List miłosny do wielkich robotów walczących z potworami

by 27.12.13 21 komentarze
Jaegery są strasznie wielkie...
W tym roku tytuł najkrótszej recenzji na moim blogu przypada tej z "Pacific Rim": spodziewałam się, że film będzie zajebisty, film był zajebisty, to właśnie napisałam, tylko w obcym języku. Nie warto było uprawiać wodolejstwa: albo ktoś pojmuje, jak cudowny jest pomysł wielkich robotów walczących z potworami z innego wymiaru, albo czepia się mikrofalówek na Alasce (każdemu jego porno, ale zawsze trochę jest człowiekowi przykro w takim wypadku). W lipcu mojego fejsbunia zdominował spam pacificrimowy, jestem pewna, że kilka osób blokowało wtedy moje statusy, pełne żartów z Jaegerów (oh well). Dziwnym nie jest, że pod choinką znalazłam DVD z filmem.


(Dygresja: według Pacific Rim Wiki dodatki na DVD nijak się mają do dodatków na BluRayu. Nie podoba mi się ta praktyka; jestem fanem, który płaci za film, a nie za nośnik, i nie widzę powodu, dla którego miałabym dostawać mniej featuresów niż ktoś, kto posiada odtwarzacz BluRay w domu. Jest to bardzo nieelegancka próba zmuszenia mnie do kupna dodatkowego sprzętu elektronicznego i opieram się jej wszystkimi kopytkami).

Potraktowałam więc to jako okazję do napisania czegoś więcej o "Pacific Rim", który zdecydowanie wychodzi poza ramy summer flicka o wielkich robotach i potworach typu "Transformers", "Godzilla", a nawet "Real Steel" czy "Iron Man" (dwa ostatnie tytuły są o tyle ważne, że ludzie pracujący przy nich dołożyli też swoją cegiełkę do "PR" - co widać w tym, jak wyglądają i poruszają się Jaegery, zwłaszcza Gipsy Danger) i zdecydowanie zasługuje na kilka słów komentarza.

Po pierwsze więc, Raleigh Beckett, moim zdaniem bohater o tyle typowy (nie wyróżnia się w niczym oprócz bójek, łatwo popada w konflikty, ma tragiczną przeszłość, jest przystojny), co nietypowy. Poznaje miłą kobietę i wszyscy spodziewamy się romansu, prawda? Trudno się bardziej pomylić: z momentem pojawienia się na ekranie Mako Mori Raleigh staje się jej rycerzem i pomaga w jej emancypacji od nieco nadopiekuńczego przybranego ojca, broni jej od obelg Chucka Hansena i raczej wtapia się w tło aż do samej końcówki filmu, gdy wystrzeliwuje kapsułę ratunkową z nieprzytomną współpilotką, by uratować jej życie, a sam kończy misję. Del Toro twierdzi, że relacja Mako i Raleigha to historia miłosna (love story), z której wycięto miłość i ja się z tym bardzo zgadzam.

Druga ciekawa sprawa to zupełny brak bucowatości Raleigha, zwykle kojarzony z głównym bohaterem. Pozostali bohaterowi są wredni, mają swoje słabości, są egoistami, pracoholikami lub po prostu Brytyjczykami (Gottlieb). Ale nie Raleigh, on jest miły i sympatyczny, skromny, rzadko się buntuje (nigdy w swojej sprawie), w większości dogaduje się z innymi. Przypomina trochę golden retrievera, zwłaszcza, gdy się uśmiecha (ten lekko krzywy uśmieszek jest trademarkiem Charliego Hunnama jeszcze z czasów "Queer As Folk").

Design kaiju oparty na artach do "At the Mountains of Madness"
Na DVD, w dodatkach, znajdują się też wycięte sceny. Jest ich niewiele, w sumie cztery; podobno Del Toro (wraz z Alfonso Cuarónem i Alejandro Gonzálezem Iñárritu, innymi znanymi reżyserami pochodzącymi z Meksyku, było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel, ekhem) wycięli z filmu około godziny materiału, co świadczy o tym, jak dobry był wyjściowy scenariusz napisany przez Travisa Beachama. Z tych czterech scen jedna faktycznie była zbędna ("The Wall of Life/Ration", Beckett schodzący z kolegą ze zmiany na budowie), jedna wyjaśnia, skąd Newton wziął sprzęt do dryfowania z kaiju ("Theft"), a dwie są na tyle ciekawe, że pozwolę je sobie szerzej omówić.

Pierwszą z nich jest "Excuse Me": Newt,w filmie bardzo często określany jako "kaiju groupie", wybiega z windy za Raleighem i ogniem tłumaczy mu, że kaiju należy zrozumieć, a nie tylko tłuc po mordach. Niby to samo, co potem mówi Pentecostowi i papie Hansenowi, ale w tej wyciętej scenie poczułam, że doktor Geiszler, mimo całego swojego zachowania, krzyków i lekkiego podejścia do nauki, a zwłaszcza przełomowych eksperymentów, świetnie zrozumiałby się z Enderem Wigginem. Obaj twierdzili, że z obcymi można się dogadać, a nawet ich pokochać. Nie wiem, czy ta paralela jest słuszna, czy to po prostu przypadek, ale lubię myśleć, że scenarzysta czerpał inspirację z kanonu science fiction.

Druga z nich jest jeszcze ciekawsza, bo nie tyle poszerza postrzeganie postaci, co je całkiem zmienia. “Catch You In The Drift, Dad” to epizod z życia Hansenów, jedna z wielu (jak sądzę) kłótni. W filmie tego nie widać, ale Chuck i Herc nie bardzo za sobą przepadają. Syn ma ojcu za złe, że go olewał, gdy ten był młodszy i gdyby nie ich kompatybilność, pewnie by nawet nie utrzymywali ze sobą kontaktu. A dryf zmusza ich do siedzenia sobie nawzajem w głowach. Moim zdaniem tę scenę słusznie wycięto, bo wolę Hansenów jako dwóch mężczyzn, którzy swoje emocje przekazują sobie za pomocą psa i dopiero pod koniec filmu są w stanie wyrazić je bardziej bezpośrednio. Oglądając film, miałam dosyć oczywiste skojarzenia z "Ostatnim Mohikaninem" i tę relację ojciec/syn przeniosłam sobie na Hansenów; “Catch You In The Drift, Dad” niebezpiecznie ją zmienia.

Mój ulubiony Jaeger
To może trochę wspomnę jeszcze o warstwie artystycznej, hm? "Pacific Rim" to oczywisty hołd dla dwóch rzeczy: japońskich filmach o wielkich potworach wychodzących z morza i niszczących Tokio oraz dla japońskich filmów o wielkich robotach. O ile fanką kaiju movies nigdy nie byłam, tak wielkie roboty od dzieciństwa uwielbiam, w czym spora zasługę ma nieistniejąca już stacja telewizyjna Polonia 1. Okazuje się jednak, że Del Toro czerpał inspirację również z innych źródeł. Sam wspomina o dwóch bardzo ważnych obrazach, które wpłynęły na wizję artystyczną filmu. Pierwszy z nich to "Kolos" Goyi; del Toro chciał, by Jaegery (i pewnie kaiju też) dawały ten sam efekt na ekranie, co kolos daje na płótnie, górowania nad budynkami i ogromnej mocy - co zresztą udało się osiągnąć. Drugim ważnym obrazem, i tu inspiracja jest mniej widoczna, była "Wielka fala" Hokusaia, wykorzystana przy walkach w oceanie (czyli de facto w większości walk). Osobiście tego nie widzę, może tylko w scenach z kutrem, ale skoro pan reżyser tak mówi, to pewnie tak było.

Za to wyraźnie widzę, że Tendo Choi jest ubrany jak Jedenasty Doktor. :D

Co dalej? Scenariusz sequela się pisze, co jest o tyle zabawne, że film był właściwie w USA klapą i zarobił kokosy dopiero za granicą, szczególnie w Azji - i znowu, dziwnym nie jest, ten film, podobnie jak moja notka, jest listem miłosnym do gatunków, które kochało się w dzieciństwie. Nie wiadomo, czy Del Toro będzie reżyserował drugą część, co poniektórzy widzieliby go pracującego przy poważniejszych produkcjach (ostatnio pomagał Jacksonowi przy "Hobbicie"), ale nie wiem, czy jego wewnętrzny fanboy pozwoliłby mu na oddanie sterów komuś innemu. Ja osobiście uważam, ze druga część mogłaby tylko zyskać na zatrudnieniu Simona Pegga i Nicka Frosta jako pilotów brytyjskiego Jaegera... :D

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.