Filmy science fiction to dopiero mają problemy

by 18.12.13 14 komentarze
 SPOILERY do "Sunshine", "Waters of Mars" i "Europa Report"


Taka mnie naszła refleksja dwa dni temu, gdy obejrzałam "Europa Report" (2013), niskobudżetowe SF o załogowej misji na Europę z Sharlto Copleyem w jednej z ról (jest jeszcze parę znanych twarzy, ale nikt z pierwszej ligi; najbardziej rozpoznawany jest Bear McCreary, który napisał do filmu muzykę, ale zdecydowanie nie na poziomie tego, co zrobił przy BSG).

Weźmy np. "Sunshine" z 2006 roku, gdzie główną rolę grał Cillian Murphy, a całość wyreżyserował Danny Boyle (wow, Boyle, no no!). Był to całkiem niezły film, jak już się zaakceptowało naukową bezsensowność tego, co bohaterowie robili, miło się go oglądało, mniej więcej do połowy. Bo w połowie film SF zamienił się w SPOILER horror SF i choć sam twist jest jednym z moich ulubionych momentów we współczesnym kinie, to jednak spójrzmy prawdzie w oczy, "Aliens" (1986) to to nie jest i jedyne, co widz może zrobić w tej sytuacji, to facepalm. Nie jest też pod innym względem "Aliensami": James Cameron dokonał rzeczy prawie że niemożliwej, tzn. każdemu z marines nadał cechy, które pozwalają go odróżnić od innych - w "Sunshine" tego niestety brak. Boyle chciał podnieść napięcie, a w efekcie stracił moje zainteresowanie fabułą. (A jak pokazuje tegoroczna "Grawitacja" Cuarona, da się nakręcić trzymający w napięciu film dziejący się w przestrzeni kosmicznej bez potwora).

Już wolę obejrzeć po raz kolejny "Waters of Mars". Zawieszenie niewiary następuje automatycznie, bo to "Doctor Who", ha ha, SPOILER woda ma Marsie zamienia ludzi w potwory, no dajcież spokój, ale oprócz tego wszystko trzyma się kupy: jest ekspedycja naukowa, rozpoznawalni bohaterowie (i konflikty między nimi) i taka piękna katastrofa.

Ale wracając do "Europa Report", scenariusz pozwala mieć nadzieję. Oto sześcioro astronautów zostaje wysłanych z misją na Europę, jeden z księżyców Jowisza, by potwierdzić istnienie życia pozaziemskiego, po sześciu miesiącach podróży tracą łączność Ziemią (jak się potem dowiadujemy, wskutek rozbłysku na Słońcu). Tracą członka załogi (Sharlto Copley) podczas próby naprawy systemu komunikacji (ale doprawdy, jak ktoś jest charakteryzowany li i jedynie przez to, że ma żonę i dziecko, to dosyć oczywistym jest, że zginie jako pierwszy, choć oczywiście nie gwałtownie, bo przecież musi się pożegnać... i wytłumaczyć*), inny zostaje ranny, ale mimo to decydują się kontynuować misję, bo są dzielni i bohaterscy. Lądują na Europie, ale 100 metrów od wyznaczonego punktu, tracą robotyczne ramię do pobierania próbek, więc panna biolog oceaniczny (Karolina Wydra) decyduje się wyjść na zewnątrz i przynieść trochę lodu do analizy, oczywiście ginie (choć wcześniej odkrywa algi). A potem to już idzie lawinowo, przy próbie odlotu rozbijają lądownik, znowu ktoś ginie (Daniel Wu), żeby naprawić awarię, muszą wyjść na zewnątrz, znowu ktoś ginie (sorry, już nie pamiętam kto, bo ja tych postaci prawie nie odróżniam, a na pewno nie jestem w stanie dbać o to, co się z nimi stanie), nie mogą odlecieć, więc decydują się naprawić system łączności za pomocą części z systemu podtrzymywania życia. Przesyłają ostatkiem sił wszystkie dane na Ziemię, stąd wiemy, że SPOILER na Europie żyją wielkie, krwiożercze ośmiornice. Koniec.

Oprócz potwora z głębin wszystko brzmi fajnie, prawda? Więc reżyser postanowił to popsuć. Do spółki ze scenarzystą. Wszystko pokazane jest nielinearnie, z komentarzem od szefów misji, bez troski o porządne  przedstawienie bohaterów, w formie paradokumentu, w dodatku w trakcie jednej sceny ze trzy razy potrafią gwałtownie zmienić kamerę. Bo tak (pewnie to miał być zabieg artystyczny, mnie męczył). Serio, to mógł być znakomity film, jakiś dramat o dzielnych ludziach (gdyby tylko widz ich rozpoznawał jakoś inaczej niż po nazwiskach i wyglądzie, gdyby mógł się z kimś identyfikować), albo thriller (ale napięcia było tam za grosz), albo film science fiction o misji naukowej (tylko na koniec wciśnięto na siłę potwora). I ta przedziwna maniera kręcenia.

W efekcie półtoragodzinny seans wymęczył mnie niesamowicie. Żal zmarnowanego potencjału, bo naprawdę, scenariusz był niezły. Gorzej z wykonaniem.


* Wiecie, z czego to cytat? Jak wiecie, to dajcie znać, nagroda czeka!

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.