#sherlocklives

by 2.1.14 17 komentarze
Wczorajszy dzień był bardzo miły i leniwy: przyjechali znajomi, przynieśli pierniczki, porozmawialiśmy o różnych ważnych i nieważnych sprawach, wypiliśmy szampana (bezalkoholowego), więc jeśli pierwszy dzień roku jest wróżbą na cały 2014, bring it on. A wieczorem, zamiast frustrować się tnącym się streamem, zmieniłam (ponownie) szablon bloga, bo mogłam.

Nie, nie zapomniałam. Ale czekałam dwa lata, cóż mogło zmienić kilka kolejnych godzin. Zwłaszcza, że ostatnio cenię sobie sen.

(Poniżej są już same spoilery, klikacie na własną odpowiedzialność.)

Na co wydano wpływy z abonamentu telewizyjnego za rok 2014: check

1 stycznia 2014 fani mieli okazję zobaczyć pierwszy odcinek trzeciej serii "Sherlocka", wyczekiwany bardziej niż prezenty pod choinką, poprzedzony siedmiominutowym, zaostrzającym apetyt mini epizodem "Many Happy Returns", który stacja BBC wyemitowała 24 grudnia i który zdecydowanie podgrzał atmosferę (pun intended).

Homoseksualne aluzje: check
To nie jest do końca ten "Sherlock", do którego przyzwyczaiły nas poprzednie dwa sezony. Gatiss tym razem mniej sięga do kanonu stworzonego prze Arthura Conan Doyle'a, jak to zrobił przy np. moim ukochanym odcinku, czyli "Psach z Baskerville", ale raczej do fandomu. Kpi sobie z teorii "JAK ON PRZEŻYŁ TEN SKOK", wprowadza slash (założę, się, że jest aktywnym użytkownikiem tumblra...), bawi się hashtagami i ogólnie trolluje na potęgę. Jednocześnie, jednocześnie, jak to Gatiss, mimochodem rozwija relacje między postaciami w bardzo subtelny sposób - dlatego odcinki Gatissa są zwykle moimi ulubionymi. No bo spójrzmy, Lestrade żałuje, że Molly ma narzeczonego, Mary (IRL Amanda A. jest żoną Martina Freemana i pozwólcie mi powiedzieć tylko, że trudno by było znaleźć bardziej idealną, zakręconą parę) jest cudownym dopełnieniem Johna, Mycroft i Sherlock rozmawiają o swoim dzieciństwie i o tym, co to znaczy być samotnym, Molly pomaga Sherlockowi rozwiązywać sprawy, Sherlock wpycha Andersona w szaleństwo, rodzice Sherlocka (IRL rodzice Cumberbatcha) odwiedzają synów w stolicy, Mary nawiązuje nic porozumienia z Sherlockiem, on uczy się, że John się zmienił (ale jednocześnie nie) i to wszystko są najważniejsze sceny w odcinku, ale nakręcone w taki sposób, że wystarczy mrugnąć i można je przegapić. To jest właśnie siła scenariuszy Gatissa, on zawsze zastanawia się, jak wydarzenia na ekranie wpływają na bohaterów.

Dla mnie najlepszymi scenami były te z Molly. Molly, która jednocześnie świetnie sobie radzi z byciem asystentką Sherlocka, zaręczyła się, potrafiła utrzymać tajemnicę, wie, że nie zastąpi Johna i nawet nie jest z tego powodu zła, a potem okazuje się, że Tom wygląda, jak wygląda. A ta bystra, bystra Molly nie zdaje sobie z tego sprawy.

Dlaczego więc napisałam, że nie jest to "Sherlock" dwóch pierwszych sezonów? Ano dlatego, że nadal nie wiemy, kto i dlaczego zorganizował porwanie Johna (John Watson jest chyba jedyną osobą, która nawet się cieszy z tego, że ktoś ją porwał i usiłował upiec jako Guya Fawkesa, bo to oznacza, że kryzys wieku średniego jeszcze nie nadszedł i może spokojnie zgolić wąsy), choć tajemnicza postać w okularach (miałam nieodparte skojarzenia z trzecią serią "Sailor Moon" i ojcem Hotaru) na końcu zdaje się być głównym podejrzanym i głównym wrogiem Sherlocka. To pewne novum, do tej pory wszystkie półtoragodzinne odcinki były osobnymi filmami telewizyjnymi bardzo wysokiej jakości fabularnej, teraz faktycznie możemy zacząć mówić o serialu.

Strasznie podoba mi się Mary, cudowna, cudowna Mary, ciepła, bardzo inteligentna, ale tu też zaczynają się moje zastrzeżenia. Bo doceniając mocne strony odcinków Gatissa, mają one też wady. A raczej: odcinek otwierający sezon musi być (nomen omen) fajerwerkowy, musi przykuć uwagę widzów i wreszcie, musi wywiązać się ze składanych przez dwa lata przerwy obietnic. No więc Mary wyraźnie zależy na szczęściu Johna, ale na litość boską, jej prawie że narzeczony prawie że zginął spalony w ognisku. Znaczy fajnie, że jest taka wyrozumiała, ale to już zahacza o obojętność 9albo uzależnienie od adrenaliny, na co mi nie wygląda). Więc to raz.


Muszka: check
Dwa, jak od początku uważałam dynamiczny montaż w "Sherlocku" za awangardowy i cudowny, tak w tym odcinku chyba troszkę z nim przesadzono (gdybym była bardziej uczciwym człowiek im, powiedziałabym, że przesadzono też z szalonymi tapetami, ale ponieważ i ja, i Arwel Jones mamy na ich punkcie fioła, więc zmilczę) i pewne partie wyglądały jak teledysk made in MTV. Było to, wraz z muzyką, która wyjątkowo mi się nie podobała, dosyć męczące doświadczenie dla mnie jako widza i wpłynęło na to, że nie mogę z czystym sumieniem, jak przy "Skandalu w Belgravii", powiedzieć, że to najlepszy kawałek telewizji, jak w tym roku widziałam (co jest ironiczne, głównie z uwagi na to, że widziałam go 1 stycznia - zresztą wtedy się pomyliłam, bo "Psy z Baskerville" bardziej mi się podobały).

Trzy: już bardzo osobiście czuję się rozczarowana faktem, że jednak John nie przyłożył mu z pięści w restauracji, nie obrócił się na pięcie i nie wyszedł (albo nie zemdlał, omdlenie też bym była  wstanie zaakceptować, bo jest kanoniczne). Ale montaż, gdy Sherlock wchodząc do restauracji zabiera różne rekwizyty  ludziom i tworzy za ich pomocą przebranie - cudowna! Ten montaż uwielbiam. Szkoda tylko, że został, jak już wyżej napisałam, nadużyty.

Ale to mniej więcej tyle mojego marudzenia. Podobało mi się nawiązanie do listopadowych świąt i zamach na Parlament, choć nie sadzę (jak zwierz), by było to świadome nawiązanie do "V jak vendetta", chyba że wąs Watsona symbolizuje włosy Evey. Takoż nazwa operacji, Lazarus, to raczej gra z oryginalną historią Łazarza: bo Sherlock po prostu musiał zmartwychwstać (żart wyszedł przypadkiem). Uważam natomiast (wolno mi), że Gatiss sobie delikatnie pogrywa z Guyem Ritchie i jego wiktoriańskim Holmesem, osadzając akcję w dniu 5 listopada i w związku z tym próbując wysadzić Parlament.

Dziwne nakrycie głowy: check
Byłam też zachwycona metrem, choć w ostatecznym rozrachunku nie odegrało ona zbyt wielkiej roli, raczej służyło grze językowej (i stacja okazuje się być fikcyjną). Mimo wszystko to ważny element londyńskiego krajobrazu i cieszy mnie, gdy seriale czy książki (Kate Griffin, Ben Aaronovitch) starają się ten aspekt mieszkania w stolicy UK pokazać.

Na szczęście na kolejny odcinek nie musimy długo czekać, tylko trzy dni. Wtedy dowiemy się, w jaki sposób scenarzysta Steve Thompson postanowił zepsuć wesele Johna. A potem pozostanie nam tylko odcinek naczelnego trolla BBC, Moffata, i znowu zaczynamy długie oczekiwanie na czwarty sezon. Ciężkie jest życie fana.

P.S. Zastanawiam się, jaki byłby ogólny odbiór odcinka, gdybyśmy my, fani, nie byli tak nakręceni.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.