Bring out your dead - finał ósmego sezonu Doctora Who

by 10.11.14 38 komentarze
Gdy w zeszłym tygodniu zachwycałam się "Dark Water", gdzieś w tyle głowy kiełkowało we mnie podejrzenie, że Moffat zdoła skopać ostatni odcinek ósmego sezonu. Nie ma do niego zaufania w tej materii. I hej, nie pomyliłam się zbytnio - ale były też rzeczy, które podobały mi się bardzo.

Miesiąc miodowy. W Cardiff.

SPOILERY pod wcięciem

"Death in Heaven" było pełne fantastycznych elementów, które same w sobie potrafiłyby uczynić odcinek cudownym, ale ich nagromadzenie w jednym miejscu sprawiało, że tempo fabuły było zbyt szybkie. Mam wrażenie, że lepiej oglądałoby się ten odcinek na stopklatce, by docenić: śmierć Osgood, salutowanie Brygadierowi, poświęcenie Danny'ego, kłamstwa Doktora i Clary, Missy dającą Doktorowi armię czy Missy chcącą, by wrócił jej przyjaciel z dzieciństwa (BTW, to jest motywacja Mastera, którą rozumiem). To wszystko powinny być momenty chwytające za gardło, ale nie były, bo było ich tak wiele i następowały tak szybko po sobie. Szkoda.

Squee!
Moffat uwolnił swojego wewnętrznego fanboya (fangirla?) i muszę przyznać, że to podejście showrunnera do prowadzonej przez niego serii podoba mi się o wiele bardziej niż wieczne popisywanie się "genialnymi" woltami fabularnymi. Pewnie, Missy/Master było taką woltą, ale powtórzę to, co pisałam tydzień temu: przy całym moim uwielbieniu dla Johna Simma Michelle Gomez zjada jego interpretację nemezis Doktora na śniadanie - zwłaszcza, gdy udaje Mary Poppins. Psychotyczną Mary Poppins. Jak to powiedział Seb: "permission to squee" (jak wiecie, na tym blogu robię głownie "squee", przywilej bycia fangirlem). Dlatego "łykam" portret Brygadiera na pokładzie samolotu czy salutowanie (nawet jeśli to nagle jest Cyberman i pewnie fani uważają to za profanację), bo to tzw. dobrodziejstwo inwentarza.

Żal mi strasznie fantastycznej postaci Osgood ("bowties are cool"), choć w tym odcinku miałam straszliwe skojarzenia z Jemmą Simmons z "Agentów S.H.I.E.L.D.u": bo brytyjska genialna naukowiec, w samolocie, w dziwnych ubraniach i coś nieokreślonego w gestach. Brak było tylko Fitza.

To ja.
Takich "dziwnych" skojarzeń miałam zresztą więcej: klimat "In the Flesh" (to pewnie te wszechobecne cmentarze), płonące niebo (ATMOS, anyone?) cmentarz z "Sherlocka Holmesa" Guya Ritchiego (czekałam, aż z grobowca wyjdzie Mark Strong) czy moment, w którym Danny Pink anulował apokalipsę (powiedzcie, że to nie tylko ja miałam skojarzenie ze śmiertelnie chorym Stackerem Pentecostem idącym walczyć z kaiju...) za pomocą patetycznej przemowy (ha, potrójna, nie, poczwórna, nie, popiątna, oh fuck, w każdym bądź razie aliteracja!)

Choć nadal nie wiemy, czemu Doktor wybrał taką twarz, a nie inną, w końcu dowiedzieliśmy się, kim była tajemnicza kobieta ze sklepu, rozdająca na prawo i lewo numer telefonu Doktora. To zdecydowanie plus. Na plus zaliczam też samoopis Doktora jako idioty, który po prostu plącze się po wydarzeniach: tak, to jest ta definicja Doktora, która mi osobiście bardzo pasuje.

Straszliwie podobało mi się to, jak Doktor i Clara, BFF (Amy musi być teraz wściekła), na koniec okłamywali się ukrywając swoje twarze. Ja wiem, że w Christmas special kryształowy (ugh) Danny wróci, ja wiem, że Gallifrey gdzieś tam jest (w końcu Missy się wydostała), ale te kłamstwa to był majstersztyk. Jak dla mnie to mogło by być pożegnanie z Clarą, która zresztą tą jedną sceną odzyskała trochę mojej sympatii jako postać (bo w tym sezonie szczerze jej nie znoszę).

Gdy okazało się, że Nick Frost jest świętym Mikołajem, zrobiłam głośno "squee!" To fantastyczna decyzja castingowa; jeśli jeszcze kiedyś odcinek wyreżyseruje Edgar Wright, umrę jako szczęśliwa fangirl.
SQUEE!!!
Możecie więc wysnuć wniosek, że "Death in Heaven" mi się podobało. Ale niestety tak nie było. Bo nad wszystkimi fajnymi elementami wisi wielka, czarna chmura (see what I did there?): Cybermani przestali być straszni. Srsly, to co Moffat im zrobił to kastracja. Skoro da się przerabiać martwe ciała na nowych Cybermanów, przerabianie żywych ludzi już nie będzie opłacalne z czysto ergonomicznego punktu widzenia. A skoro nie będzie konieczne, przestaje być straszne. Z punktu widzenia prowadzenia serii to był bardzo, bardzo zły pomysł i coś, nad czym nie jestem w stanie przejść do porządku dziennego. Dlatego odcinek oceniam na 3,5/5. Szkoda, bo mógł być fajnym uzupełnieniem "Dark Water".

(Choć i tak był lepszy niż prawie cała reszta sezonu.)

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.