na getto i dobre dzielnice, wszystkie są niebezpieczne, a sędziów zawsze jest za mało.

Dredd to nie jest Tony Stark, mimo iż obaj wywodzą się z komiksów: nie rzuca żarcikami na lewo i prawo, lecz po prostu wykonuje swoją pracę - a jest w niej bardzo dobry. Karl Urban świetnie to rozgrywa głosem, decyzjami bohatera, tym, że zawsze widzimy go w hełmie. O wiele ciekawsza jest Anderson, bo ona w trakcie filmu wychodzi poza schemat wrażliwej dziewczynki, który zdaje się sugerować początkowa scena z jej udziałem (i przede Szczytowskim jej wygląd): mimo empatii jest skutecznym sędzią. Trochę w ostatecznym rachunku rozczarowuje Ma-Ma: mimo tragic backstory w rezultacie nie jest bardzo trudnym przeciwnikiem dla Dredda - choć scena z udziałem vulcan guns, choć niesamowicie krwawa, jest wspaniała i  bardzo ładnie pokazuje bezwzględność i zamiłowanie do przemocy bohaterki.

Bardzo żałuję, że film na siebie nie zarobił. Ja sama nie widziałam go w kinie, co za szkoda, bo sceny kręcone w zwolnionym ujęciu musiały wyglądać na dużym ekranie jeszcze lepiej niż w telewizorze; swoją kopię kupiłam w Saturnie za 19.90 i chciałabym namówić was na to samo. Może zyski ze sprzedaży Blu-rayów i DVD okażą się na tyle zadowalające, że studio zdecyduje się na sequel (są plotki, ale niezbyt konkretne - na pewno aktorzy nie mają nic przeciwko powrotowi na dokrętkę). Bo to po prostu dobry film jest.


Tytuł: Dredd (2012)
Reżyseria: Pete Travis
Scenariusz: Alex Garland
Gwiazdy: Karl Urban, Lena Headey, Olivia Thrilby

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.