Cudowny komiks o Cudownych

by 24.7.14 9 komentarze
Wydawać by się mogło, że ten blog dosyć dokładnie odzwierciedla moje popkulturowe zainteresowania, ale to nieprawda. Czytam zdecydowanie więcej książek niż oglądam filmów czy seriali, ale o tym, co widzę na ekranie łatwiej mi pisać. Poza tym ostatnio nie interesuje mnie tworzenie typowych recenzji - mam też niejasne wrażenie, że nie interesują one potencjalnych i aktualnych czytelników... Czasami jednak warto się o taki tekst pokusić, nie po to, by wyrazić własną opinię, ale po to, by podzielić się z innymi zachwytem.

Dotarło do mnie niedawno, zapewne w związku ze zmianami w universum Marvela (Thor został kobietą, a Sam Wilson nowym Kapitanem Ameryką, czekamy, aż Tony Stark przekaże komuś errr, reaktor - bo przecież zmiana zbroi to trochę mało?), że niewiele na tym blogu piszę o komiksach. Może to dlatego, że rzadko interesują mnie bohaterowie, a bardziej stawiam na historie - a tych wartych opisania nie jest wbrew pozorom aż tak wiele. Czasami jednak warto wspomnieć o jakimś komiksie w najkrótszej choćby notce. Pamiętajcie jednak, że nie czuję się jakimś autorytetem w tej dziedzinie, więc moje rozważania będą bardzo dyletanckie.

Na pierwszy ogień wezmę komiks bardzo znany, wręcz kultowy. Wydany po raz pierwszy w 1994, "Marvels" to bardzo udana kolaboracja pomiedzy Kurtem Busiekiem (scenariusz) i Alexem Rossem (ilustracje). Prześlicznie namalowane (bo raczej nie narysowane) cztery zeszytowe numery zostały zebrane w spory album (moja kopia to polska edycja z wydawnictwa Mucha, jeszcze do tego wrócę) prześlicznej urody. Jednak to nie kreska sprawiła, że komiks jest tak znakomity. (A nawet nie kadr oparty na "Nighthawks" Hoppera, choć przyznaję, że bardzo mnie ucieszył).

"Marvels" bowiem ma niezwykle pomysłową fabułę. Opowiada na nowo, w czterech epizodach, historię universum Marvela w latach 1939-1974. Ale opowiada ją z punktu widzenia zwykłego człowieka. Tym everymanem jest fotoreporter Phil Sheldon. To jego oczyma oglądamy historię Human Torcha, obserwujemy Kapitana Amerykę (i bardzo młodego Bucky'ego) na froncie, pojawienie się X-Menów i odpowiedź Traska, czyli Sentinele, zaręczyny i ślub Richarda Reeda i Susan Storm oraz ich walkę z Galactusem (Silver Surfer też się pojawia!) i w końcu smierć Gwen Stacy; czasami mam wrażenie, że scenarzyści współczesnych filmów bohaterskich przeczytali tylko "Marvels", bo za wyjątkiem historii pierwszej Ludzkiej Pochodni wszystkie zostały sfilmowane. Oczywiście to żart - są to po prostu kamienie milowe wydawnictwa Marvel, ich najbardziej popularne i najlepiej sprzedające się historie. 

Jednak do 1994 nikt nie zastanawiał się, jak pojawienie się superbohaterów wpłynęło na życie zwykłych ludzi. I tę perspektywę umożliwia wprowadzenie Phila Sheldona. A ludzie wcale nie byli zadowoleni. Podczas walk "Cudownych", jak nazywa ich Sheldon, ludzie wielokrotnie ucierpieli: Namor zalewał Manhattan, Spider-Man i Zielony Goblin zrzucali z torów kolejkę metra, ba, sam Sheldon stracił oko. Czasami ludzie nie wytrzymywali psychicznie i urządzali zamieszki. J. Jonah Jameson nie ustaje w atakowaniu superbohaterów na łamach swojej gazety, zacietrzewiony w swojej nienawiści, ale Phil w końcu godzi się z ich obecnością w świecie zwykłych ludzi. Widzi, jak ludzie obmawiają The Thinga za jego plecami, śledzi proces Czarnej Wdowy. Superbohaterowie może i zyskują w końcu status celebrytów, ale opinia publiczna nigdy nie będzie ich traktować bez sporej dozy podejrzliwości.

"Marvels" można czytać bez znajomości stworzonego przez Marvela universum, ale jest o wiele ciekawszym komiksem, gdy się jednak trochę go zna. W tle pojawia się mnóstwo znanych twarzy, zwłaszcza na wystawie rzeźb Alicii Masters i warto do niektórych kadrów wrócić, a nawet trochę poszukać informacji na własną rękę w internecie. Mnie np. nie przyszło do głowy, że chłopiec na rowerze z ostatniej strony to przyszły Ghost Rider ("Marvels" doczekało się kontynuacji i zastanawiam się nad zakupem, mimo sporej ilości krytycznych recenzji, bo ciekawa jestem, jak Phil Sheldon przyjął pojawienie się np. Punishera).

W Polsce "Marvels" doczekało się aż dwóch wydań, obu w tej chwili wyczerpanych, ale na allegro zawsze można jakąś kopię upolować (pytanie tylko, ile jesteśmy w stanie zapłacić...) . Ja mam akurat te starsze, ze Spider-Manem na czerwonej kładce. Jako bonus z tyłu mam kilka artykułów, które pojawiają się w treści komiksu. No dobra, ich nagłówki pojawiają się w treści komiksu - ale treści są przezabawne! Nowe wydanie, te z Hachette (Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, #13), ma czarną okładkę, a w środku zamiast zmyślonych artykułów oryginalne okładki i wstępy do zeszytowych wydań - jeden autorstwa Stana Lee) oraz (dla mnie najciekawsze) bogato ilustrowane zdjęciami (między innymi jego rodziców) opowiadanie Alexa Rossa o tym, jak osiągnął fotorealistyczną jakość rysunków. Zakładam, że nowe wydanie (tylko nie przestraszcie się ceny!) będzie zawierało i to, i to, plus pin-upową galerię, która została zamieszczona w rocznicowym wydaniu z 2004 roku), a może jeszcze jakiś komentarz z okazji dwudziestolecia komiksu.

U mnie na półce "Marvels" stoją dumnie koło "House of M" i "Civil War" i uważam, że są od obu tych komiksów zdecydowanie lepsze. Po raz kolejny okazuje się, że te same historie można opowiadać na nowo pod warunkiem, że zmieni się perspektywę ("Rosenkrantz i Guilderstern nie żyją", hello?)

(A następnym razem w cyklu komiksowym space opera, która z "Marvels" ma tyle wspólnego, że oba tytuły zdobyły nagrodę Eisnera.)

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.