Raggedy man, goodbye

by 26.12.13 9 komentarze
SPOILERY W OGROMNYCH ILOŚCIACH

Jedenasty to mój Doktor; od niego zaczęłam swoją przygodę z serialem, oglądając w Londynie w towarzystwie 700 fanów DW "The Eleven's Hour". Do jego odejścia przygotowywałam się psychicznie od dawna, nie zgadzając się na zmianę aktora, choćby nawet zatrudnili najlepszego na jego miejsce. Ale, jak śpiewał Bob Dylan, "the times, they are a-changing" i choć rozstanie było trudno, łzawe i wzruszające, czas nie czeka na nikogo.


Dość powiedzieć, że początek "The Time of the Doctor" mnie nie zachwycił. "Awful lot of running" plus zbyt wiele grzybów w barszcz plus żart z nagością w kościele? Meh. Mąż, który dołączył w okolicach osiemnastej minuty, był szczerze zaskoczony ilością rzeczy, które Moffatowi udało się upchnąć w tak krótkim czasie. Moim ulubionym Christmas Special jest "A Christmas Carol", które tych "ozdóbek" zawiera mało, a skupia się przede wszystkim na ludziach, na ich historii. Tu tego brak. Brak mi tego, co myślała sobie rodzina Clary o jej zachowaniu w trakcie obiadu świątecznego, dziewczyna cały czas gdzieś wybiegała (czasami z potrawami, czasami z Christmas cracker) i wracała w coraz to gorszym nastroju, przyprowadziła nagiego mężczyznę, rozpłakała się przy stole, a poza tym indyk dziwnie smakował. Brak mi było tego, co myśleli sobie mieszkańcy Christmas o trwającym 300 lat oblężeniu (Barnable i potem nie-Barnable byli fajni, ale nie czynili wiosny) i ciągłych atakach. Brak mi wreszcie było reakcji samej Clary. Ta jej akceptacja tego, że Time Lordowie żyją na trochę innych zasadach, jej pogodzenie się z tym, że Doktor się starzeje, że ją opuszcza, sprawiły, że trochę bardziej polubiłam Amy z jej histeryczną niezgodą na pewne rzeczy i bardzo się ucieszyłam, gdy na chwilę wróciła. To była ta klamra, symbol, który dosyć wyraźnie pokazał, że scenarzysta zamyka pewne sprawy (i mam nadzieję, że już do nich nie wrócimy). Skończyło się dwanaście wcieleń, witamy nowe dwanaście wcieleń! Oto nowy początek!

I choć początek jest obiecujący, Peter Capaldi (Ciapaldi ^_^) podbił serca fanów, w tym moje, to jednak ciągle żal Matta Smitha, który był Doktorem extraordinaire i jak żaden inny potrafił mnie wzruszyć i rozśmieszyć i przerazić, często w jednym i tym samym odcinku. Dziekuję mu za taniec pijanej żyrafy, za cesarza Owsiankę, za czekającego centuriona i nawet za irytującą Amy Pond. Za mówienie po dziecięcemu, za ratowanie wszystkich, za młode ciało, stare oczy i próbę zapomnienia o przeszłości. Za brak brwi, muszki i fezy, za to, że nigdy nie spotkał nikogo nieważnego. Za dinozaury na statku kosmicznym, ojca Rory'ego, za fish fingers and custard. Za rozbuchane ego, za Sexy i jej problemy z gramatyką i nawet za River Song. Ja nie zapomnę.

Żeby jednak nie było, że ja tu beczkę miodu wytaczam (bo odcinek mi się podobał, choć zupełnie się tego nie spodziewałam), czas na łyżkę dziegciu. Te wszystkie wątki, dziura w ścianie, zapadająca cisza, madame Kovarian, River Song, wszyscy wrogowie Doktora, pola Trenzalore i nawet wprowadzone ostatnio powracające Gallifrey, łączyły się ze sobą ładnie i całkiem sprawnie, ale było ich jakby za dużo na raz. Pewnie, Moffat jak zwykle starał się być błyskotliwy, ale ja naprawdę wolałabym więcej skupienia się na ludziach. Cieszy mnie to, że wygląda na to, że dostaniemy coś nowego (poszukiwanie Gallifrey), może jakiś powrót do korzeni? Bo ja w końcu nie wiem, czy Time Lordowie lubią Doktora czy nie... A to dosyć ważne, zwłaszcza, gdy okazuje się, że Ciszaki są właściwie po stronie Doktora. Mam już swoje lata i takie ekwilibrystyki ze zmienianiem stron to zbyt wiele jak dla mnie. :D Życzyłabym sobie, by częściej inni scenarzyści mieli okazję się wykazać, bo tęsknię za różnorodnością i odcinkami w typie "Midnight". I więcej o ludziach, zwłaszcza o Clarze, która początkowo wydawała się być tak ciekawą towarzyszką, a w efekcie plącze się trochę bez sensu po wydarzeniach i służy głównie jako obserwatorka.

Czy dostanę to, o co proszę? Przekonamy się jesienią. Na razie jestem pełna nadziei.

“And now it’s time for one last bow, 
like all your other selves. 
Eleven’s hour is over now, 
the clock is striking twelves.”


P. S. 2 Jakim cudem Daleki wygrywały Time War, skoro każdy zabity Time Lord regenerując się był w stanie zabrać ze sobą okręt wojenny Daleków. Albo cały batalion. Albo nawet armię... A każdy miał tych regeneracji 12.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.