A waste of breath, the years behind, czyli zombie geje wróciły z przytupem

by 8.5.14 7 komentarze
Istnieje taka niepisana, acz przez wszystkich przestrzegana zasada prowadzenia bloga o szeroko pojętej kulturze, że nie pisze się ciągle o tym samym - no chyba że ktoś prowadzi bloga tematycznego, np. o serialach brytyjskich, wtedy pewna monotematyczność jest oczywiście dozwolona. Gdy więc trochę ponad rok temu poświęciłam dwie notki pod rząd temu samemu tematowi (czyli "In the Flesh"), czytelnicy zorientowali się, że coś się dzieje, że wpadłam po uszy, że zafiksowałam się na punkcie trzech odcinków o zombie made by BBC. Gdy tylko pojawiły się wiadomości o emisji drugiego sezonu, życzliwe grono nie omieszkało mnie o tym powiadomić (za co serdecznie wam dziękuję, bo sama pewnie bym powrót Kierena na ekrany telewizorów przegapiła w obecnym stanie mojego życia). Jestem, jak pozostali widzowie, po obejrzeniu pierwszego odcinka i jest dobrze. A nawet lepiej niż dobrze.
SPOILERY
Pierwszy odcinek drugiej serii rewelacyjny, choć jak się nie widziało pierwszej serii, to raczej trudny do zrozumienia - zresztą bądźmy szczerzy, to nigdy nie był serial dla wszystkich*. Wygląda na to, że Kieren jest środkiem większej historii, a nie tylko tego, co jego śmierć i zmartwychwstanie oznaczało dla jego rodziny. Jak dla mnie jest to bardzo rozsądne posunięcie, ta kameralność pierwszej serii mogła się sprawdzić po raz drugi, ale decyzja Dominica Mitchella, by poszerzyć świat przedstawiony jest dla mnie bardziej logiczna. Zamach terrorystyczny w pierwszej scenie jest nakręcony cudownie, z najazdami na plakaty partii Victus, która uważa częściowo umarłych za zwierzęta, w dodatku takie, które należy uśpić, a nie leczyć. Oczywiście każda ze stron ma swoje racje i właściwie trudno z kimkolwiek sympatyzować.
Mamy dwie nowe postacie, częściowo martwego Simona-radykała (który recytuje Yeatsa z pamięci, czekałam na taką postać od pierwszego odcinka pierwszej serii) oraz Maxine Martin, nową MP, też radykała, tylko z drugiej strony barykady i  powiem tylko, że proboszcz to była płotka w porównaniu z zadzierającą nosa panią poseł. Tym razem bycie zombie jest rozpatrywane z punktu widzenia rasizmu, najs. Przy czym wygląda na to, że i Simon, i Maxine są postaciami z drugim, a może nawet trzecim dnem i już nie mogę się doczekać, co będzie dalej.

Stare postaci też mają co robić, Steve Walker nauczył się wyrażać emocje trochę zbyt dobrze, Jem cierpi na PTSD i próbuje dokończyć edukację na poziomie szkoły średniej, Gary nadal tęskni za czasami, gdy był wioskowym bohaterem, Amy wraca i nadal jest irytująca, a Phillip, jak to Phillip, ma tajemnice.
Najważniejsze jednak jest to, jak fantastyczna jest siatka połączeń między postaciami. To zawsze była mocna strona "In the Flesh", ale uderzyło mnie, jak chora jest relacja Jem i Kierena. Niby usiłują udawać brata i siostrę, ale Kieren nigdy nie pokazuje się jej bez makijażu. Oboje wiedzą, co wydarzyło się w supermarkecie i gdy Jem ma koszmary senne, Kieren nie może jej nawet obudzić.
Albo Pearl, która niby daje Kierenowi klucze do pubu i awansuje go na swojego zastępcę, ale w sytuacji stresowej traktuje go jako zagrożenie i celuje do niego z broni, automatycznie stawiając się po stronie Gary'ego. Nic dziwnego, że Kieren usiłuje wyjechać i mam nadzieję, że mu się to uda na koniec drugiej serii. Bo wygląda na to, że Amy wróciła, ale po pobycie w komunie drogi jej i Kierena trochę się rozeszły, głównie z powodu Simona.
A co podobało mi się najbardziej? Scena z "Excuse me, you're sitting on my grave" i wybieraniem epitafium była genialna. I niech mi ktoś powie, gdzie o tej porze roku dostanę bukiet białych goździków (ostatnio kupuję głównie białe kwiaty, chyba prorocze to było).
I teściowa, która wygramoliła się z grobu, by krytykować synową też jest mocna.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że drugi sezon ma mieć 6 odcinków! Już się nie mogę doczekać tego w przyszłym tygodniu. Wygląda na to, że serial rozwinie skrzydła, nie tracąc przy tym tej ludzkiej perspektywy, która stanowiła siłę pierwszego sezonu. Może dostaniemy też wyjaśnienie zagadki pierwszego zmartwychwstania, choć akurat za to kciuków nie trzymam. 
P.S. I niech ktoś Luke'owi Newberry'emu jakąś nagrodę, choćby za scenę zmywania makijażu przy zasłoniętym lustrze mu się należy.
 
* Bo jak ktoś oczekuje serialu o zombie, to będzie rozczarowany ilością TEH DRAMA, a jeśli ktoś lubi obyczajowe, to w'ogle po serial nie sięgnie, bo zombie.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.