Regulamin na lato

by 3.7.15 0 komentarze
Tak, wiem, "Teen Wolf" wrócił, powinnam pisać recapy, ale ponieważ są wakacje, to nie bardzo mam na to czas. Poczekacie? Na pocieszenie opowiem wam o fajnej książce, hm? Pogoda akurat w sam raz, by się za nią zabrać, bo wreszcie mamy upały (sama je z Włoch przywiozłam, razem z paskudnym przeziębieniem i manią na punkcie Wenecji, na szczęście Peter Ackroyd napisał jej biografię :P).
O Shaunie Tanie usłyszałam po raz pierwszy, gdy został nominowany do nagrody Hugo w kategorii Best Artist. Już wtedy wyróżniał się na stylem na tle innych nominowanych, ale nie zapowiadało się na to, bym kiedykolwiek zapoznała się z czymś innym niż jego pracami w internecie - to był rok 2005, Tan jest Australijczykiem, a zakupy przez internet wtedy jeszcze mi się nawet nie śniły.

Kiedy więc dwa miesiące temu zawitaliśmy do sklepiku Muzeum Narodowego w Krakowie (mogę się właściwie przyznać do czegoś bardzo wstydliwego: sklepiki są prawie zawsze moją ulubioną częścią każdego muzeum - a ten w Krakowie jest po prostu rewelacyjny, i nie mam tu na myśli tylko książek dla dzieci, choć akurat wybór tych ma moją fokę aprobaty, ale absolutnie wszystkiego, co tam się na półkach znajduje) i na półce przyuważyłam książkę Tana, od razu dołożyłam ją do stosiku. Dla dzieci oczywiście.
No dobra, głównie dla siebie, dla dzieci kupiłam dwie pozostałe pozycje ze zdjęcia. Obawiałam się, że "Regulamin na lato" nie bardzo przypadnie im do gustu, bo to jednak specyficzny album. Ale myliłam się (najsłabiej interesują się Londynem, huh, może jeszcze przyjdzie na niego czas), przez pewien czas czytaliśmy ją co 15 minut, aż nauczyłam się tekstu na pamięć.

Nie jest on bowiem długi i nawet go wam tutaj spiracę:

"Tego nauczyłem się ostatniego lata:
Nigdy nie zostawiaj jednej czerwonej skarpetki na sznurze do suszenia prania.
Nigdy nie zjadaj ostatniej oliwki na przyjęciu.
Nigdy nie upuszczaj słoika.
Nigdy nie zostawiaj na noc otwartych drzwi do ogrodu.
Nigdy nie depcz ślimaków.
Nigdy nie spóźniaj się na paradę.
Nigdy nie psuj doskonałego planu.
Nigdy nie kłóć się z sędzią.
Nigdy nie dawaj kluczy nieznajomemu.
Nigdy nie zapominaj hasła.
Nigdy nie pytaj o powód.
Nigdy nie przegrywaj walki.
Nigdy nie czekaj na przeprosiny.
Zawsze miej przy sobie nożyce do metalu.
Nigdy nie zapominaj drogi do domu.
Nigdy nie przegap ostatniego dnia lata.
To wszystko."

Proste, prawda? Ale dopiero, gdy czytelnik widzi ilustracje, tekst nabiera sensu. Obrazki opowiadają historię dwóch braci, tego, jak spędzają czas wolny na zabawach oraz ich wzajemnej relacji. A ta jest taka, jak można oczekiwać pomiędzy rodzeństwem: czasami się bawią, a czasami kłócą. Ale jeśli dołożymy do tego chłopięcą wyobraźnię i koniec świata, to nagle otrzymujemy taką opowieść o chłopięcych wakacjach, jaką Stephen King zawsze chciał napisać i nigdy mu nie wychodziło - może to kwestia tego, że nigdy ich nie ilustrował? :P Można sobie wyobrazić, że upał zamieszał nam w głowach i sami nie wiemy, czy braciom faktycznie przydarzyły się te wszystkie przygody, czy to tylko kwestia ich wyobraźni (co zdaje się sugerować ostatni obraz). Ważne jest to, że na poziomie emocjonalnym nawet czterolatek jest w stanie identyfikować się z "fabułą" książki (wiem, bo to przetestowałam) - może dla małych człowieków tak właśnie wygląda świat i zasady nim rządzące? Może nie wolno nadeptywać na linie, a my, dorośli, już o tym nie pamiętamy?


Mnie jest trochę głupio: w kręgu moich zainteresowań są od zawsze małe dziewczynki, ale może jako matka dwóch synów powinnam się trochę bardziej zainteresować i tym tematem? Obejrzeć w końcu "Stand by Me"? Niby czytam Bradbury'ego, podobał mi się "T.S. Spivet", ale mam wrażenie olewania toposu, który przecież jest dosyć w popkulturze powszechny. Z drugiej strony obawiam się, że po "Regulaminie na lato" nic już nie będzie mi się wydawało dostatecznie dobre. Jeśli będziecie mieli okazję, serdecznie polecam zakup. Naprawdę warto.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.