Pianino jako narzędzie patriarchalnej opresji

by 20.7.15 0 komentarze
Poszłam do kina na "Z dala od zgiełku", bo Carey Mulligan, a ja jakoś na kolejnego Marvela nie miałam ochoty (może za tydzień). Napisałam potem ironiczną impresję na temat (klik), ale przecież film bardzo mi się podobał. (A najbardziej podobał mi się komentarz Fabulitas na Twitterze, że jest to film o kobiecie, której wolno popełniać własne błędy.) Książki jeszcze nie czytałam, ale zamierzam (przy czym ja ostatnio wiele rzeczy głównie zamierzam). Ale w ramach uzupełniania braków obejrzałam film "Tamara Drewe" z inną bardzo lubianą przeze mnie aktorką, czyli Gemmą Arterton, który oparty jest na komiksie "Tamara Drewe", który jest współczesnym retellingiem powieści Thomasa Hardy'ego i trochę się zafrapowałam. No, a przynajmniej na tyle, by kupić komiks i stworzyć notkę na bloga.


Żyjemy w ciekawych czasach. Dziewięć na dziesięć powieści graficznych na liście bestsellerów NY Timesa zostało stworzonych przez kobiety, co prowadzi co ciekawego paradoksu: wreszcie można pytać mężczyzn, jak to jest być rysownikiem komiksów w środowisku zdominowanym przez kobiety :P. Ja sama mam na liście to-read głównie komiksy stworzone przez kobiety (i dla kobiet). Oczywiście wszyscy znają Marjane Satrapi, na pewno sporo z was słyszało o Marzenie Sowie (BTW, "Marzi" podobała mi się o wiele bardziej, gdy nie wiedziałam, jak bardzo jest to zrzynka z "Persepolis"), bo to komiksy ważne. Ale ja osobiście chciałabym przeczytać czasami coś mniej doniosłego.

I tu z pomocą przychodzi mi urodzona w 1949 roku (Satrapi i Sowa może i są głosami mojego pokolenia, ale ja osobiście zawsze czułam się zdecydowania starszą osobą) Angielka Posy Simmonds, która bierze na tapetę klasykę powieści dla kobiet i uwspółcześnia je w formie komiksowej (między innymi "Madame Bovary", której szczerze nie znoszę, oh well). Lektura "Tamary Drewe" jeszcze przede mną, wróćmy więc do filmów.

"Z dala od zgiełku" jest kameralnym filmem, który wygląda, jakby dosyć wiernie przeniósł fabułę powieści Thomasa Hardy'ego na ekran. Znakomity casting (znać rękę Niny Gold), świetny soundtrack, przyzwoicie zagrany, ładnie nakręcony, w sam raz na seans w upalne lato. Osobiście wolałabym, wychowana na powieściach Jane Austen i powoli wgryzająca się w twórczość Elizabeth Gaskell, może trochę więcej komentarza społecznego zamiast romansu, ale wyszłam z kina zakochana w opowiedzianej historii. Zapadła mi ona w serce, dlatego po powrocie do domu sięgnęłam po "Tamarę Drewe", która podobno opowiadała tę samą historię we współczesnym settingu

No nie.

Po pierwsze, film oparty jest na komiksie Posy Simmonds i wyreżyserowany przez Stephena Frearsa, czyli oryginalna fabuła została zaadaptowana do różnych mediów przez dwóch bardzo różnych twórców. Największym rozczarowaniem jest sama Bathsheba Everdene/Tamara Drewe (Gemma Arterton), która nie jest interesującą postacią. Jeszcze nie femme fatale, już nie brzydki podlotek, początkująca pisarka, angażuje się w coraz to nowe romanse; choć trzeba przyznać, że chemia pomiędzy nią a Benem/Francisem (Dominic Cooper) jest mocna. Na pierwszy plan wysuwa się Beth (Tamsin Greig), żona i służąca autora poczytnych kryminałów Nicolasa Hardimenta, a dzięki tej parze najciekawszym wątkiem jest zjadliwy komentarz na temat brytyjskiego środowiska literackiego. Drugim najciekawszym wątkiem są dwie nudzące nastolatki. Bardzo się rozczarowałam, bo film na mojej liście to-watch był od bardzo dawna.

Zaczęłam się zastanawiać, co poszło nie tak. Oprócz tego, że inne reguły rządzą serialowym komiksem publikowanym na łamach The Guardian, a inne scenariuszem filmowym (przede wszystkim inaczej rozłożone punkty kulminacyjne), chyba największym problemem było dla mnie uwspółcześnienie postaci przez panią Simmonds. Najwięcej wspólnego ze swoim literackim pierwowzorem miał Ben, przystojny, popularny wśród kobiet, pyszałkowaty. Przeniesienie buzującej seksem sceny popisywania się władaniem szablą na pałeczki do perkusji było posunięciem prawie genialnym - tak samo jak rozwiązanie kwestii bardzo długiej ciąży Fanny Robin... Znacznie gorzej wypadł Gabriel Oak/Andy Cobb (Luke Evans), ale też musiał w mojej głowie konkurować ze znakomitym w tej roli Matthiasem Schoenaertsem; beznadziejny jako pan Boldwood był Roger Allam. Ale już jako Nicolas Hardiment był znakomity - bo z pierwowzorem fabularnym niewiele miał wspólnego.

I to jego postać naprowadziła mnie na istotę mojego problemu z "Tamarą Drewe" i dlatego kupiłam komiks. Za bardzo oczekiwałam zgodności z fabułą "Z dala od zgiełku", które dla Posy Simmonds było tylko pretekstem, punktem wyjścia do własnych rozważań. A jednak "Tamara Drewe", komiks przynajmniej, broni się chyba najlepiej jako osobne dzieło. Z powieścią Hardy'ego nie ma wiele wspólnego oprócz kilku postaci i serializacji w gazecie, jest to przede wszystkim opowieść snuta przez pewną Angielkę z klasy średniej - dlatego też Beth wydaje mi się być centralną postacią tej historii.

A najchętniej przeczytałabym/zobaczyła na ekranie sequel: "Tamara Drewe: 20 lat później". Chciałabym zobaczyć, czy Glen wyjawił swoja tajemnicę, jak zmieniła się Beth, czy Tamara i Andy nadal mieszkają w swoim sielskim domku w Dorset, kto wyrósł z Jody (ach, Jody!) I te grono pisarzy, najlepsze postaci trzecioplanowe od dawna.


P.S. Przepraszam za tytuł posta. Nie ma wiele wspólnego z tematem rozważań, ale takie zdanie nie mogło się zmarnować.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.