Włóczę się po teatrach

by 18.3.15 23 komentarze
Miesiąc wytrzymałam, moi drodzy, bez pisania. Może wytrzymałabym dłużej, ale wczoraj poszłam na "Makbeta" z The Globe i dostałam po głowie "momentem", a nawet trzema. I nawet nie chodzi o to, że chciałabym się tym z wami podzielić, bo raczej niekoniecznie, ale wolę to zapisać dla samej siebie, ku tak zwanej pamięci.

  
(Co nie znaczy, że pisanie FGttG będzie regularnie kontynuowane. Nie będzie.)

Poszłam na tego "Makbeta" niejako z obowiązku, by mieć zaliczony komplet sztuk z The Globe. "Burzę" co prawda już widziałam, ale nie jest to spektakl, który mógłby mi się znudzić, a "Snu nocy letniej" z Johnem Lightem wyczekuję jak kania dżdżu. A "Makbet"? No cóż, nie jest to moja ulubiona ze sztuk barda z Avonu, Makbet i jego żona mnie straszliwie irytują (zwłaszcza on) i mam wrażenie, że dobra inscenizacja tej sztuki to przede wszystkim znalezienie do niej klucza. Napisałam na FB w rozmowie z Elą, porównując wersję Eve Best z wersją Kennetha Branagha, bo bez porównań obyć się nie mogło: "Mnie się wersja Branagha podobała, bo była spójna i opowiadała przez umiejętną edycję tekstu źródłowego interesującą historię. Branagh zrobił przedstawienie polityczne, Best przede wszystkim histeryczne." I to jest moje ogólne stanowisko. Best postawiła na tradycyjne podejście i właściwie nie dodała od siebie wiele, oprócz rewelacyjnych wiedźm. Odeszła od typowej interpretacji staruch czy matki, dziewicy i tej trzeciej na rzecz trzech pełnoprawnych i zindywidualizowanych postaci. I były one i weird, i sisters, i chociażby dla nich samych warto się było do kina wybrać.


Warto również wybrać się dla Banka w interpretacji Billy'ego Boyda. O rany, jaki on był cudowny, jak mnie zachwycał każdym jednym gestem, gdy głowę przekrzywił, gdy się smutno uśmiechnął, gdy się łagodnie irytował, a przede wszystkim gdy śpiewał szkocką piosenkę. Od wczoraj usiłuję zrozumieć, dlaczego ten facet nie jest gwiazdą pierwszoligowego kina.

Trzecim zaś obsadowym powodem, dla którego warto tę sztukę zobaczyć było zobaczyć, okazał się być fantastyczny Philip Cumbus w roli Malcolma, który rolą się bawił i to było widać. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś do Mordoru wpuścił sześciomiesięcznego golden retrievera. Za cholerę nie pasował do reszty otoczenia, ale jak przyjemnie było patrzeć na jego figle i igraszki!


"Makbet" był dla Best debiutem reżyserskim i to trochę widać. Brakowało jej wyczucia i przewodniej myśli. Podobał mi się pomysł rozegrania relacji Makbet/Lady Makbet z dodatkiem przemocy domowej i gwałtu małżeńskiego (ich wymiana zdań po nieudanej uczcie sprawiła, że przeszły mnie ciarki po plecach), bo wyjaśnia stan Lady Makbet w drugim akcie i jej samobójstwo. Jednocześnie sama uczta była bardzo słabym momentem sztuki, gdzie groza mieszała się z bardzo dziwnym humorem, zupełnie nie na miejscu (wijący się wśród obrusa Makbet).

Ale dwie i pół godziny (bez przerwy, brutale obcięli antrakt) spektaklu minęły mi właściwie niepostrzeżenie i mam ochotę tę sztukę zobaczyć po raz kolejny, choć głównie dla uśmiechów Billy'ego Boyda.


***

Jak już piszę o teatrach, to w ramach kronikarskiego obowiązku mimochodem napomknę o naszym londyńskim tour de teatry w styczniu. Zobaczyliśmy "Made in Dagenham", bo uwielbiam Gemmę Arterton i muzyka udostepniana na profilu FB tego musicalu była rewelacyjna. Trochę się o Gemmę, która przecież aktorką musicalową nie jest, obawiałam, i słusznie, ale "Made in Dagenham" miało kilka innych problemów, jak spłyconą wymowę nawet w stosunku do filmu czy wątpliwej jakości humor (premier-idiota). W dodatku teatr Adelphi jest tak zbudowany, że wzmaga kontakty międzyludzkie - wychodząc z teatru byliśmy zaprzyjaźnieni z ludźmi, którzy siedzieli po naszej prawej i lewej stornie, bo inaczej po prostu się nie dało. Ale scenografia była bardzo oryginalna.


Dwa dni później obejrzeliśmy bardzo chwalone "Shakespeare in Love" w Noel Coward Theatre i o rany, jakie to było dobre! Już na początku spotkała nas miła niespodzianka i skierowano nas na lepsze miejsca niż mieliśmy wykupione, a to tylko był początek jakże miłego doświadczenia. Atmosfera teatru jest cudowna i kameralna, obsługa przemiła, a sama sztuka rewelacyjna! Jestem wielką fanką filmu i znam go prawie na pamięć i zmiany, które wprowadzono w wersji scenicznej były fantastyczne, zwłaszcza rozszerzona rola Kita Marlowe'a. Humor był na poziomie, gra aktorska aż się skrzyła talentem i jeśli będziecie mieli okazję ten spektakl zobaczyć, to nie wahajcie się ani chwili.

Na koniec zaś poszliśmy na "Matildę", bo od lat się odgrażałam, że chcę ją zobaczyć i nigdy do teatru nie docierałam i choć nie żałuję, to jakoś mnie nie zachwyciła. Przy czym akceptuję fakt, że wina leży we mnie, a nie po stronie musicalu, który jest profesjonalnie zrealizowany, bardzo dobrze zaśpiewany (z wyjątkiem roli tytułowej), scenografia jest bardzo oryginalna, ale jakoś ta atmosfera superprodukcji scenicznej (która przy "Wicked" czy "Królu lwie" jakoś mi nie przeszkadzała) działała mi na nerwy. Mężowi w każdym bądź razie się bardzo podobało.

***

A już w marcu wybrałyśmy się z Luną na chorzowski "Jesus Christ Superstar", by "obczaić" nową obsadę i zarówno Maria Magdalena, jak i Herod bardzo nam się podobali. Na FB zaś napisałam: "Stoję wczoraj na przystanku po przedstawieniu "Jesus Christ Superstar" i podsłuchuję rozmowę dwójki młodych ludzi, którzy z tego samego teatru wyszli. Podobało im się, choć za wiele z musicalu, pardon, rock-opery, nie zrozumieli i nawet dźwiękowców za to winić nie można. Bo widzicie, oni byli święcie przekonani, że Maria Magdalena wychodząca w "wyprostowanych" włosach i długiej sukience podczas "Could We Start Again, Please?" to była Maryja, matka Jezusa. Nie zorientowali się również, że główny wokal podczas "Superstar" to Judasz i tu już wysiadłam, bo Janusz Radek ma dosyć specyficzny głoś, zwłaszcza w tym przedstawieniu (a wczoraj miał też specyficzną fryzurę). Ogólnie rzecz biorąc przedstawienie okazało się być zbyt awangardowe na ich gusta.

Skąd zatem wiem, że im się podobało? Bo chłopak bardzo entuzjastycznie opowiadał, że podczas scen zbiorowych nawet gdzieś na piątym planie osoba w różowym sweterku (zabijcie mnie, byłam na tym przedstawieniu kilkanaście razy, a i tak nie wiem, o kogo mu chodziło) je jabłko. I kto to wymyślił i rozpisał, że w 58 minucie na piątym planie w scenie zbiorowej osoba w różowym sweterku je jabłko? Kto myślał o takich szczegółach?

Otóż, drogi młody nieznany mi bliżej człowieku, w którego rozmowę z dziewczyną nie chciałam się wtrącać, bo jeszcze uznalibyście mnie za osobę niespełna rozumu, tą osobą myślącą o takich detalach był nieżyjący już reżyser Marceli Kochańczyk. Dlatego jego musicale są tak cudowne, nawet jak ktoś przy nich, tak jak wczoraj, majstruje."

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.