Rozczarowania małe i duże

by 20.1.14 11 komentarze
Podobno dzisiaj jest Blue Monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku. Szczerze mówiąc, po moim zeszłotygodniowym samopoczuciu wszystko jest poprawą. Oczywiście stosowałam popularne metody polepszania humoru, typu oglądanie "Hairspraya" i traktowanie go jak karaoke (spróbujcie, najlepsze są piosenki Linka! można sporo odreagować przy "The Ladies' Choice"), ale problemem było to, że trafiałam również na rzeczy, które teoretycznie powinny pomóc, a tylko bardziej mnie irytowały. Dlatego dzisiejszy post będzie zbiorczy, bym mogła pozbyć się ich z pamięci, przelewając moje odczucia do notki na blogu. Część pierwsza jest z dedykacją dla Ninedin, z którą rzadko się nie zgadzam, ale jeśli już, to mamy diametralnie różne opinie.

(Chciałabym przy okazji zapewnić moich 120  - lubię okrągłe liczby - obserwatorów, że już jutro wracamy do opisywania "Teen Wolfa", zgodnie z planem, i nie musicie się martwić. Chyba że właśnie to was martwi, w tym wypadku przepraszam.)



Rozczarowanie #1

Było to tak: w październiku zorganizowałam wyzwanie czytelnicze, dotyczące mojej ukochanej autorki YA Diany Wynne Jones. Ninedin napisała o "Fire and Hemlock", przeróbce szesnastowiecznej szkockiej ballady zatytułowanej "Tam Lin", przy okazji polecając inną książkę opartą na tym samym motywie: "Tam Lina" Pameli Dean. Poczułam się zaintrygowana, znalazłam książkę i w grudniu zaczęłam ją czytać.

Źrodło
Zajęło mi to mnóstwo czasu, bo choć lubię powieści osadzone w szkołach z internatem (nawet jeśli są to szkoły wyższe), ta jest wyjątkowo słabo napisana. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że na moją ocenę książki wpłynęło to, że główna bohaterka Janet jest straszliwie antypatyczna. Albo to, że bohaterowie zamiast rozmawiać posługują się cytatami z literatury brytyjskiej i patrzą z góry na jedyną osobę w ich gronie, która nie wychowała się w bibliotece (a która jest moją ulubioną postacią, przede wszystkim dlatego, że nie mówi, jaką to jest feministką, tylko po prostu nią jest). Albo to, że z 400 stron książki 250 poświęcone jest pierwszemu rokowi studiów, a wydarzenia znane z ballady rozgrywają się dopiero na czwartym (na 50 ostatnich stronach, jakby ktoś się zastanawiał, przecież trzeba było jeszcze opowiedzieć, co dzieje się na roku drugim i trzecim). Ale oprócz złej konstrukcji powieści (serio, gdzie był redaktor, by powiedzieć autorce, że opisywanie, co można zjeść w każdej z campusowych stołówek albo szczegółowe analizy nie jednego, lecz trzech i pół przedstawień teatralnych - z których tylko półtora miało jakieś uzasadnienie fabularne - to jednak przesada i może należałoby coś wyciąć) jest jeszcze kilka innych problemów, np. to, że do teraz nie pojmuję, dlaczego królowa elfów była zła...

Mam też problemy światopoglądowe. Sama kończyłam filologię, specjalizując się w literaturze brytyjskiej, ale gwarantuję wam, że znajomi ze studiów i ja, mimo czytania tych samych lektur, nie łapaliśmy od razu cytatów i nawiązań rzucanych w naszym gronie. Żadne z nas nie miało też obsesji na punkcie Szekspira, mimo naukowych zainteresowań naszego promotora miałyśmy raczej tendencję do zajmowania się literaturą współczesną - na którą Janet et al. nie mogą patrzeć bez poczucia obrzydzenia (Pamela Dean zdaje się gloryfikować takie podejście, dla niej nawet Dickens jest zbyt "nowoczesny", zatrzymała się na Keatsie).

A potem przychodzi kwestia relacji seksualnych. Już na początku pierwszego roku każda z trzech dziewczyn znajduje sobie chłopaka i powiedzmy sobie szczerze, żaden związek nie jest udany, ale każdy w nim trwa, bo przecież w koledźu trzeba z kimś sypiać. Tina i Molly od razu udają się do Planned Parenthood po tabletki antykoncepcyjne i obie czują się po nich fatalnie. OK, rozumiem, lata siedemdziesiąte, duże dawki hormonów pigułkach, ale to nie wyjaśnia, dlaczego Janet trzy lata później dostaje już tabletki z mniejszą dawką i lepiej do niej dopasowane. Dodam przy tym, że do tej pory Janet pijała herbatkę, którą dostała od swojego chłopaka i która miała działanie antykoncepcyjne (ha ha!). I jeszcze tylko wspomnę, że obie dziewczyny z pigułkami od Planned Parenthood studiowały biologię (jedna chciała zostać oceanografem, druga lekarzem...), ale jakoś do głów im nie wpadło, że może lepiej zdecydować się na inną metodę antykoncepcyjną.

Wydaje się, zwłaszcza po przeczytaniu odautorskiego posłowia, że Dean postanowiła przede wszystkim unieśmiertelnić swoje własne doświadczenia z okresu studiów. W sumie nie jest to zły pomysł, ale żeby od razu te wątpliwej jakości wypociny publikować? Mogę jednak szczerze powiedzieć, że jest przeróbkę "Tam Lina" przeczytałam (bo doszłam do końca, ha!) i tylko od czasu do czasu ją żarliwie hejtować, najlepiej przy okazji polecania "Winter Rose" Patricii McKillip.


Rozczarowanie #2
Drugie rozczarowanie jest filmowe i właściwie sama jestem sobie winna, bo wszystkie recenzje zgodnie stwierdzały, że "Oz wspaniały i potężny" czy jak tam polskie tłumaczenie tytułu brzmiało jest filmem słabym. Ale sami rozumiecie, książki o Oz i ich przeróbki to taki mój mały konik, więc pewnego wieczoru puściłam film i powiem szczerze, że początek był obiecujący, nakręcony jako czarno-biały hołd dla  filmu z Judy Garland i już już miałam nadzieję, że jednak będę się dobrze bawić w trakcie seansu. Miłe złego początki, bo potem Sam Raimi przypomniał sobie, że film ma być w 3D i kolejne pół godziny to było zupełne nieuzasadnione fabularnie popisywanie się efektami specjalnymi.

Wtedy już wiedziałam, że będzie źle.

Niestety nie spodziewałam się tego, jak bardzo źle. Dość powiedzieć, że z trzech wiedź tylko jedna oparła się "urokowi" głównego bohatera (granego przez Jamesa Franco i była to natchniona decyzja castingowa, bo facet ma taką niesympatyczną twarz), ta grana przez Rachel Weisz, która marnowała w tym filmie swój talent, ale przynajmniej nie grała na pół gwizdka. Fabularnie bowiem historia była miałka i nie dało się w niej aktorsko wykazać: główny bohater, człowiek niemiły i dosyć antypatyczny, trafia do Oz, z chciwości podejmuje się zabić złą czarownicę, zmienia strony konfliktu bez logicznego uzasadnienia swojej decyzji i zostaje bohaterem oraz zdobywa trofeum w postaci kobiety (która zapowiadała się nieźle, ale niestety musiała ustąpić pod naporem narrativum) nie dorastając i nie zmieniając swoich życiowych, bardzo egoistycznych priorytetów. Widz dostaje historię, prostą jak cep, z przewidywalnymi "zwrotami akcji" i nawet nie może się cieszyć osobistym rozwojem bohatera. Cieszę się strasznie, że nie udało mi się dotrzeć do kina w czasie, gdy film był wyświetlany na dużych ekranach, bo jednak lepiej zżymać się w domowym zaciszu.

EDIT: Właśnie się dowiedziałam, że stacja NBC planuje 10-odcinkową serię o 20-letniej Dorotce. Wolałabym nie.


Zaskoczenie pozytywne

No dobra, ale tak źle nie było, mimo dwóch poważnych rozczarowań. W weekend przeczytałam trzecią część przygód Bridget Jones, czego trochę się obawiałam będąc fanką dwóch poprzednich odsłon. Nie było czego się bać. Książka nie zbiera niestety pozytywnych recenzji, ale do mnie osobiście trafiła, głównie dlatego, że dokładnie rozumiem (i do pewnego stopnia utożsamiam się) z problemami i radościami wychowywania dzieci, przez które przechodzi Bridget, czy poczuciem beznadziejności w porównaniu z innymi mamami, krytyką ze strony rodzicielki i innymi drobnymi detalami, które docenia się dopiero wtedy, gdy samemu się w takiej sytuacji było. W dodatku ten rozwój postaci, od trochę trzpiotowatej trzydziestoletniej singielki do pięćdziesięcioletniej samotnej matki jest sensowny i wiarygodny. Kilka razy w trakcie lektury się poryczałam, zakończenie mnie usatysfakcjonowało. Jeśli miałabym się czegoś czepiać, to chyba tylko tego, że w dwóch pierwszych częściach Bridget raczej Sloane Rangerem nie była (niektórzy jej znajomi owszem, ale ona sama nie), ale to raczej mój problem niż Helen Fielding.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.