You know I'm bad, I'm bad, you know it, czyli o tych złych w MCU słów kilka

by 16.8.14 8 komentarze
Jakkolwiek krytyczna bym nie była wobec "Guardians of the Galaxy", film ma tę bezsprzeczną zaletę, że wzbudził bardzo interesujące dyskusje w popkulturowym zakątku internetu. Czytałam coraz to nowe recenzje z żywym zainteresowaniem i nawet od czasu do czasu zostawiałam pod niektórymi komentarz. Najbardziej chyba zafrapowała mnie obrona postaci Ronana na Bobrowni. Wyjaśniłam tam w kilku słowach, dlaczego uważam Ronana za zmarnowaną postać, ale przydałoby się może kilka słów więcej? Oh well, i tak je napiszę, chociażby dla samej siebie. :D




O "tych złych" w Marvel Cinematic Universe już kiedyś pisałam, zastanawiając się, czemu nie ma wśród nich zbyt wielu kobiet. Niestety moje oczekiwania wobec postaci Nebuli nie zostały spełnione, Karen Gillan oprócz bycia niebieską głównie krzyczała, a potem spadła w przepaść po obowiązkowej walce z inną kobietą (kisielu nie było, ale scena była dostatecznie czytelna i bez niego, co jest o tyle wkurzające, że po znakomitej walce Black Widow z Hawkeyem w "Avengersach" Marvel Studios poszło w "GotG" o krok dalej i pokazało nam walkę pomiędzy kobietą i mężczyzną, który nie ma wypranego mózgu, yay, postęp, Deckard strzelił komuś w plecy mimo bycia "tym dobrym", chyba się trochę zagalopowałam, chodzi mi o to, że scena walki między dwoma kobietami jest OBOWIĄZKOWYM fanshotem) i tyle ją widzieliśmy (pewnie aż do sequela).

Jednak mimo moich zastrzeżeń co do reprezentacji kobiet "po drugiej stronie barykady" bad guys w  marvelowskich filmach mają się dobrze, również dzięki temu, że grają ich znakomici aktorzy, ale nie tylko. W "Iron Manie" Obadiah Stane jest cudowną, popkulturową wariacją na temat Klaudiusza ("Hamlet", anyone?), w "Hulku" Emil Blonsky reprezentuje karykaturę tytułowego bohatera (choć głównie "jedzie" na talencie Tima Rotha). Justin Hammer to odbicie Tony'ego Starka w krzywym zwierciadle (choć akurat w "IM2" Stark sam zachowuje się tak, jakby był własnym przeciwieństwem), a Ivan Vanko jest jednym z moich ulubionych villainów i złego słowa o nim nie dam powiedzieć (może i era złych Rosjan w kinematografii minęła, ale skoro da się ich tak twórczo wykorzystać, to ja jestem za tym, by było ich w filmach więcej). Niestety Red Skull jest pewnym spadkiem formy, Hugo Weaving stara się jak może, ale filmu ukraść mu się nie udaje, między innymi dlatego, że dwa miesiące wcześniej ekrany podbił Loki (Laufey? jaki Laufey?) i właściwie do tej pory nikt nie jest w stanie mu dorównać. To postać tak skomplikowana, tak niejednoznaczna, i przede wszystkim tak lubiana przez fanów, że dano mu również drugi film, by mógł błyszczeć (Chitauri? Thanos? nie mam pojęcia, o co chodzi...), a potem nawet trzeci (w którym nie był "tym złym" per se). Zawsze uważałam, że spora w tym zasługa Kennetha Branagha, który A) świetnie wygrał szekspirowską rywalizację pomiędzy rodzeństwem a'la "Król Lear" B) wiedział, jak pokierować Hiddlestonem, bo już z nim pracował.


W Phase Two jest nawet lepiej. Może i Aldrich Killian jest "wzorowany" na Syndromie z "Iniemamocnych", ale jego motywacja jest zrozumiała (ambicja i chęć pokazania Starkowi, ile jest wart). Prawdziwa siła  i nowatorstwo "IM3" zasadza się jednak przede wszystkim w Mai Hansen i Brandt (czyli dwóch kobietach, po raz pierwszy w MCU!) i dekonstrukcji postaci Mandarina. Zwiastuny kłamały i choć taki numer można było widzom wykręcić tylko raz, to było warto. Wisienką na torcie jest oczywiście "All Hail the King", bo jednak w tej materii Marvel Studios nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa.

Wiem, że fani dosyć krytycznie oceniają Malekitha, ale ja osobiście nie uważam go za "tego złego", a przynajmniej nie bardziej niż Odyna: w "Dark World" podział na dobro i zło jest moim zdaniem bardzo niejednoznaczny, co tylko się chwali. Pewnie, Malekithowi brakuje głębi czy możliwości rozwinięcia skrzydeł, ale motywacja postaci (przywrócenie takiego porządku świata, w którym to Mroczne Elfy są na szczycie łańcucha pokarmowego) jest dostatecznie oryginalna, by widz nie przewracał oczyma. Poza tym hej, Elfów od tysięcy lat w tym wszechświecie nie było, nie miały możliwości usprawniania broni (w przeciwieństwie do swoich przeciwników), a i tak są w stanie nikłymi siłami przeprowadzić skuteczny atak na Asgard. Ode mnie pełen szacun.

"Zimowy żołnierz" nie tylko twórczo rozwija ideę antybohatera tragicznego (serio, Loki przy Bucky'm Barnesie to jest wesoły błazen), ale przede wszystkim pokazuje, jak bardzo szkodliwa jest ideologia w polityce. Fantastycznie poruszana jest kwestia swobód obywatelskich i nawet jeśli wszystko w końcu sprowadza się do Hydry, to Alexander Pierce pozostaje w pamięci. Ale ja nie jestem obiektywna, uważam drugą odsłonę "Kapitana Ameryki" za najlepszy dotychczasowy film w dorobku Marvel Studios i niestety mimo moich wielkich nadziei "Guardians of the Galaxy" nie udało się go zdetronizować.

Również przez postaci Nebuli (patrz wyżej), Ronana i Thanosa. Jak pisałam w recenzji, zwłaszcza Ronan to zmarnowany potencjał; Thanos jeszcze będzie miał okazję się wykazać, ale akurat nie sądzę, by Oskarżyciel przeżył starcie z Czarodziejkami z Kosmosu. Co prawda ciała nie widzieliśmy, ale... Szkoda jednak, że Ronan zostaje scharakteryzowany kilkoma słowami z offu i rozbijaniem głów jeńcom za pomocą młota. W dodatku ten jego radykalny fanatyzm czyni go bardzo płaską postacią. Przez konstrukcję fabularną filmu jego dżihad wobec Xandarczyków wydaje się być mocno przesadzony. Został on jako postać relegowany do roli złego bez możliwości jakiejkolwiek innej interpretacji. Nawet Nebula dostała siostrzaną zazdrość. U Ronana nie ma nic, co mogłoby mu pomóc jako antagoniście: nie tylko nie ma żadnych cech, dzięki którym widz mógłby poczuć wobec niego choćby strzęp sympatii, ale też nie wzbudza żadnych innych uczuć. On po prostu jest, wygodnie dając bohaterom pretekst do zwarcia sił wobec wspólnego wroga.


Moim zdaniem to wielki krok w tył, jeśli chodzi o konstrukcje antagonistów w MCU. Po Mandarynie, ba, nawet po Malekith'cie, wydaje się być tak złą postacią, że aż trudno uwierzyć w jego obecność na ekranie. Szkoda talentu Lee Pace'a. Szanuję poglądy Łukasza Pilarskiego, ale niestety nie mogę się z jego wywodem zgodzić: Ronan jest na samym dnie, jeśli chodzi o charakterystykę postaci filmowych w universum Marvela.

Na szczęście już w przyszłym roku na ekranach kin zobaczymy Ultrona. Możecie mnie oskarżyć o zbytni entuzjazm, nie dbam jednak o to, bo wiem, że tej postaci nie da się popsuć (chociażby ze względu na oryginalną motywację działań). Mam jednak nadzieję, że w sequelu "Guardians of the Galaxy" wesoła ferajna będzie walczyła z ciekawszym przeciwnikiem.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.