Dwie metody oddawania hołdu

by 25.11.13 27 komentarze
W weekend mieliśmy okazję przeżyć niepowtarzalne wydarzenie: jako fani świętowaliśmy 50-lecie serialu "Doctor Who". Z tej okazji Steven Moffat napisał specjalny odcinek jubileuszowy, w którym oprócz Matta Smitha i Jenny Louise Coleman występują David Tennant, Billie Piper oraz John Hurt.

SPOILERS


No cóż, mimo dosyć nieoczekiwanego dodatku w postaci Toma Bakera (Czwarty Doktor, który mniej wyglądał na Doktora, a bardziej na Błotosmętka, ale to może tylko moje odczucie - poza tym oczy mi się trochę wtedy spociły jednak), oraz ponownego pojawienia się Kate Letherbridge-Stewart (oraz jej siostry, która jest czymś w rodzaju dream come true, jeśli chodzi o zwierza popkulturalnego i cosplay doktorowy :D) epizod był taki, jak ostatnio Moffat nas przyzwyczaił: był pełen wybuchów (tu nawet więcej niż zwykle, należało pokazać zgodnie z fabułą Time War i ją pokazano, a brytyjscy widzowie dowiedzieli się, na co w tym roku zostały wydane pieniądze z ich abonamentów), zwrotów akcji i błyskotliwych dialogów. Niestety, miał również problemy z utrzymaniem tempa, sporo bezsensownego biegania po lokacjach, ze dwa niedomknięte wątki (królowa Elżbieta, negocjacje z Zygonami - BTW, nie mogliśmy mieszkać z Silurianami na jednej planecie, ale z Zygonami możemy?) oraz, co stanowi pewną nowość, mieszanie w kanonie "napisanym" przez RTD. Żeby nie było, strasznie podobał mi się stosunek Doktora 8 i pół do swoich następców, strasznie podobała mi się Billie Piper i... Nie, to mniej więcej tyle. Problemów z odcinkiem mam zdecydowanie więcej, ale pozwólcie, że wyjątkowo skupię się na czymś innym niż marudzeniu.

Gdyby sam jubileuszowy odcinek był jedyną przygotowaną atrakcją, poczułabym się mocno rozczarowana. Na szczęście Auntie Beeb postarała się o szczególną oprawę tego wydarzenia: przed emisją "The Day of the Doctor" pokazano dwa znakomite mini epizody, jeden z regeneracją Ósmego Doktora (Paul McGann) w Połówkę, zatytułowany "The Night of the Doctor", oraz drugi, "The Last Day", opowiadający historię upadku Gallifrey, oba fantastyczne i mogę je oglądać w kółko. W dodatku mam ochotę zapoznać się ze słuchowiskami z Ósmym Doktorem, a ja słuchowisk chronicznie nie znoszę. Główną ich wartością jest pokazanie tego, jak Time Lordowie byli traktowani przez resztę wszechświata: pogarda Cass i porównywanie ich do Daleków jest nową, acz bardzo interesującą interpretacją, której przebłyski mogliśmy już zobaczyć w "The End of Time" i jeśli Jedenastka (Dwunastka? Trzynastka?) faktycznie uwolni swoją ojczystą planetę z innego wymiaru, to będę ten serial dalej oglądała z ciekawością, nawet mimo braku mojego ukochanego Matta Smitha (nie mam nic do Capaldiego, ale nie jest Mattem Smithem).

Po emisji odcinka dostaliśmy zabawny, 30-minutowy skecz o pięciu - mniej więcej - Doktorach, którzy usiłują się dostać do jubileuszowego odcinka i nie wiem, jak wy, ale ja się bardzo ucieszyłam na widok Petera Jacksona, Johna Barrowmana, Iana McKellena, czy Georgii Tennant (która wyprodukowała całość). Peter Davison (Piąty Doktor) napisał lekki scenariusz, zagrano go bez zadęcia i z humorem, a puenta jest ostra i może faktycznie Davison powinien przejąć ster serialu, gdy Moffat przejdzie na emeryturę, bo wyraźnie ma do tego smykałkę.

Jednak to, co dla mnie osobiście okazało się być najbardziej wartościowe w całej otoczce jubileuszowej, to film telewizyjny "An Adventure in Space and Time", napisany przez Marka Gatissa, który opowiadał historię stworzenia "Doctora Who" jako serialu-zapychacza, który nieoczekiwanie stał się hitem. Historia Williama Hartnella (David Bradley) i Verity Lambert (Jessica Raine), czyli Pierwszego Doktora i producentki serialu wycisnęła mi łzy z oczu. Nie trzeba było spektakularnych wybuchów, wystarczyła prosta opowieść o ludziach, którzy stali się legendą. Gatiss upchnął w półtorej godziny materiału mnóstwo emocji, ale i smaczków dla fanów. Moim ulubionym momentem było chyba ujęcie pokazujące temat przewodni, napisany przez Roba Grainera,  przechodzący na damskie ręce (Delia Derbyshire oczywiście, niewymieniona z nazwiska, ale widz od razu orientuje się, o kogo chodzi). Dla mnie to był najlepszy hołd dla "Doctora Who", stworzony przez fana dla fanów i pokazujący w bezpretensjonalny sposób istotę fenomenu. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się fana.

A co dalej? No cóż, do kolejnej regeneracji zostało 30 dni (czas zrobić zapas chusteczek), ja nadal nie wiem, jak numerować Doktorów po Połówce i właściwie przydałoby się wyjść ze stanu lekkiej euforii spowodowanej zeszłym weekendem, ale jakoś nie mam na to ochoty. :D

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.