#SerialCon 2016

by 3.5.16 0 komentarze
W ubiegłorocznym Serialkonie brałam udział tylko jako widz. Plany miałam, ale ostatecznie pokonała mnie choroba. Gdy jednak dowiedziałam się, że kolejna edycja odbędzie się już w maju, od razu obiecałam, że zrobię prelekcję, i to lengłydżu! Potem organizatorzy dopisali mnie do dwóch paneli, w tym jednego jako moderatora, a ja nawet nie miałam czasu, by się nad tym zastanowić, choć ambitnie próbowałam nadrobić chociaż braki w serialach Marvelowych, zakładając nawet konto na Netflix. Ha ha, turns out, że nie jestem osobą stworzona do serialowych maratonów.

Za to na nowo odkryłam radość konwentowania.



Do Krakowa przyjechałam już w piątek wieczorem; rano zaspałam, ale i tak zjawiłam się w pałacu pod Baranami podczas rozkładania akredytacji. Zabrałam swój identyfikator, wpisałam się na listę i wpadłam na pierwszych znajomych, którzy namówili mnie na punkt programu Aeth i Sejiego o remake'ach seriali z lat 90-tych. Punkt programu był bardzo fajny (mimo nieco krępujących złoceń na ścianach - kto to widział, konwent w pałacu?), zwłaszcza wiadomość, że wraca "Samurai Jack", ale jednocześnie boleśnie uzmysłowił  mi upływ czasu... Stara jestem, ech.

Chciałam potem posłuchać prelekcji o MLP, ale znowu zostałam namówiona na prelekcję, tym razem Zwierza o remake'ach z brytyjskiego na amerykański. Na pewno było coś o "Broadchurch" i "Graceland", ale słuchałam jednym uchem, bo zainspirowana Aeth postanowiłam spisać sobie talking points w świeżo zakupionym notesie w kształcie lisa - rychło w czas.

Jedną z rzeczy, która mnie niemiłosiernie irytowała, było rozbicie SerialConu na trzy miejscówki. Spędziwszy kilka godzin na Rynku przeniosłam się na własną prelekcję do Pauza In Garden w piwnicy Arteteki. Czasu było mnóstwo i w'ogle, ale miałam nieodparte wrażenie, że ciężko było ludzi spotkać w ten sposób. W każdym bądź razie tłumu nie było, ja się nie zdenerwowałam i przez 60 minut nawijałam o bromance'ach. A po prelekcji wreszcie poznałam w realu Piotrka Górskiego! I dostałam figurkę Rarity od Harpijki!

Potem zahaczyłyśmy jeszcze o dyskusję o proceduralach w pawilonie Czapskiego, ale stamtąd ewakuowałyśmy się w trakcie, bo Ninedin i Drakaina wyciągnęły mnie na obiad. Była spora szansa, że na konwent już nie wrócę, bo jak się spotykamy, to rozmowa na różne tematy sama się toczy, a tu dodatkowo były lody szparagowe i faktycznie, trafiłam chyba na końcówkę panelu dyskusyjnego o miłości do postaci, ale nic z niego nie pamiętam.

A bankiet olałam, uznawszy, że wolę spędzić czas z ludźmi.

(Teraz będzie dygresja osobista, której nie mogę sobie podarować. To znaczy mogę, ale nie chcę.)

Żeby nie było zbyt różowo, okazało się, że nie mamy gdzie nocować: pan o smagłej twarzy wyjaśnił nam, trzymając w ręku telefon, na którym wyszukiwał nam nowy nocleg, że padł prąd w hostelu, w związku z tym on nie mógł ani zadzwonić, ani wysłać maila... Zdegustowane machnęłyśmy ręką i zaczęłyśmy szukać nowej miejscówki, co w Krakowie w trakcie majówki jest z góry skazane na niepowodzenie, ale nad nami czuwała opatrzność boża. Dosłownie, bo pod Wawelem dzień wcześniej jeden z męskich zakonów otworzył hostel/hotel/dom pielgrzyma i akurat zwolnił się w nim trzyosobowy pokój. Souffle Agent zaprowadziła nas na miejsce, a potem zamknęła się za nami brama zakonu. Uznałyśmy, że w razie nieoczekiwanej inwazji zombie możemy się długo bronić.

Niesamowicie przystojny recepcjonista wziął od nas pieniążki i dał nam klucz do pokoju, który dosyć mocno nam uzmysłowił, jak bardzo kościół katolicki jest oderwany od rzeczywistości. Widzicie, zakwaterowano nas w budynku dosyć wyraźnie wyremontowanym na potrzeby ŚDM i tych wszystkich ludzi poszukujących tanich noclegów. Warunki teoretycznie są spartańskie: łóżka, stoły i szafeczki. Ale do tego przepiękny jasny parkiet, dla każdej z nas dwie poduszki, trzy ręczniki (pierwszej jakości) oraz ogrzewanie podłogowe w łazience, by pielgrzymom nie marzły stopy... Mnie osobiście jednak rozwaliły parapety z różowego marmuru.

Ale spało się miło, choć przystojny recepcjonista okazał się być klerykiem.

W niedzielę, zgodnie ze świecką serialkonową tradycją, wzięłyśmy udział w blogerskim śniadaniu. Pyszne było. Potem potruchtałyśmy na punkt programu o grzechach polskich seriali Piotra Górskiego, który był filmowany oraz komentowany przez ludzi z branży.  Piotr poradził sobie śpiewająco (ja bym struchlała), wpadliśmy też na pomysł kryminalnej antologii telewizyjnej. Pierwszy sezon (6 epizodów) to "Wampir" Wojciecha Chmielarza, drugi to "Łaska" Anny Kańtoch, a potem się zobaczy. Agnieszkę znaną jako Shee proszę o kontakt!

Potem trafiłam na jedyny punkt programu, do którego mam jakiekolwiek zastrzeżenia. Dwóch młodych mężczyzn  z Gildia. pl opowiadało o antybohaterach, klasyfikując ich według stworzonej do tego skali. Mój problem z prelekcją nie polegał jednak na jej poziomie, tylko na przebijających spod niej seksistowskich poglądach prowadzących. Nazywanie w 2016 córki Ala Bundy'ego puszczalską nie powinno mieć miejsca. Formalne zastrzeżenie mam jedno: stawianie Jessiki Jones w jednym rzędzie z Jaime'm Lannisterem jako antybohatera zdeprawowanego? Oh please!

Na ostatnie trzy punkty programu przeniosłam się znowu do Pauza In Garden, gdzie najpierw prawie usnęłam na panelu o społecznych aspektach DW. Zaczęło się nieźle, a potem 1/3 panelu została poświęcona na omawianie odcinka o Zygonach. A przecież w DW jest tyle tematów, które można było poruszyć!

Pobudziwszy się kawą i sernikiem pomknęłam na podium, gdzie w zacnym gronie dyskutowaliśmy o serialach DC i Marvela. Okazuje się, że nie przepadam za panelami dyskusyjnymi tylko wtedy, gdy w nich nie uczestniczę. Rozmawiało się bardzo fajnie i sympatycznie.

Na koniec moderowałam jeszcze dyskusję o spoilerach, która moim skromnym zdaniem wyszła nieźle, również dzięki aktywnemu udziałowi publiczności.

Jeśli zaś nie mogliście się na SerialConie pojawić, to nic straconego, organizatorzy na swoim fejsbuniowym fanpejdźu udostępniają nagrania z części z nich. Ale za rok się widzimy, co nie?

(Tylko wtedy już ubiorę się jak na festiwal, a nie na konwent.)

P.S. Widać też było wyraźnie, że decyzja o porzuceniu suwerenności i zostaniu wydarzeniem towarzyszącym festiwalu Netia Off Camera była ze wszech miar słuszna i chwalebna.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.