Mitologia science fiction ("Frankenstein" Danny'ego Boyle'a)

by 12.12.13 11 komentarze
W kwietniu 1815 roku w Indonezji wybuchł potężny wulkan. W efekcie na Węgrzech spadł brązowy śnieg, w Chinach wylała rzeka Jangcy, a w USA pojawiła się czerwona mgła; w czerwcu następnego roku w Connecticut mróz wyziębił zbiory, a w Europie rok bez lata sprawił, że ludzie umierali z głodu. W tym czasie Mary Godwin mieszkała w willi nad jeziorem Genewskim ze swoim kochankiem, przyrodnią siostrą, jej kochankiem i jego lekarzem. Dziwne to było towarzystwo, a i ich rozrywki odbiegały dalece od przyjętych norm zachowania. Dość rzec, że wtedy, w pół śnie, pół wizji Mary zobaczyła młodego, bladego studenta, pełnego zadufania we własny geniusz, pracującego w pocie czoła jako ten Prometeusz nad odebraniem boskiego prawa do dawania życia i postanowiła wizję przelać na papier. Miała wtedy lat osiemnaście i straciła już córkę; jeszcze nie wiedziała, że straci również kolejne dzieci*.

W 2011 Nick Dear i Danny Boyle przenieśli "Frankensteina" na deski sceniczne Royal National Theatre. W ich interpretacji jest to mniej mit wieku science fiction (o tym więcej za chwilę), lecz raczej aktorski pojedynek pomiędzy człowiekiem/potworem (przy czym trudno ocenić, kto tak naprawdę jest kim). Benedict Cumberbatch i Jonny Lee Miller na przemian grali obie role; mnie dane było zobaczyć wersję z Cumberbatchem w roli Victora i Millerem jako stworzeniem.

Po raz pierwszy usłyszałam o "Frankensteinie", nie wiedząc nawet, że to o tę sztukę chodzi. Kate Griffin, która nocami pisze książki, a dniami pracuje jako oświetleniowiec w RNT, napisała pełen entuzjazmu, aczkolwiek mocno tajemniczy wpis o nadchodzącej premierze, przy której miała okazję tworzyć oświetlenie. Osobiście zwracam wielką uwagę na scenografię, to taki mój konik, i powiem szczerze, że czegoś takiego nie zdarzyło mi się jeszcze widzieć. Tysiące żarówek "grało" prąd elektryczny lub wschodzące słońce, idealnie podkreślając klimat scen czy uczucia bohaterów, szczególnie w zderzeniu z muzyką. Zdecydowanie mniej zachwycona byłam krzywą podłogą w domu Frankensteinów...

To, co dla mnie stanowi największą siłę tej sztuki (która, spójrzmy prawdzie w oczy, scenariuszowo jest nieco "posiekana"), to dwie rzeczy. Po pierwsze więc, duet aktorski. Jonny Lee Miller jako potwór czerpał inspirację do tworzonej postaci od swego dwuletniego synka i to widać, w tym, jaką radość sprawia mu wschód słońca, jak niecierpliwi się słuchając wyjaśnień De Laceya, jak stara się kontestować przyswajaną wiedzę i jak w końcu nieodpowiedzialnie postępuje zgodnie z zachowaniem bohaterów swoich lektur (książki są niebezpieczne**). Jego gesty, artykulacja, to wszystko przywodzi na myśl dobre, acz uparte dziecko, które raz za razem spotyka gorzkie rozczarowanie. Parafrazując innego poetę, w jego wykonaniu potwór "jest tej siły cząstką drobną, co zawsze dobra pragnie i zawsze czyni zło". Jest emocjonalny, jeśli kocha, to na zabój, jeśli decyduje się być lojalny, to na zawsze, jeśli nienawidzi, to z pasją. Na drugim biegunie znajduje się Victor Frankenstein, w wersji Cumberbatcha człowiek pozbawiony emocji, a zamiast nich kierujący się ambicją. Na śmierć brata reaguje obojętnością, na atencje Elizabeth odpowiada automatycznie. Wydaje się, że jedyna prawdziwa więź, co świetnie ukazuje otwarte zakończenie sztuki, wiąże go z jego dziełem. Niszczy narzeczoną dla potwora z dwóch pobudek: nie może znieść myśli, że przestanie być dla "swojego dziecka" centrum egzystencji oraz jest zazdrosny o to, że jego twór okazuje się lepiej rozumieć miłość niż on sam kiedykolwiek był zdolny.

Po drugie zaś, Dear zdaje się interpretować powieść, materiał wyjściowy dla swojego tekstu, jako mit dla współczesnego science fiction. Idealizuje sielskie, wiejskie krajobrazy, poprzez zachwyt potwora trawą czy deszczem, poprzez gloryfikację życia na wsi przez De Laceyów. Jednocześnie Doyle poprzez swoje reżyserskie decyzje, głównie mam tu na myśli bardzo mocne wykorzystanie elementów steampunkowych, robi to, co wcześniej dla rolniczej Anglii robił Tolkien, unieśmiertelniając ją jako Shire - zdaje się sugerować, że rewolucja industrialna przyniosła samo zło. Obaj wspominają w materiałach dodatkowych o klonowaniu i in vitro, bez wyrażania opinii, ale w kontekście wymowy sztuki właściwie żaden z nich nie musi tego robić. Czy jest to słuszna decyzja? To chyba trzeba pozostawić do decyzji widzom.

Przedstawienie jest dobre, acz ma pewne wady: siateczkową konstrukcję fabuły, brak konkretnego zarysowania postaci innych niż dwie główne dramatis personae oraz niewielkie problemy z tempem narracji. Jest jednocześnie bardzo tradycyjne i awangardowe, świetnie zagrane i wyreżyserowane. Stanowi fantastyczną wizytówkę dla ntlive.com, jest mocne w wymowie. Pewnie kiedyś skuszę się na obejrzenie wersji alternatywnej, gdzie Jonny Lee Miller gra Frankensteina.



* Istnieje teoria, zgodnie z którą "Frankenstein" zostaje odczytany jako przypowieść o tym, jak mężczyzna samodzielnie nie jest w stanie wychować dziecka. Trudno powiedzieć, czy Mary planowała swą powieść jako przytyk dla Shelleya, Byrona czy może własnego ojca, biorąc pod uwagę, jak skomplikowana była to rodzina z przyległościami.

** Inna ciekawa sprawa: starszy pan Godwin oraz jego żona byli politycznymi radykałami. Mary każe potworowi czytać te same książki, które jej w domu podsuwano, lecz rezultat jest tragiczny.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.