"Troje" Sary Lotz

by 1.6.14 9 komentarze
Każdego roku przed wakacjami wydawnictwa na całym świecie biorą udział w nieoficjalnym wyścigu: komu uda się wydać najlepiej sprzedający się pulpowy bestseller. No wiecie, książkę, którą kupuje się na lotnisku tuż przed wejściem na pokład samolotu, którą można bez zobowiązań czytać na plaży, nad hotelowym basenem albo w tych leniwych momentach tuż przed zaśnięciem. Książkę, która jest dostatecznie lekka (zawsze miękkie, nigdy twarde okładki), by włożyć ją do bagażu podręcznego, dostatecznie interesująca, by fragmentami czytać ją przez cały urlop i dostatecznie nijaka, by bez wyrzutów sumienia zostawić ją na recepcji dla kolejnego czytelnika. Książka musi przyciągać wzrok potencjalnego kupca, zawierać tajemnicze hasła zamiast blurba i łączyć w sobie kilka gatunków literackich, by mogła się spodobać jak najszerszemu gronu ludzi.

I w tym roku padło na książkę południowoafrykańskiej autorki, znanej do tej pory głównie w swoim kraju - na "Troje" Sary Lutz.

"Troje" po raz pierwszy weszło w obszar mojej świadomości podczas czytania wywiadu z Lauren Beukes. Beukes to inna południowoafrykańska autorka, której książki ("Zoo City", "Lśniące dziewczyny") w Polsce są dosyć jednoznacznie klasyfikowane jako fantastyka. Krótko potem w mojej skrzynce zaczęły pojawiać się maile reklamujące polskie wydanie "Trojga". Zwykle lądowały w spamie, jako rozsyłane masowo materiały o tym, jak to na rynku pojawi się światowy bestseller, prawa do ekranizacji już zostały zakupione, pierwszy rozdział można przeczytać na stronie wydawnictwa, bla, bla, bla. Powiem szczerze, że dla mnie jest to raczej odstraszające i gdyby nie rekomendacja Beukes, nie zdecydowałabym się zamówić egzemplarza do recenzji (zwłaszcza, ze strasznie nie lubię czytać książek na akord). Ale akurat ta miała "mocne plecy"; poza tym ładnie wpisywała mi się w fazę czytania książek napisanych przez autorki z Afryki.

Egzemplarz recenzencki dotarł do mnie w czarnej kopercie, okładka książki też w większości czarna, takoż brzegi kartek - moje pierwsze skojarzenie to oczywiście Star Factor, który "pracuje w mroku i ubiera się na czarno", należy jednak przyznać, że całość jest ładnie zaprojektowana i przyciąga wzrok. Czerwone akcenty, jakby zadrapania na powierzchni, też zawierają miłą niespodziankę - widać, że grafik odrobił porządnie zadaną pracę. Lubię, gdy ilustracje na okładce odzwierciedlają treść książki.

No właśnie, a jak z treścią?

Zaczyna się, zgodnie z zasadą Hitchcocka, od trzęsienia ziemi: w tym wypadku jest to tzw. Czarny Czwartek, dzień,  w którym w czterech miejscach globu z nieba spadają cztery samoloty. Ginie ponad tysiąc osób - przeżywa troje dzieci. Wydarzenie to, cudowne w swej naturze, odbija się szerokim echem w całym świecie, a reperkusje zataczają coraz szersze kręgi. Elspeth Martins, autorka, która zasłynęła już z reportażowej książki o wypadkach z bronią z udziałem dzieci w USA, postanawia dotrzeć do jak największej ilości ludzi, którzy mieli styczność z ocalonymi i spisać ich relacje.

Mamy więc do czynienia z książką w książce, w dodatku rozdzieloną na wiele głosów. Pomysł nie jest nowy, z wielkim sukcesem wykorzystał go Max Brooks pisząc "World War Z". Martins rozmawia z ludźmi za pomocą Skype'a, maili, telefonów i bezpośrednio, twarzą w twarz; w książce znajdują się też fragmenty nigdy nie opublikowanej autobiografii jednego z opiekunów dzieci czy zapisy czatów, a raz nawet raport koronera. Dzięki temu zabiegowi książkę czyta się łatwo i z dużym zainteresowaniem.

Lotz skacze z miejscem akcji po całym globie. Katastrofy miały miejsce w Japonii, Wielkiej Brytanii, USA i RPA i właściwie autorce udało się oddać specyficzną atmosferę każdego z tych miejsc. W USA jest to konserwatywny, religijny fanatyzm podsycany przez telewizyjnych kaznodziejów z Teksasu. W Wielkiej Brytanii fajnie opisani są chavs i klasa średnia, w RPA slumsy. Najsłabiej wypada Japonia, gdzie Lotz postanowiła posunąć cybernetykę mocno do przodu i wykorzystać absolutnie każdą kliszę związaną z tym krajem, czyniąc jednego z bohaterów hikikomori.

Książka sprawnie gra na współczesnych lękach: kryzysie ekonomicznym, religijnych sektach, strachu przed nadmierną komputeryzacją życia codziennego, korupcji polityków, chorobach psychicznych, rozprzestrzeniających się lawinowo wirusach i oczywiście katastrofach lotniczych, traktowanych jako oznaki końca świata. Troje ocalonych dzieci może być jeźdźcami apokalipsy, zwiastunami końca świata. W trakcie lektury nie można się nudzić, Lotz często myli tropy i bardzo się stara, by zgromadzone przez fikcyjną autorkę relacje wskazywały w różne strony. Czytelnik właściwie cały czas trzymany jest w niepewności: czy faktycznie troje dzieci zostało opętanych przez demony, podstawionych przez obcych czy po prostu cierpią na PTSD? Czy są zwiastunami końca świata czy ofiarami religijnego fanatyzmu?

Niestety, gdyby Lotz zdecydowała się pozostawić wydarzenia przedstawione ocenie czytelników, książka byłaby zdecydowanie lepsza. Jednak po wydaniu książki Elspeth Martins wyrusza w podróż po zmienionym po Czarnym Czwartku świecie, ścigając tropy, których nie umieściła w książce. Ta część wydaje się być napisana w pośpiechu i bez polotu wcześniejszych części. W dodatku zamiast otwartego zakończenia czytelnik dostaje właściwie gotową interpretację i wyjaśnienie. Trochę szkoda, bo książka do tej pory mogła zawierać elementy fantastyczne, ale mogła też być po prostu komentarzem do pewnych procesów społecznych i ogólnej kondycji ludzkości. Człowiek zastanawia się, czemu redaktor nie zdecydował się wycięcie tej części...

(Co do polskiej wersji zaś zastanawiam się, gdzie był redaktor, gdy Ace Kelso zmieniał płeć pomiędzy fragmentami...)

Czy polecam? Właściwie tak, z zastrzeżeniem, że książka jest po prostu świetnie reklamowanym wakacyjnym bestsellerem. "Troje" jest idealnym utworem na upalne miesiące. Nie zmieni niczyjego życia, zarobi mnóstwo kasy, przez pewien czas będzie o niej głośno, a potem odejdzie w zapomnienie, jak inne wakacyjne bestsellery. Ale w tym roku chyba nie należy się spodziewać w tej kategorii lepszej pozycji.

P.S. Z tego wszystkiego zapomniałam wspomnieć, że w książce można znaleźć Doctora Who, Kapitana Amerykę i żarty z tego, jak bardzo Amerykanie kochają "Downton Abbey". Znaczy "Cavendish Hall".

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.