TBR, erm, Sunday

by 5.6.16 0 komentarze
Czas odkurzyć bloga. Dziś będzie króciutko, bom chora i zajęta.


Koncepcję notki pożyczyłam z kanału books and pieces, który bardzo polecam, bo Elizabeth ma fantastyczny gust i świetnie się ją ogląda. Chyba że nie macie na zbyciu dużej ilości kasy do wydania na książki i komiksy, wtedy nie polecam, omijajcie szerokim łukiem.

Anyway, TBR oznacza plan czytelniczy na najbliższy okres czasu. Zwykle jest to TBR Friday, bo plan jest na weekend (kto by tam korzystał z pięknej pogody, kiedy można z książką i herbatą zasiąść w fotelu), ale u mnie jest Sunday, bo dopiero teraz na ten pomysł wpadłam.


A pomysł polega na tym, że doczytam "rozgrzebane" książki, zanim zacznę czytać coś nowego. Ostatnio nie mam problemów z czytaniem, ale już z dokańczaniem książek owszem. Część z nich porzucam, bo nie są warte poświęconego im czasu, ale część chcę dokończyć, bo ludzie, których ocenie ufam, mówili, że są dobre.


Ha ha. Kłamali, buce.

Ale zacznijmy od pozytywów. Przeczytałam "Dziewczynę, którą nie byłam" Caitlin Moran. Oryginału nie zdzierżyłam, ale tłumaczenie czytało się bardzo szybko i przyjemnie i nie mogę się doczekać kolejnych części. Najbardziej jednak rozbawiło mnie porównanie postaci stworzonej przez Moran na wzór i podobieństwo oraz postaci stworzonej przez Davida Mitchella w "The Bone Clocks" - bo obie dziewczyny pochodzą z takiego samego środowiska i przechodzą podobną drogę, ale tylko jedna z nich wydaje się być autentyczna. Swoją drogą, "The Bone Clocks" jest na najlepszej drodze do bycia porzuconymi, bo nie cierpię, gdy elementy SF są w taki sposób w powieściach wykorzystywane - zżymałam się na Grossmana, na Atwood, a teraz na Mitchella.

Drugą fantastyczną powieścią, którą dosłownie wchłonęłam, było "Podwójne życie Pat" Jo Walton. Wiem, że literackości tam zbyt wiele nie ma, czyta się to jak szkic zaledwie, że polaryzacja jest trochę zbyt oczywista, takoż warstwa moralistyczna, a problem głównej bohaterki wzięty z powietrza, ale ja byłam zachwycona. I polecam, ale z zastrzeżeniem, że nie jest to książka dla wszystkich.

Potem niestety było już tylko gorzej.

Wzięłam się za "Stację Jedenaście" Emily St John Mandel. Powinno mi się podobać, bo post-apo i Szekspir. Myślałam, że w trakcie lektury wydłubię sobie oczy. Banda powiązanych ze sobą postaci, z żadną nie można było poczuć więzi, bo Mandel wszystko opisywała z "sense of detachment" - ale widać było, że autorka ma ambicje, bo oprócz Szekspira był komiks SF, magazyny plotkarskie i flota zacumowana u wybrzeży Malezji. Oraz muzeum na lotnisku. I te długie, pseudo-poetyckie fragmenty. Skończyłam tę książkę, bo była bardzo dobrze oceniana, więc sądziłam, że może zakończenie ją uratuje. No nie, było miałko aż do końca. Nie polecam.

Idąc za ciosem postanowiłam też dokończyć "A Long Way to a Small Angry Planet" Becky Chambers, które początkowo wzbudziło mój zachwyt, ale im dalej w las, tym bardziej mój entuzjazm opadał. I nawet nie chodzi o epizodyczną konstrukcję powieści, bo to nawet było interesujące. Chodzi o to, jak miłe były postaci - nawet te, które miały być wredne. Jak autorka brała na tapetę coraz to nowe problemy, ale nie do końca je rozwijała ku satysfakcji czytelnika. Jak niepokoje odczuwane przez bohaterów nie były w stanie zaangażować czytelnika, bo wiedział on w głębi duszy, że autorka zbyt lubi postaci, by zrobić im prawdziwą krzywdę. W efekcie powieść czyta się jak historię o ludziach, którzy biorą sertralinę (a wiem, o czym mówię) - są emocje, ale niezbyt silne, bo leki na to nie pozwalają. Nie wiem, czy wezmę się za sequel.

Oprócz "The Bone Clocks" mam też rozgrzebaną "Mrs Hemingway" Naomi Wood i tę powieść dokończę z przyjemnością. To historia kolejnych żon Ernesta i każda z nich jest inna, każda fascynująca i każda porządnie opisana w sposób niechronologiczny. Polecam, nawet jeśli "lost generation" nie leży w kręgu waszych zainteresowań.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.