Space opera w stylu new weird

by 30.10.14 13 komentarze
Albo "Gdyby China Mieville pisał scenariusze komiksowe".

OK, OK, więc nie umiem wymyślać tytułów postów, nihil novi, ale nie zrażajcie się, proszę, bo dziś będę pisała o czymś naprawdę wyjątkowym. Pinky swear.

O komiksowej space operze.

(Tak, tak, możecie wywracać teraz oczyma, ale mnie to nie przeszkadza. Też kiedyś nie rozumiałam, co tak wyjątkowego jest  w komiksie zatytułowanym po prostu "Saga". Ale już wiem!)

Szczucie cycem

Oczywiście zanim faktycznie napisałam tę notkę, pierwszy tom "Sagi" został wydany po polsku przez Mucha Comics, w dodatku w twardej oprawie. Zbierałam się do niej bardzo długo, w ramach zasady, że im bardziej coś mi się podoba, tym trudniej mi o tym pisać. 

Harlequin
"Saga" to specyficzna space opera, adresowana przede wszystkim do geeków. Nie bardzo nadaje się  na pierwsze spotkanie z komiksowym medium. Opowiada historię galaktycznej wojny pomiędzy rasami jednego systemu: skrzydlatymi mieszkańcami planety i rogatymi mieszkańcami księżyca z punktu widzenia jednej mieszanej rodziny. Narratorem jest Hazel, która w trakcie trzech posiadanych przeze mnie tomów dorasta do dumnego wieku dwóch lat - ale jej narracja jest prowadzona z odległej czasowo perspektywy. Hazel opowiada o swoich rodzicach-dezerterach: Alana jest geekiem, Marko berserkiem-pacyfistą, ich rodzicach (ojciec Marko szwaczką, a teściowa teściową) i różnych ludziach (?), którzy z jakiegoś powodu bardzo interesują się dopiero co narodzoną dziewczynką z rogami i skrzydłami; dość powiedzieć, że po całym kosmosie za tą nietypową rodziną ganiają najemnicy (the Will, the Stalk), była narzeczona Marka, czyli mocno wkurzona Gwen i książę Robot IV, który nie może wrócić nie zakończywszy misji, a w domu czeka na niego ciężarna małżonka.

"Saga" to "dziecko" (see what I did there?) Briana K. Vaughana, który jako scenarzysta nie tylko komiksowy ma spore doświadczenie i Kanadyjki Fiony Staples, dla której ten komiks jest debiutem. Jej talent rysowniczy pozwala na stylowe przeniesienie nie zawsze mądrych pomysłów Vaughana na papier. Ustalmy coś bowiem na początek: "Saga" to jazda bez trzymanki. Nie bez kozery porównałam ją do wczesnych książek Chiny Mieville'a w stylu new weird, w którym też groch miesza się z kapustą. Żeby nie być gołosłowną, oto kilka przykładów:

 - erotyczny romans w stylu "50 twarzy Greya" jest jednocześnie manifestem politycznym (my, Polacy wiemy co nieco o omijaniu cenzury);

 - jednooki klon Hemigwaya mieszka w latarni morskiej;

- drewniana rakieta kosmiczna (co już było w "Hyperionie"); 

- krokodyle jako lokaje;

- androidy z monitorami zamiast głów to szlachta;

- nianią został duch bez dolnej połowy ciała (mina przeciwpiechotna była przyczyną śmierci,s ami rozumiecie);

- najemnicy mają agenta, którym jest konik morski.

Gejowska orgia, serio
Sami widzicie, że może to czytelnika nieco przytłoczyć. Vaughan nie stawia sobie absolutnie żadnych limitów, często też pozwala sobie na specyficzne żarty (o ile jeszcze fakt, że mechanik - po angielsku grease monkey - faktycznie jest małpką, to już olbrzym z odpowiednio olbrzymimi genitaliami jest niesmaczny). Jednocześnie jednak opowiada bardzo zajmującą historię. Pewnie, jest sztampowa, ale o jej sile przesądzają głównie fantastycznie nakreślone postaci i relacje między nimi. Żadna z nich nie jest po prostu zła czy dobra (tak, nawet teściowa): ich ostateczna ocena zależy głównie od osobistych preferencji czytelnika. Dla przykładu: Gwendolyn podpada pod stereotyp "bitch" i "woman scorned", ale jednocześnie gdy trzeba, potrafi zaopiekować się zwykłym najemnikiem.

"Saga" jest też powiewem świeżości, jeśli chodzi o sylwetki tzw. "strong women character": żadna z bohaterek, mimo iż każda z nich potrafi skopać tyłek, gdy sytuacja tego wymaga, nie jest stereotypowa. Właściwie na stereotyp łapie się tylko moja ulubienica Gwendolyn. Alana jest dodatkowo geekiem, a Klara to przede wszystkim teściowa. Ich siła nigdy nie jest główną definiującą je cechą, tylko składową złożonego charakteru.

"Saga" jest też bardzo świadomym meta-dialogiem z całym dorobkiem science fiction, głównie ostatnich dekad, choć nie tylko. Odnajdą się tu fani Star Wars, "Wiecznej wojny", "Futuramy" czy nawet wspomnianego już "Hyperiona", ale z zastrzeżeniem, że mimo poruszanych dosyć poważnych tematów (bezsensowne konflikty zbrojne, dziecięca prostytucja, życie pod okupacją) to jednak rozrywka dla mas, na co wskazują "szokujące" elementy typu gejowska orgia (która zresztą, mimo że obliczona na taki efekt, przeszła najśmielsze oczekiwania Vaughana, gdy Apple odmówił dystrybuowania elektronicznej kopii tego konkretnego zeszytu).

Moja ulubiona postać
Trzy posiadane przez mnie tomy stanowią pewną całość. Na pewno kupię kolejne, gdy tylko wyjdą w zbiorczych tomach (nienawidzę czytać zeszytów komiksowych). Czy jednak "Saga" faktycznie zasłużyła na Nagrody Elsnera i Hugo? Misiael twierdzi, że nie. Faktycznie, fabuła bywa sztampowa, kreska nie jest wybitna, potraktowanie tematu nie do końca poważne, ale jednocześnie ja osobiście do tego komiksu chętnie wracam: lubię postaci, niektóre kadry chwytają mnie za gardło, żarty stale mnie bawią. A to chyba wystarczy, prawda?

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.