Przywrócenie brytyjskiej magii

by 19.6.15 0 komentarze
Seriale mnie ostatnio zupełnie nie kręcą i z pewna ulgą podjęłam decyzje o zaprzestaniu oglądania większości z nich, bo coraz większe zaległości w odcinkach tylko mnie stresowały. Teraz mam spokój ducha i więcej czasu na inne rozrywik (ha ha! not). Ale jest jeden tytuł, na który co tydzień czekam z niecierpliwością i jest to "Jonathan Strange i pan Norrell" produkcji BBC. I wiecie co? Jeszcze żaden odcinek mnie nie zawiódł.


A obawy miałam spore, bo czytałam książkę i uważałam, że ciężko ją będzie przenieść na ekran (bo przypisy). Na szczęście Peter Harness (scenarzysta) i Toby Haynes (reżyser) zdecydowali się, mimo bardzo wiernego przeniesienia głównych linii fabularnych do scenariusza, na budowanie przede wszystkim klimatu - i ta angielska magiczność aż wylewa się z ekranu. Poza tym serial jest prześliczny: kadry są tak wizualnie skomponowane, że od czasu do czasu zatrzymuję odtwarzacz i przez kilka minut gapię się w zachwycie na grę kolorów czy jakiś inny detal.

Sporo dla ogólnego sukcesu serialu robi też obsada. Gdy patrzę na postaci widzę właśnie je, a nie aktorów (co czasami się zdarza), a to w serialu bądź co bądź kostiumowym jest bardzo ważne. Nie tak co prawda wyobrażałam sobie Dżentelmena o Włosach jak Puch Ostu, ale teraz, po interpretacji Marka Warrena, nie pamiętam właściwie, jak wyglądał on w mojej głowie. Podobnie mam ze Strange'em - gdy zaczęły się pojawiać promocyjne zdjęcia, miałam spore pretensje o brak rudych włosów, ale teraz nawet o tym nie pamiętam, skoncentrowana na jego lekko kpiącym uśmieszku.

(Choć akurat co do Strange'a mam inne zarzuty, właściwie jedyną krytykę całości: jest zbyt sympatyczny. W książce nie był, w książce był aroganckim bucem; a tu jest i pilnym uczniem, i dobrym mężem.W związku z tym już teraz problematycznym znajduję to, co dzieje się na końcu książki, czyli ostateczny los bohaterów. Nie, nie będę spoilerować, kupcie książkę i przeczytajcie.)

Wszystko jednak wynagradza mi Enzo Cilenti w roli Childermassa: nie znosiłam go jako postaci w książce, a tu jest moim ulubieńcem (oprócz panów Segundusa i Honeyfoota, oczywiście!), bo czasami jedną miną potrafi przekazać więcej niż inni setką słów. Muszę, specjalnie dla niego, przeczytać ponownie całą tą kobylastą powieść, bo może w książce też był fajny? A ja tego podczas lektury nie zauważyłam?


Ale najpierw wrócę do "Dam z Grace Adieu", które i wam polecam. Bo jednak "Jonathan Strange i pan Norrell" to jest, jak tytuł wskazuje, opowieść o mężczyznach, ich walce, ich przyjaźni. A ten zbiorek opowiadań jest o kobietach i kobiecej magii. (Poza tym jest to jedna z najśliczniejszych książek w mojej bibliotece, uwielbiam tę okładkę, a mój wewnętrzny bibliofil nie może się powstrzymać przed porównaniami z wydaniami książek z Folio Society - a wiem, o czym mówię, bo mam dwa tytuły). Clarke wspaniale uzupełniła braki swojej powieści; poza tym znajdziecie tam fanfik do "Gwiezdnego pyłu" Neila Gaimana, how cool is that?

Reasumując: jeśli jeszcze nie oglądacie tego serialu, to najwyższy czas to zmienić. Nie jest to tytuł rewolucyjny, ale jest znakomicie wyreżyserowany, napisany, zagrany i jeśli lubicie seriale kostiumowe i brytyjskie jednocześnie, to naprawdę, naprawdę warto. Może moja notka jest zwięzła, ale mój entuzjazm wobec tego tytułu jest ogromny.

P.S. Zostawię wam w nagrodę Bertiego Carvela śpiewającego partię dyrektorki w "Matildzie". Nie ma za co.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.