O męskiej ciemności lub ciemnej męskości

by 17.11.13 17 komentarze
Poszłam na "Macbetha" z Branaghiem i Kingston, decydując się właściwie w ostatniej chwili. Dlaczego? Bo tak naprawdę nie przepadam za Szekspirem; może faktycznie zaczynam go tolerować (bo mistrzostwo języka doceniałam zawsze), jak mi przepowiedzieli prawie dekadę temu wiekowi miłośnicy barda z Utah, spotkani zupełnym przypadkiem na dworcu w Katowicach (long story, ale jedna z ciekawszych anegdot mojego życia), ale ten moment, w którym miałam się im zachwycić, nigdy nie nadszedł i chyba nigdy już nie nadejdzie. Mówi się trudno, są w życiu gorsze nieszczęścia niż brak zachwytu Szekspirem, prawda?

Więc poszłam na "Macbetha", bo wieść blogowa niosła, że to bardzo dobry spektakl, poza tym należy wspierać własnym portfelem takie inicjatywy jak ntlive (chociażby po to, by National Theatre nie zwolnił z pracy Kate Griffin :D). Poszłam też przede wszystkim jako brytofilka, tytuł do czegoś zobowiązuje (pozdrawiam Regisa, siedzieliśmy w tym samym rzędzie i nawet do ciebie machałam, but alas, nie udało nam się porozmawiać). I poszłam przede wszystkim się ukulturalnić, jakoś okoliczne teatry mnie ostatnio nie rozpieszczają, ale w drodze do katowickiego kina Kosmos widziałam reklamę wrocławskiego Capitolu, więc nie porzucam nadziei.

Gra przestrzenią

Rob Ashford, współreżyser spektaklu, udzielił krótkiego wywiadu, który wyemitowano przed retransmisją i w którym między innymi opowiadał bardzo ciekawie o decyzji wystawienia "Macbetha" w de-konsekrowanym kościele pod wezwaniem św. Piotra w Manchesterze, głównie z punktu widzenia dualizmu dobra i zła oraz wyborów, wolnej woli człowieka. Z mojego punktu widzenia, jako widza, ciekawym zabiegiem było ustawienie "sceny" pomiędzy widownią w obu nawach; spotkałam się w tym rozwiązaniem dotychczas raz, któryś z warszawskich teatrów wystawiał w ten sposób "The Rocky Horror Show" i już wtedy zastanawiałam się, jak czuje się widz z tak zaburzoną percepcją sztuki: bo przecież w tle, za aktorami, widzi twarzy obcych ludzi. Jak taki brak scenograficznego tła wpływa na teatralną iluzję?

Prawo wyboru

Niestety odpowiedzi na te pytania nadal nie znam. Może gdybym w lutym 2013 obejrzała któryś z osiemnastu spektakli, mogłabym sobie wyrobić własne zdanie, na ten temat, ale ponieważ widziałam tylko (tylko i aż, nagle upośledzenie geograficzne przestaje mieć aż takie znaczenie!) retransmisję, odebranO mi prawo wyboru, na co mogę patrzeć: o tym, co mam widzieć, zdecydował operator kamery. Na szczęście "Macbeth" w ujęciu panów Ashforda i Branagha był pod tym względem dosyć łatwy w filmowaniu, a i efekt spowodowany pierwszym pojawieniem się ducha Banka dzięki temu mocniejszy, ale jednak czegoś było mi brak, tego całkowitego zatracenia się w teatrze. Ciekawym pomysłem było nawiązanie w pierwszej scenie bitwy do średniowiecznych turniejów rycerskich, podkreślenie tym samym, że sztuka, mimo minimalistycznej scenografii i dosyć awangardowego miejsca produkcji to jednak tradycyjne ujęcie problematyki dramatu.

La vita e' una commedia

Nic nie ujmując sir Kennethowi, bo współcześnie chyba nikt tak jak on nie rozumie Szekspira (choć na ten przykład Tennant potrafił dodać swojemu Hamletowi jakże potrzebnego zblazowania), Branagh w moim osobistym postrzeganiu lepiej czuje komedię niż dramat. Cudownie było patrzeć na jego grę aktorską w scenie, gdy Macbethowi oznajmiono śmierć małżonki (zwłaszcza świetnie wypadł na tle bardzo "teatralnej" rozpaczy Macduffa), najważniejszym punktem spektaklu uczynił zaś dosyć miałką rozmowę z lady Macbeth:

"It will have blood; they say, blood will have blood:
Stones have been known to move and trees to speak;
Augurs and understood relations have
By magot-pies and choughs and rooks brought forth
The secret'st man of blood. What is the night? ",

ale ja najlepiej, zgodnie z jego prośbą zresztą, zapamiętam odźwiernego ("Anon, anon! I pray you, remember the porter.").

Ale o co chodzi z tytułem notki?

Już wyjaśniam. Był to pierwszy "Macbeth", jakiego w życiu widziałam. Tekst sztuki znam, ale dopiero odegrany na scenie uświadomił mi, że pisząc tę konkretną sztukę Szekspir musiał przeżywać okres fascynacji dwoma słowami: "dark/night" oraz "man": padają one nader często. O ile pierwsze jeszcze jestem w stanie rozumem pojąć, bo ma za zadanie ilustrować upadek tytułowego bohatera w ciemność, tak drugie mnie irytuje, szczególnie w odniesieniu tego, co Ashford i Branagh mi i pozostałym widzom zaserwowali. Otóż poprzez dosyć znaczne ograniczenie roli wiedźm (choć nie aż tak bardzo, jak sugerował jakiś obcy człowiek, który przysiadł się do nas przed spektaklem w foyer i choć rozmowa była krótka, to zdołał się z nami podzielić interpretacją, w której wiedźmy były wytworem wyobraźni Macbetha, stworzonym na potrzeby uzasadnienia czynów zrodzonej z chorej ambicji) oraz uczynienie z lady Macbeth partnerki, a nie motoru morderczych działań męża, sztuka staje się skoncentrowana na mężczyznach; logiczną staje się w tym kontekście gra Alex Kingston, która w scenach zbiorowych szuka oparcia w mężu. Co nie znaczy, że musi mi się to podobać.

Something wicked this way comes

Następnym razem idę na "Frankensteina", bo chyba jestem ostatnią osobą, która go nie widziała. "Hamleta" sobie odpuszczę, ale jeśli kino Kosmos w swym repertuarze na rok 2014 zechce ująć "Othella" z Kinnearem lub "Koriolana" z Hiddlestonem, to znowu zawitam w ich gościnne progi.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.