Mały książę po raz pierwszy, po raz drugi, sprzedane!

by 14.2.14 2 komentarze
Było to tak: w ramach walki z zimową depresją zaczęłam się zastanawiać, czy nie pójśc do teatru na jakiś musical, którego jeszcze nie widziałam; poza tym najwyższy czas zacząć korzystać z tego, że mieszkam w mieście z porządnym teatrem muzycznym (owszem, poprzednio mieszkałam w mieście obok miasta z porządnym teatrem muzycznym, do którego chodziłam spacerkiem, ale przysięgam, że nie jest to decydujące kryterium przy zakupie mieszkania...) Padło na polecany mi przy okazji recenzji "My Fair Lady" spektakl dla dzieci na podstawie "Małego księcia" Antoine'a de Saint-Exupéry'ego (niestety komentarze się posypały i nie pamiętam, kto dokładnie mi go polecał, ale serdecznie dziękuję). Pomysł podłapała Harpijka, która postanowiła przyjechać z Małym Dalekiem w ramach ferii zimowych, by dziecko pooddychało świeżym, śląskim powietrzem. Nie obyło się bez problemów: wybrany przez nas spektakl odwołano, potem ja pomyliłam środę z czwartkiem i w efekcie miałyśmy mało czasu na ploty przed spektaklem (a przecież "Teen Wolf" sam się nie omówi!), ale i tak było super.

A jak wypadło samo przedstawienie? 



Pozwólcie mi na dygresję. Mając do wyboru spektakl w chorzowskim Teatrze Rozrywki a w gliwickim GTMie zawsze wybierałam tę pierwszą miejscówkę, nie tylko z sentymentu (wspaniale campowy "Rocky Horror Show", pierwszy musical, który widziałam na żywo, how do I miss thee!), ale głównie dlatego, że tam przeżyłam najwięcej wzruszeń: śmierć Angela w "Rent", "I'm Going Home" w jedynej słusznej interpretacji Janusza Kulika czy "Krwawe pieniądze" wykrzyczane przez Janusza Radka. To nie tak, że GTM robi słabsze spektakle, po prostu tak bardzo skupia się na idealnej realizacji, że mało miejsca pozostaje na prawdziwe emocje. Najlepszy spektakl, jaki tam widziałam, to "Królowa śniegu" z bielskiej Banialuki, wystawiona w  ramach Dziecięcych Spotkań Teatralnych (a potem "Tarzan", który jest w połowie zabrzański i "Dziadek do orzechów", bożonarodzeniowe przedstawienie baletowe).

Latarnik
Poza tym GTM specjalizuje się w operetkach, a ja do operetek muszę się dopiero przekonać.

"Mały książę" jednak zbierał bardzo dobre opinie, mnie się nudziło i w efekcie w czwartek w samo południe, na widowni pełnej dzieci w wieku szkolnym (wyjątkowo grzecznych, muszę przyznać) obejrzałam spektakl. Od strony realizacyjnej jest znakomity. Po długim remoncie głównej sceny teatr prezentuje się cudownie i nie ma mowy np. o wpadkach dźwiękowców. Wszystko było słuchać głośno i wyraźnie. Przedstawienie wykorzystuje również środki multimedialne: na dwóch dużych ekranach wyświetlane są zbliżenia kamerą. (Kamerzysta był zresztą bardzo sympatyczny i przed drugim aktem droczył się z zachwyconą małoletnią widownią, wyświetlając ich na ekranie.) Oprócz tego scenografia była raczej tradycyjna, wykorzystująca w dużej mierze lustra, i całkowicie nieruchoma. Ciekawym patentem, choć wyraźnie zapożyczonym z "Tarzana", gdzie była to technika wykorzystana na dużą skalę, była zawieszona pod sufitem od galerii aż do sceny, po której przesuwał się Latarnik (ubrany jak księżyc i rozrzucający wszędzie błyszczące konfetti).

Bardzo podobały mi się również nieoczywiste kostiumy, nic sobie nie robiące z tekstów piosenek (Król nie był ubrany w purpurę, nie miał też korony, Żmija była zielona, a nie żółta, Lis srebrny, choć śpiewał, że jest rudy itp.), ale stanowiące spójną, lekko futurystyczną wizję. Jedynym wyjątkiem była bardzo tradycyjna suknia Róży, której nie ratowało nawet nakrycie awangardowe głowy i była to "największa" wpadka przedstawienia.

Lis
W obsadzie nie było słabych punktów. Pilota grał Adam Skorupa (który swego czasu grał Franka'n'Furthera w Chorzowie), niestety nie trafiłyśmy na Wiolettę Białk w roli Róży. Zachwyciło mnie zwłaszcza dwóch aktorów: Przemysław Witkowicz we wspomnianej już roli Latarnika, który ma cudownie mocny, prawie operowy głos oraz Wiesław Gawałek w roli Lisa, bo patrząc na niego widziałam klon Alana Cumminga (fun fact: w domu odkryłam, że też grał Emcee w "Kabarecie", bodajże we Wrocławiu). Najbardziej newralgicznym punktem przedstawienia jest jednak zawsze aktor dziecięcy; spoczywa na jego ramionach niezwykły ciężar, zwłaszcza, gdy gra rolę tytułową. My miałyśmy przyjemność trafić na zabrzanina, Ambrożego Żychiewicza, który poradził sobie z rolą, nomen omen, śpiewająco.

"Mały książę" sprezentował mi również dwie zagadki. Pierwszą z nich stanowi aktor grający Geografa, Marcin Włosiński. Widzicie, w Teatrze Rozrywki członkiem zespołu baletowego jest Krzysztof Włosiński, który też jest szczudlarzem i też współtworzył teatr GALIMATIAS. Od wczoraj zastanawiam się więc, czy to pszypadeg, czy obaj aktorzy są spokrewnieni (wujek Google nie chce zdradzić odpowiedzi).

Druga zagadka była łatwiejsza. Otóż już piosenka o kapeluszach brzmiała znajomo, ale dopiero ta o planecie Małego księcia przyprawiła mnie o deja vu: ja ten utwór po prostu znałam. A ponieważ nie przesłuchuję youtube'a pod kątem piosenek z przedstawień dla dzieci, wyjaśnienie było tylko jedno: już tę sztukę gdzieś widziałam. I faktycznie, w 1994 wystawił ją Teatr Nowy w Zabrzu. Miałam wtedy lat 13, dekoracje i kostiumy były całkiem inne, ale muzyka dokładnie ta sama. (Tak na marginesie: zachwyca mnie moja pamięć - oprócz własnego nie pamiętam żadnego numeru telefonu, ale dajcie mi muzykę słyszaną raz przed dwoma dekadami, a ją rozpoznam...) Krótki seans z Googlem pokazał kuriozum: otóż Cezary Domagała, autor sztuki, od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku reżyserował ten sam spektakl w różnych miastach Polski 18 razy (słownie: osiemnaście!) Zastanawiające jest więc to, że istnieje tylko jedno oficjalne nagranie wpadający w ucho piosenek, w wykonaniu aktorów z warszawskiej ROMY.

Geograf z asystentką
Jest to bardzo słuszny zarzut Harpijki: po tak znakomitym przedstawieniu człowiek chciałby zakupić np. egzemplarz książki, albo płytę CD, albo plakat lub pocztówkę  z poszczególnymi postaciami. Niestety, w teatralnym sklepiku dostępny był tylko program (dopasowany do wieku czytelnika, co się chwali) oraz magnetyczne zakładki do książek. Dlaczego tak jest? Przecież to teatr ma prawa autorskie do kostiumów i chyba mógłby je wykorzystać. Mnie się zdarzyło tylko raz w Polsce trafić na coś innego niż program, właśnie w GTMie, bo Dziecięcym Spotkaniom Teatralnym towarzyszyła wystawa pacynek w foyer i niektóre z nich można było zakupić, co też zrobiłam, i mam teraz napalcowego Małego księcia. Dlaczego jednak nie można zaadaptować modelu ze zgniłego zachodu? Dla przykładu, jestem fanką "Wicked" i oprócz plakatu na ścianie i programu na półce mam też CD z piosenkami oraz "Grimmerie", czyli prześlicznie wydany album z całym libretto, oficjalnymi zdjęciami, wywiadami, omówieniem kostiumów i wieloma innymi interesującymi rzeczami (nie mam za to kuli śnieżnej z Elphabą i Glindą, co mnie frustruje). Powiecie może, że "Wicked" ma już status kultowego musicalu i dlatego jest mnóstwo dostępnego merchandisingu i częściowo nie mogę się z tym nie zgodzić. Ale przecież nie wymagam aż tylu rzeczy, wystarczyłaby mi pocztówka z Lisem lub płyta z piosenkami.

Ale znowu odbiegam od tematu.

Przez cały pierwszy akt byłam przekonana, że "Mały książę" to kolejna sztandarowa produkcja GTMu: śliczna, dopracowana estetycznie, z bardzo dobrymi kreacjami aktorskimi i świetnie zrealizowana, ale w końcowym efekcie zupełnie nie oferująca widzowi wzruszeń. Co prawda młodsza ode mnie część widowni słuchała w ciszy i skupieniu każdego słowa padającego ze sceny (i spod sufitu - zwłaszcza spod sufitu). Jednak w drugiem akcie, od momentu poszukiwania studni aż do powrotu Małego księcia na rodzinną planetę mnie również zaczarowano. Jest to mój ulubiony fragment książki, właśnie dlatego, że wtedy tekst staje się niepokojąco niejednoznaczny i magiczny. Przypomina mi mój ulubiony fragment pisarstwa de Saint-Exupéry'ego, czyli opis nocy na pustyni w "Ziemi, planecie ludzi". I dlatego spektakl polecam bardzo, nie tylko dzieciom, choć jednak one najlepiej będą się na nim bawić.

(A ja zastanowię się nad "Anną Kareniną", również mi polecaną.)

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.