You can dance, edycja galaktyczna

by 14.8.14 5 komentarze
Trailery, użyta muzyka i kampania promocyjna dosyć wyraźnie wskazywały, czym dokładnie ma być "Guardians of the Galaxy": grą na sentymentach. Piosenki miały spełniać to samo zadanie, co automaty w salonach gier w "Ready Player One", fabuła miała nawiązywać do najlepszych dzieł kina nowej przygody. Teoretycznie wszystko było skrojone pode mnie i powinnam się jarać jak las sosnowy w lipcu. W praktyce jednak nie jest tak różowo.

aut. Kaz Oomori
SPOILERY
1. BOHATEROWIE

James Gunn w wywiadach twierdził, że bohaterowie są w filmie ważniejsi niż fabuła. Może i tak jest, na pewno stało przed nim trudne zadanie wprowadzenia i zdefiniowania grupy nieznanych do tej pory fanom MCU osób - a i fani komiksów mogli oczekiwać kilku znaczących zmian w osobach Strażników. Przedstawienie ich w zwiastunach i featurettes z aktorami było rewelacyjnym pomysłem. Przynajmniej w zamyśle. Niby znałam bohaterów, ale zupełnie nie byłam w stanie się z nimi zżyć. Gdzie Marty'ego McFly'a lubiło się od pierwszych chwil, tam Peter Quill zawodził. Dość powiedzieć, że najbardziej podobał mi się naszkicowany naprawdę grubą kreską Drax (choć obcięto mu interesujące backstory zostania Destroyerem...), jeśli miałabym wybrać spośród Strażników, bo zdecydowanie ciekawszymi (i lepiej zagranymi) postaciami byli Yondu i Kolekcjoner. Rocketowi dołożono tragiczne backstory, by wzbudzić sympatię widzów, Gamora powinna być interesująca, ale po próbie odebrania Kuli Quillowi na Xandarze nagle przestała być (no, może jeszcze scena, gdy wchodzi do celi i siada na pryczy była niezła), a Groot wykazywał coraz to nowe umiejętności z nieśmiertelnością włącznie. Każdy członek drużyny był tak wyjątkowo wyjątkowy, ostatni ze swojej rasy, porwany za młodu, modyfikowany, blah blah blah. W efekcie wszyscy byli dosyć nudni.

2. DIALOGI

"Pelvic sorcery" może i jest ciekawym zwrotem, ale interesujące dialogi dostali tylko Drax i Rocket. To nie był poziom błyskotliwości Jossa Whedona. W dodatku człowiek, który robi zwiastuny do Marvela znowu się popisał i tak wyedytował sceny, że kwestie postaci brzmiały lepiej w trailerach. Chcecie przykładu? Proszę, oto przykład: gdy Quill oskarża Rocketa i fałszywy śmiech, Groot mówi "I am Groot", co w trailerze jest potwierdzeniem oskarżenia Petera. W filmie nie. W efekcie niektórym scenom brakowało dynamiki i trochę się ciągnęły.

Ale Vin Diesel oczywiście wymiatał. Lubię Vina Diesela.

3. CI ŹLI

Szykuję osobny wpis na temat tego, jak bardzo złą postacią jest Ronan Oskarżyciel, ale jakbym jednak go nie napisała, bo cośtam, wspomnę, że religijny terrorysta jego pokroju nie powinien mieć racji bytu w filmach Marvela po dekonstrukcji (a potem sugerowaniu ponownej konstrukcji w "All Hail the King") Mandaryna. Nebula była fajna, do momentu, gdy nie zorientowałam się, że głównie krzyczy. Coś zasugerowano o siostrzanej zazdrości, ale nic z tym nie zrobiono. Korath nie miał czego grać, a Thanos tylko wyglądał i to niezbyt imponująco. I tak, rozumiem znowu, że film został podporządkowany bohaterom, ale nie można tego argumentu używać jako wytrychu do wytłumaczenia zatrudnienia Lee Pace'a, a potem wypacykowania go na czarno-niebiesko jak kibica Inter Mediolanu. Dużo słów padało z ekranu na temat fanatyzmu i bezwzględności Ronana, ale oprócz jednego czy dwóch momentów nie przekładało się to na jego czyny. This is shoddy storytelling.

4. FABUŁA

Tak, ta mityczna fabuła podporządkowana w "Strażnikach galaktyki" bohaterom była w gruncie rzeczy bardzo sprawnie poprowadzona, ale bez tego bigla, który charakteryzuje najlepsze przykłady kina nowej przygody - i to nawet nie te nakręcone przez Lucasa, Zemeckisa czy Spielberga przed 1990 rokiem, ale również takie tytuły jak "Piraci z Karaibów" czy "Mumia". W dodatku pod koniec miałam wrażenie, że oglądam historię o bishojo senshi (i nie chodzi mi o to, że Ronan przypomina Card Captor Sakurę), walczących o miłość i sprawiedliwość, a nie space operę pokroju "Gwiezdnych wojen". Ja rozumiem, że Gamora uratowała Xandar i wszystkich jej mieszkańców, ale to jakby nie wymazuje wszystkich wcześniejszych jej win, a puszczono ją wolno - i jeszcze pogratulowano. Mam przez to nieodparte wrażenie, że w kosmosie w MCU obowiązują inne zasady niż na Ziemi czy w Asgardzie. Ale do bycia realistycznym w przedstawieniu zła film był tylko w scenach na Kyln: najpierw więźniowie grożący Gamorze, potem Ronan zabijający strażnika. To trochę mało, by historia przedstawiona była czymś innym niż bajką na dobranoc.

5. KONFLIKT

Wspomniałam o tym, że Ronan zostaje opisany jako religijny, radykalny fanatyk, przestrzegający starożytnych zasad swojego ludu, czyli Kree. Jego statek, Dark Aster, to tak naprawdę latające mauzoleum pełne martwych ludzi. Jednak on sam opowiada o tym, że Xandarczycy zabili jego dziadka i jego ojca i właściwie nie mamy jako widzowie powodu, by mu nie wierzyć. Wojna zwykle tak wygląda, że skurwiele i ich ofiary są po obu stronach konfliktu. Dlatego tym bardziej mam do "Guardians of the Galaxy" i jego twórców żal o to, jak wyraźnie w warstwie estetycznej zarysowano podział na tych złych (Kree, i to nie tylko z Dark Aster) i dobrych (czyli Xandarczyków i Nova Corps). Najgorszą rzeczą, jaką robi Saal, jest skazanie Quilla, Gamory, Rocketa i Groota na więzienie bez procesu. Nova Prime, grana przecież przez Glenn Close, mogłaby być postacią chociaż tak ambiwalentną jak Odyn. Ba, nawet czysty design architektury zdaje się krzyczeć: tu mieszkają dobrzy ludzie! Nie do tego nas MCU przyzwyczaiło.

6. CO MI SIĘ PODOBAŁO

(Bo tak marudzę i marudzę, ale właściwie w trakcie seansu całkiem nieźle się bawiłam, tylko nie zostałam oczarowana). Dark Aster, ładniejszy nawet niż statki Mrocznych Elfów. I jego starcie z Nova Corps, bardzo oryginalnie zaprojektowana walka między siłami powietrznymi. Tortuga, znaczy się Knowhere (śliczne zasugerowanie Celestials). Taniec Petera Quilla na Morag. Day i Saal. Emmet Scanlan jako klawisz na Kyln. Ucieczka z Kyln. Smaczki typu kokon Adama Warlocka czy Cosmo (ale już nie Howard). Vin Diesel. Dave Bautista. Tańczące Groociątko.


Po powrocie do domu dotarło do mnie, dlaczego wszystko na ekranie wydawało mi się znajome. Choć po pierwszym zwiastunie porównywałam film do "Firefly'a", tak naprawdę przypominał mi najbardziej kinową wersję serialu "Farscape". To nie jest zły film, ale wakacyjnemu blockbusterowi z zeszłego roku do pięt nie dorasta. Naprawdę chciałam, by mi się spodobał bardziej, ale nawet momenty wyraźnie obliczone na wywołanie emocji mnie nie poruszyły. Kilka razy roześmiałam się w kinie, głównie z powodu Draxa i Groota. Film kupię, gdy wyjdzie na DVD, ale na pewno nie będę do niego wracała tak często jak na przykład do "Mumii".

P.S. Tu jest jeszcze bardziej marudna recenzja, z którą się zgadzam zdecydowanie bardziej niż z zachwytami.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.