7 % solution

by 20.1.16 0 komentarze
Podobno człowiek uczy się na błędach. Ha, ha, może inny człowiek niż ja. Taki wiecie, rozsądny, mądry człowiek, który raz do roku mając całego walla na fejsbuniu w kpinach na temat rankingu Kominka, pardon, Jasona Hunta, po prostu spokojnie to przeczekuje. Ale nie, co roku muszę ten cholerny ranking wyguglać i zawsze mi coś w oko wpadnie, a potem żałuję i ja, i moje bolące od headdesków czoło.

Takoż i w tym roku było, wynalazłam blog, a na nim noteczkę słusznej długości o najnowszym epizodzie "Gwiezdnych wojen", zatytułowanym jakże uroczo "Kobiety powinny oglądać Gwiezdne wojny". No ja się z tym tytułem zgadzam, choć nie do końca rozumiałam, że to zwiastun katastrofy, gdy kliknęłam na "Czytaj dalej" i wpadłam w bagno genderu rozumianego jako całkowita rozdzielność płci, zakamuflowanego jako recenzja seansu kinowego. Hm, mam wrażenie, że w "Labiryncie" coś takiego przydarza się w pewnym momencie głównej bohaterce, tylko bardziej dosłownie...

No ale nieważne, mleko się rozlało. I normalnie przeszłabym nad tym do porządku dziennego, jak co roku, ale możecie to zrzucić na karb zmęczenia, senności, braku światła, głodu czy tego, że w tym roku marynowana ryba ma zbyt mało octową zalewę (a może to po prostu ja, your little ray of sunshine), ale stwierdziłam, że ja tak tego nie zostawię.

(Jak mawia Frank'n'Further, dalej wchodzicie na własną odpowiedzialność.)

Ale najpierw słowo wyjaśnienia. Istnieje taka teoria, która mówi, że mamy do czynienia w naszym codziennym życiu tylko z 7 procentami społeczeństwa. W sensie, że do naszych znajomych, rodziny czy czytanych regularnie blogów kwalifikuje się tylko 7 procent ludzi. Kryteria "doboru" tych 7 znajomych procent są różne: miejsce zamieszkania, wykształcenie, poglądy polityczne, zainteresowania itepe itede. Jestem pewna, że jakiś socjolog byłby to w stanie lepiej wytłumaczyć, ale trafiło na mnie. Ważne jest to, że z 93% mamy do czynienia rzadko lub nigdy. Nie dzwonicie do kolegów rasistów, kontakty z koleżanką, która słucha innej muzyki też jakoś się rozluźniły, sąsiad wyprowadził się do innej dzielnicy, więc nie wymieniacie już uwag o pogodzie. Te 7 procent jest przy tym wszystkim taką bezpieczną bańką i dlatego czasami możecie być mocno zaskoczeni faktem, że wybory w cuglach wygrywa PiS. Bywa, taka jest cena wygodnej egzystencji.

No więc ja rozumiem, że blogosfera Kominka diametralnie różni się od mojej blogosfery, nasze osobiste siedmioprocentowe strefy w żadnym momencie nie mają punktu wspólnego. Ale nad pewnymi rzeczami nie mogę przejść do porządku dziennego i nawet nie chodzi o to, że każdy ma prawo publikować w internecie swoje teksty niezależnie od ich poziomu. Spoko, internet, podobnie jak wszechświat i ludzka głupota granic nie ma, dla każdego starczy bitów i bajtów i nie trzeba będzie wołać "Przestrzeni, przestrzeni!", ja też z tego prawa korzystam prowadząc FGttG i nie będę rzucać kamieniami. Ale trzy rzeczy wypunktuję.

1. Całkowite ignorowanie blogów specjalistycznych.

Ok, tak naprawdę mam na myśli głównie blogosferę kulturową. I kucharską. I wnętrzarską. I kosmetyczną. Kurka wodna, nawet szafiarki mam na myśli. Wiecie, wszystkie te setki i tysiące blogów poświęconych jednej tematyce, gdzie widać, że to pasja danego człowieka, którą chciałby się podzielić ze światem i niech będą mu za to dzięki, bo ja wiem dzięki temu, jak ubić perfekcyjną bezę. Albo po jaki komiks sięgnąć. Albo czy dany szampon wart jest zakupu. Może jestem naiwna, ale dla mnie siła blogosfery leży przede wszystkim w szeroko pojętym geekostwie, w zgłębianiu danego tematu, a nie w rozkręcaniu sprzedaży koszulek z najlepszym nawet hasłem, które wkrótce popadnie w całkowite zapomnienie, jak inne podobne mu memetyczne efemerydy.

2. Patrzenie na blogera jako zawód.

Rozumiem, że na blogach można zarabiać. Że blog może być działalnością gospodarczą, polegającą głównie na świadczeniu usług reklamowych, Że co poniektórzy próbują się przebić do świata publikacji książkowych, z różnym rezultatem, nie oceniam, dla każdego starczy tortu. Ale, na litość boską, cała ta gadka o rebrandingu, budowaniu marki czy promowaniu danego lajfstajlu sprawia, że nóż mi się w kieszeni otwiera. Gdzie ja w końcu jestem, na blogu czy w agencji reklamowej? Ja naprawdę nie chcę wiedzieć, że twój biznesplan na najbliższe dwa lata zakłada otworzenie parentingowej (ugh) odnogi bloga, bo po ślubie będziesz się rozmnażać. Pamiętam, że gdy zaglądałam jeszcze na bloga autora "Admiralette", to o szczękościsk mnie przyprawiało zaadaptowane rodem z poradnika customer service dla pracowników Starbucksa "tykanie". Bo nie szło za tym nic głębszego.

3. Promowanie idealnej nijakości.

Kilka rzeczy jest mnie w stanie przekonać do czytania danego bloga: interesująca mnie tematyka, znajomość tematu, osobowość autora oraz styl pisania. Z blogów w całym rankingu Kominka lubiłam czytać Nishkę, dopóki się nie okazało, że wszystkie jej posty są na jedną nutę (ale anegdoty były fajne) oraz... um... hmmm... Nie, tylko Nishkę. Reszta blogerów, by wstrzelić się w jak najszerszy target, stawia na doskonałą bylejakość. Bylejakość językowa, rozmyte poglądy, krótkie teksty, listy Top 10, częste publikowanie postów, byle tylko o blogu nikt nie zapomniał. Do tego social media koniecznie, FB, Twitter, Insta, Snapchat, wszystko to wypełnione pulpą naszych czasów aż po brzegi, bo za długi tekst czy zbyt radykalna, do I dare to say it?, opinia, niedajboże negatywna (le GASP!), mogą sprawdzić, że strzałka licznika obserwujących followersów pójdzie w dół.

Czy więc raport Kominka ma jakąś wartość? Dla mnie osobiście ma: wiem, które blogi omijać szerokim łukiem. Co w sumie jest proste, to i tak nie "moje" 7 procent.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.