Bo Andrew Garfield ma krowie oczka

by 23.5.14 16 komentarze
Mam ostatnio sporo dziwnych myśli przychodzących do głowy o czwartej nad ranem, głównie dlatego, że zamiast jak normalny człowiek o tej porze smacznie spać, jestem zmuszona do czuwania - a mózg harcuje. Rozmyślałam więc o tym, co dokładnie przypomina mi klimat "In the Flesh" (BTW, dostali BAFTĘ dla najlepszego mini-serialu, od początku mówiłam, że to świetna produkcja, ha!) i gdzie już te przytłumione kolorki widziałam na ekranie i wtedy mnie olśniło!

Andrew Garfield!

Ale bynajmniej nie w swojej superbohaterskiej odsłonie, co to, to nie.


(BTW, Andrew nie jest zachwycony tytułem posta, ale co na to poradzę, faza maniakalna w pełni sprawia, że ja jestem nim zachwycona!)


No więc po pierwsze, kolorki (ale również stroje bohaterów) "In the Flesh" bardzo przypominają mi nakręcony w 2011 przez Marka Romanka (znanego głównie z reżyserowania teledysków, między innymi Davida Bowiego) dystopijny film na podstawie powieści Kazuo Ishiguro "Never Let me Go". (Gdy twórca formatu Kazuo Ishiguro pisze taką powieść, to nie mówi się, że pisze fantastykę, tylko książkę z elementami fantastyki, true story.) Opowiada ona o trójce przyjaciół: Ruth (Keira Knightley), Kathy (Carey Mulligan) i Tommy'm (Andrew Garfield), wychowujących się razem z innymi dziećmi w czymś, co wydaje się być szkołą z internatem (w stylu bardzo brytyjskim), a zdecydowanie nie jest. Gdy dorastają, dowiadują się okrutnej prawdy o czekającym ich losie. Angstu całej sytuacji dodaje bardzo skomplikowany trójkąt miłosny - Ruth jest wredną osobą, tyle tylko powiem.

Podobnie jak "In the Flesh", "Never Let Me Go" jest pozbawione elementów futurystycznych. Romanek uznał, że nie bardzo pasują do szkockiego światła (które bardzo przypomina światło w Lancashire...) Całość jest bardzo wyciszona, co tylko wzmaga powodowany seansem kac moralny.

A Garfield ma takie piękne łezki w tych swoich szczenięco mokrych oczkach...

***

Zanim Spike Jonze (też znany z teledysków!) nakręcił "Her", wymyślił krótkometrażówkę o robotach, zatytułowaną "I'm Here". I do głównej roli zatrudnił Andrew Garfielda. Po czym zamiast fabularnie wykorzystać te mokre oczka, założył mu na głowę obudowę komputera, w związku z tym Garfield został zmuszony do grania głosem i mową ciała. Nie przeszkodziło mu to w stworzeniu całkiem mocnej kreacji aktorskiej.

Sheldon jest jednym z robotów, które niby żyją w społeczeństwie obok ludzi, ale w praktyce są obywatelami drugiej kategorii. Jego codzienna egzystencja jest monotonna, dopóki nie spotyka Franceski; moje pierwsze skojarzenie to Wall-E spotyka EVE. Oba roboty zakochują się w sobie, ale świat jest okrutny, happy endu nie ma, Garfield płakałby, gdyby tylko mógł.

Mimo, że akcja krótkometrażówki rozgrywa się w Los Angeles, to samo poczucie beznadziejności sytuacji, które charakteryzuje "Never Let Me Go", przesącza się z ekranu. Roboty nie potrzebują do życia zbyt wiele, miejsce do siedzenia i kontakt z prądem są dla nich w zupełności wystarczające. Życie towarzyskie w ich wydaniu również jest dosyć smutne. Sheldon bardzo przypomina mi Kierena z "In the Flesh", Francesca jest trochę jak Amy. Roboty są zombie, mają ograniczone prawa, często padają ofiarami przemocy.

Co ciekawe, oba tytuły, "Never Let Me Go" i "I'm Here" mają ze sobą sporo wspólnego, jeśli chodzi o poświęcanie się dla innych i oddawanie tego, co ma się najcenniejszego...

***
Trzeciego przykładu do mojej tezy dostarczył w tym tygodniu teledysk zespołu Arcade Fire. Garfield gra w nim transseksualistę wśród rednecków i sami rozumiecie, że nie może się to dobrze skończyć... Mokre oczka pokazują tu swój maksymalny potencjał.


P.S. Następnym razem postaram się napisać porządną notkę, ale na upalny weekend zostawię was z tą. Nie jest mi nawet przykro.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.