Nie każdy widzi wróżki

by 18.11.13 5 komentarze
John William Waterhouse
Czyli słów kilka o "Wśród obcych" Jo Walton, bo mi się ładnie wiąże z paroma innymi rzeczami.

A.
Ania Kańtoch, z którą dzielę bycie starym piernikiem (i bynajmniej nie chodzi o wiek, tylko pewne postrzeganie wyżej wymienionej powieści), dowiedziała się ostatnio, że nie ma prawa do własnej opinii na temat "Sezonu burz" Sapkowskiego. Wszyscy inni dowiedzieli się przy okazji, że Szczepan Twardoch wolałby, by nie czytali książek, których potencjalnie nie są w stanie pojąć. Owe światłe myśli wyszły spod palców Krzysztofa Sokołowskiego. Każdy może je przeczytać na jego blogu, więc pozwólcie, że nie będę ich streszczać i odbierać wam uciechy. Chciałabym jednak tę cebulowo-ogrową wielowarstwowość książek odnieść do "Wśrod obcych".

W pierwszej warstwie, tej najbardziej dostępnej, jest to napisana w formie pamiętnika powieść dla dziewcząt. Mori po tragicznej śmierci siostry-bliźniaczki oraz ucieczce z domu trafia do surowej, angielskiej szkoły z internatem, w której czuje się wyrzutkiem, z powodu swoich zainteresowań, pochodzenia oraz kalectwa. Z czasem jednak zdobywa przyjaciół, zaprzyjaźnia się z ojcem i znajduje miłość.

W tej warstwie książka jest przeciętna, choć przyjemnie się ją czyta. Wszystko to już mieliśmy okazję czytać, w wieku XIX i na początku XX, w "Tajemniczym ogrodzie", "Małej księżniczce" czy "Tajemniczym opiekunie". Walton nawet nie próbuje prowadzić z poprzednikami dialogu, np. w sposób, w jaki robiła to Diana Wynne Jones.

Na szczęście pod spodem jest coś więcej.

B.
Frank Dicksee
Jo Walton zdecydowała się na dołożenie dwóch ciekawych i nowatorskich elementów. Pierwszym z nich jest magia i wróżki (w oryginale "fairies"). Mori rozmawia z wróżkami, jest ich narzędziem w naszym świecie. Za pomocą zdawałoby się bezsensownych czynności potrafi doprowadzić np. do zamknięcia zanieczyszczającej środowisko fabryki. To jednak sprawia, że autorka prowadzi z czytelnikiem swoistą grę pod tytułem "Czy Mori przypadkiem nie jest szalona?" Dziewczyna często wspomina o swoim życiu w Walii, zabawach w ruinach, których częstym towarzyszem był faerie o pożyczonym z Tolkiena imieniu Glorfindel, ale czy to prawa, czy zwidy Walton pozostawia ocenie czytelnika. Sama Mori jednak nie ma wątpliwości, więcej, podejrzewa ulubionych autorów o podobne konszachty:
"It says in The Lord of the Rings that the elves have dwindled and are living in secret. I don’t know if Tolkien knew about the fairies. I used to think so. I used to think he knew them and they told him the stories and he wrote them down, and that would mean it was all true."
"Shakespeare must have known some fairies. I know I said this about Tolkien, and actually I do still think Tolkien did as well."

Co ciekawe, wydaje się, że te podejrzenia oparte są głównie na lekturze "Władcy pierścieni", a ja ostatnio we wstępie, cudownym wprowadzeniu do "Tam Lina" Pameli Dean (mam poważne obawy, że wstęp będzie lepszy niż książka), znalazłam fragment, w którym redaktorka Terri Windling wspomina pewien esej:
"J. R R. Tolkien, in his classic essay, "On Fairy-Stories," offers the definition that these are not in particular tales about fairies or elves, but rather of the land of Faerie: "the Perilous Realm itself, and the air that blows in the country, I will not attempt to define that directly," he goes on, "for it cannot be done. Faerie cannot be caught in a net of words; for it is one of its qualities to be indescribable, though not imperceptible."
Jest to o tyle ciekawe, że spostrzeżenia Mori na temat języka, którym posługują się wróżki, jest bardzo podobne. Wydaje się, że Walton zna "On Fairy-Stories", a tylko pozbawiła tej wiedzy swoją bohaterkę.

Sir William Russel Flint
C.
Dlaczego tak sądzę? Przede wszystkim dlatego, że w trzeciej warstwie "Wśród obcych" to przede wszystkim cudowna laurka dla fanów fantastyki. Mori, jej ojciec Daniel, a później cały klub dyskusyjny z zapałem kupują i czytają fantastykę. W trakcie powieści wspominani są Le Guin, Zelazny, Delany i wielu, wielu innych autorów. Mori dowiaduje się o konwentach, kupuje czasopisma, inni bohaterowie wspominają o fanzinach. Jest to wyidealizowany rysunek fandomu fantastyki z czasów przedinternetowych (akcja powieści rozgrywa się w latach 1979-1980). Fani fantastyki w książkach fantastycznych już występowali, u Joe Hilla, u Neila Gaimana, ostatnio u Seanan McGuire, ale nigdy na tak ogromną skalę. Z mojego punktu widzenia książka niesamowicie zyskuje na wartości, gdy mogę poczytać o tym, jak po raz pierwszy wydano "Autostopem przez galaktykę" (a potem stworzono na jego podstawie cudowne słuchowisko radiowe!). W dodatku Mori interpretuje książki z punktu widzenia piętnastolatki, co jest o tyle znajome, że aż krępujące - ja też tak robiłam!

D.
Co prowadzi mnie ładnie do punktu czwartego, czyli OMG!, Jo Walton wkłada w usta Mori dokładnie to, co ja myślę o Julie Taymor i jej decyzji obsadzenia Helen Mirren w roli Prospera:

"FRIDAY 25TH JANUARY 1980
The first thing that was wrong with the Touring Shakespeare Company’s production of The Tempest was that they cast a woman as Prospero. She was very good, but the play just doesn’t work with a mother. The whole thing is set up with male in opposition to female: Prospero and Sycorax, Caliban and Ariel, Caliban and Miranda, Ferdinand and Miranda."
Nie wiem, czy ta konkretna sztuka w tej wersji w tym czasie była na Wyspach Brytyjskich wystawiana, czy Walton też pije do Taymor, ale musicie uwierzyć mi na słowo, gdy wyznam, że piszczałam jak nastolatka na koncercie One Direction, czytając cytowany wyżej fragment.

A potem było jeszcze lepiej:
"Though Prospero was in fact neglectful however you look at it. He must have been the world’s most crap Duke of Milan, and he would be again. I can certainly sympathise with spending your whole time in the library reading your book instead of bothering with what you’re supposed to be doing. But there’s absolutely no indication that he won’t do the exact same thing once they get back."
Czyli znowu ciekawa interpretacja postaci Prospera, zupełnie taka, jaką miałam okazję zobaczyć w wakacje. Szalenie lubię takie zbiegi okoliczności, gdzie mogę się na aż tak głębokim poziomie z bohaterką utożsamiać.

Frank Cadogan Cowper
E.
Wszystko to jednak blednie, gdy zdam sobie sprawę, że gdyby nie ta pierwsza warstwa, najbardziej pospolita, nie była miła w czytaniu, pewnie nigdy nie dotarłabym do fragmentów o "Burzy" i nie ucieszyła jak norka.

Podobnie jest z Wiedźminem: opowiadania to był pastisz baśni (dla mnie najciekawsza popkulturowa zabawa), stworzony w celu krytyki zachowań ludzkości, saga to fantasy czystej wody, a jeśli w "Sezonie burz" Sapkowski uczynił bohatera naczyniem do wyrażania opinii na temat kondycji współczesnej Polski (a tak wynika z fragmentów, które czytał mi na głos mąż), to serdecznie gratuluję inwencji i twórczego wykorzystania postaci. Stała jest jedna rzecz: precyzja językowa autora, dzięki której całość "wchodzi" znakomicie. I to przede wszystkim się liczy.

P.S. Wpis ilustrowany jest mniej więcej prerafaelickimi obrazami z La Belle Dame Sans Merci, bo za stylem nie przepadam (wolno mi), ale doceniam poziom umiejętności malarzy, którzy zdecydowali się przetworzyć jedną z najstarszych brytyjskich ballad.

P.S. 2 Lista książek czytanych przez Mori. Jakby mi się kiedyś nudziło.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.