Hear me roar, czyli o "Królu lwie" na scenie

by 13.2.14 10 komentarze
Oglądam ostatnio sporo filmów studia Ghibli na przemian z Disneyem, a konkretnie "Królem lwem". Zdarza się to na tyle często, że potomek porozumiewa się ze mną dialogami z filmu: on jest Simbą, to rzecz oczywista, a ja Mufasą (to już mniej oczywiste, bo płeć jakby nie ta, poza tym Mufasa ginie śmiercią tragiczną, hm...) Przypomniałam sobie jednak, że zapomniałam choć krótkim wpisem podsumować naszą lipcową wizytę w londyńskim teatrze: popełniłam notkę o "The Tempest", podczas gdy głównym punktem wyjazdu był jednak "Król lew" w reżyserii Julie Taymor. Niektórzy jeżdżą do Londynu do teatru ambitniejszego, ale moją miłością są musicale i pod ich kątem planuję każdą wyprawę do stolicy UK.


Moja opinia o dokonaniach reżyserskich Taymor jest dość jednoznaczna. Nie polubiłam nawet jej "Across the Universe", a gdy pada pytanie o najmniej lubianego reżysera, zwykle wymieniam jej nazwisko. Nie podchodzi mi jej wrażliwość i strasznie irytuje mnie, że wybiera tak interesujące z mojego punktu widzenia tematy, a potem realizuje je w sposób, który mi nie odpowiada. Tak, wiem, to jej dzieła, ja jestem tylko jednym z milionów potencjalnych odbiorców, ale nic na to nie poradzę, za każdym razem czuję poddenerwowanie. Dlaczego więc wybrałam się "Króla lwa"? 

Z kilku powodów. Po pierwsze więc, podczas poprzedniej wizyty w Londynie zbłądziłam (nie zbłądziłam, to była świadoma decyzja, ale tak ładniej to brzmi) na wystawę o kostiumach teatralnych w Victoria&Albert Musesum i akurat spora jej część, łącznie z materiałem audiowizualnym, była poświęcona kostiumom z "Króla lwa" - wyszłam z tej sali zachwycona koncepcją masek na wysięgnikach. Do tej pory trudno mi było sobie wyobrazić, jak wystawić na scenie musical o zwierzętach, teraz już wiedząc, jak to wygląda  w praktyce, chciałam zobaczyć całość na żywo. Po drugie, w Zabrzu/Gliwicach wystawiono inny disneyowski musical, "Tarzana", który strasznie mi się podobał od strony realizacyjnej. Widzicie, ja nie jestem fanką filmów Disneya, lubię dosłownie kilka i zdecydowanie wolę produkcje Dreamworks, więc czasami jestem zaskoczona wysoką jakością filmów ze studia Myszki Mickey, które teraz nadrabiam z potomkiem. Po trzecie, zaś, "Król lew" to jednak był hit West Endu i warto go zobaczyć. (Na tej samej zasadzie następnym razem wybieram się na "Matildę" :P)

No dobrze, ale co z samym musicalem?

Muzyka brzmi na deskach scenicznych lepiej niż w filmie. Co tam Elton John, gdy każdy statysta mógłby z powodzeniem zostać w Polsce obsadzony w głównej roli? To po prostu musi dobrze brzmieć. Tu macie najbardziej wzruszający fragment przedstawienia, z najlepszą aktorką, Brown Lindiwe Mkhize, w roli Rafiki (przykro mi, że gupi ludzie gadają na początku):



Taymor postanowiła podkreślić przede wszystkim afrykańskie akcenty (mogła pójść w stronę Szekspira, na szczęście się na to nie zdecydowała). Większość aktorów jest ciemnoskóra, część nawet pochodzi z Afryki i mówi po angielsku z wyraźnym akcentem. Kurtyna i kostiumy to wszystko autentyczne tkaniny sprowadzone z czarnego Lądu, ale najważniejsze są stylizowane na plemienne drewniane maski, głównie lwie. Jest to patent wprost genialny, bo gdy dołoży się do nich specyficzne ruchy sceniczne aktorów, którzy mają naśladować zwierzęta, to faktycznie widz może zapomnieć, że na scenie nie ma lwicy, tylko aktorka ruszająca się jak wielka kotka. Największe wrażenie robi scena hołdu dla przyszłego króla zwierząt, kiedy to wśród widowni maszerują wielkie słonie, nosorożce i nawet ze dwie żyrafy, zbudowane z drewnianych litewek, ale ruszające się w bardzo przekonujący sposób. Pisałam kiedyś, jak rozczarował mnie brak smoczego zegara w "Wicked"; Taymor w kwestii rozmachu przedstawienia nie poszła chyba na żadne ustępstwa, co ma sens. Licencje na musicale Disneya są koszmarnie drogie, więc jeśli już ktoś się za nie zabiera, to lepiej, by efekt końcowy był imponujący.

Lwice
Oczywiście Taymor nie byłaby sobą, gdyby nie wprowadziła feministycznych akcentów. Rafiki stała się szamanką, co jest moim zdaniem zmianą na lepsze. Szkoda tylko, że nie rozszerzono wątku matki Simby, o co aż się prosi (pamiętacie film i to, jak Scar ją poniżał?) czy Nali, przywracając pierwszą wersję scenariusza filmowego, gdzie uzurpator chciał z niej uczynić królową. Taymor zrobiła, co mogła, ale podejrzewam, że licencja nie pozwoliła jej na wprowadzenie zbyt wielu zmian w stosunku do pierwowzoru. I tak dobrze, że napisano dodatkowe piosenki... Wątek przybranej matki Tarzana był tym najlepszym w musicalu i tutaj też można było kilka rzeczy "poprawić".

Czy warto wydać te kilkadziesiąt funtów na bilet? Owszem, zwłaszcza, jak jesteście fanami disneyowskiego oryginału. Albo lubicie musicale. Albo ciekawi was realizacja jednego z największych hitów West Endu. Ja jednak, gdybym miała wybierać, poszłabym po raz drugi na "Wicked". Bo fabuła jest lepsza. :D

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.