Czy Supergirl to serial, którego chcemy?

by 29.12.16 0 komentarze
Podobno Etsy, to od ręcznie robionych prezentów, ma opracowane specjalne procedury na wypadek incydentu, które działają lepiej niż w niejednej korporacji. Chodzi o to, by zaprosić wszystkich zaangażowanych do szczerej rozmowy, bez obwiniania, w której celem jest ustalenie timeline'u wydarzeń oraz opracowanie szczegółowych rozwiązań na wypadek, gdyby incydent się powtórzył.


Jeśli mielibyśmy ten modus operandi zastosować do dzisiejszej notki, do rozmowy musiałabym zaprosić kolejno Tylera Hoechlina (klik) i Lunę  (klik) oraz zarazki grypy żołądkowej, które sprawiły, że zamiast oglądać "Teen Wolfa" postanowiłam zapuścić sobie coś zdecydowanie bardziej lekkostrawnego (pun intended). Obejrzałam więc pierwszy i ostatni epizod "Yuri! On Ice" - meh - i włączyłam "Supergirl".

Drugi sezon, mind you, bo tam jest Hoechlin, a ja jestem najłatwiejsza w mieście.

Okazuje się, że pierwszego sezonu wcale nie trzeba oglądać, jak się nie chce. Ja nie chcę. Ja chcę, by ostatnie dni roku 2016 był miłe i przyjemne, i jeżeli ma mi to zapewnić Kara and co., niech tak będzie, przyjmę to na klatę jak dzieci Kryptonu pociski! Oczywiście, drodzy czytelnicy, tak samo jak was dziwi mnie, że ja, Marvel fangirl, oglądam serial DC, ale wysłuchajcie mnie i moich argumentów.

Więc po pierwsze Tyler Hoechlin, ale on po dwóch odcinkach wraca do Metroplis. Bo wiecie, akcja "Supergirl" toczy się w National City. Ja nie wiedziałam, jestem DC noobem. Ale Tyler, jak na dżentlemena przystało, przedstawił mnie całkiem miłemu gronu innych bohaterów.

Mamy więc jego kuzynkę Karę/Supergirl, która jest uosobieniem cinnamon roll. Serio, to dla niej to określenie zostało wymyślone. Wskutek timey wimey stuff jest teraz młodsza od bobasa, którego niańczyła na Kryptonie. Kara jest fantastyczna jako Supergirl, świetnie się bawi czy to łapiąc spadające wahadłowce, czy to ściągając kotki z drzew, ale trochę gorzej jej idzie bycie Karą - przy czym jest to takie naciągane trochę, bo laska ma pełne poparcie swojej szefowej (rewelacyjna Calista Flockhart), byłego love interest, kuzyna, siostry oraz organizacji rządowej. Together we stand i takie tam, sieć bezpieczeństwa Kary jest ogromna i świetnie działająca.

W tej sieci głównym ogniwem jest siostra Kary, Alex Danvers (przez chwilę sądziłam, że zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa, dopóki nie dotarło do mnie, że to nie to universum *headdesk*), agentka organizacji rządowej, która ma chronić Ziemię przed zagrożeniami. Tylko raczej nie typu globalne ocieplenie, ale inwazja z kosmosu. Więc Alex Danvers wymiata nie tylko w pracy, ale i na polu rodziny, i tylko z randkowaniem ma ostatnio problem, ale podobno i to się zmienia potem (cough, LGBTQ, cough).

Chociaż może to Cat Grant, szefowa Kary, jest głównym ogniwem... Zresztą nie jest to ważne, ważne jest to, że na sam początek mamy trzy porządne postaci kobiece, które się nawzajem wspierają.

Oprócz tego mamy Winna, obowiązkowego geeka, którego osobiście strasznie lubię za Star Warsowe wtręty i fangirlowanie Supermana - choć podobno on tak ma z wszystkimi męskimi superbohaterami.
Winn chyba nie ma życia poza pracą, ale to nie przeszkadza mu być szczęśliwym człowiekiem.

Szczęśliwym Marsjaninem na pewno za to nie jest szef organizacji pozarządowej, J'onn i w sumie go trochę rozumiem, bo samo DEO jest bardzo profesjonalne, ale już ludzie w nim pracujący mniej - to musi przyprawiać o ból głowy.

Z nowych nabytków jest Katie McGrath jako Lena Luthor, i jest jeden mały problem z nią: nie zatrudnia się McGrath do grania pozytywnych postaci, a już na pewno nie takich, które mają na nazwisko Luthor, więc jakiekolwiek zapewnienia by z jej ust nie padały, I AM WATCHING YOU, WAZALSKY!!! Inna sprawa, że między Karą a Leną jest spora chemia i mam nadzieję, że zostanie wykorzystana...



Fabulitas na fanpejdżu FGttG wspomniała, że w "Supergilrl" jest za dużo cukru w cukrze i jest to prawda - w serialu mało kto ginie, krew nigdy nie jest czerwona, a całość przypomina bardziej kreskówkę niż mhroczność, do której przyzwyczaił nas Marvel. Czasami miałam wrażenie, że oglądam serial dla dwunastolatek, ale biorąc pod uwagę rok 2016, zaryzykuję stwierdzenie, że to jest dokładnie to, czego potrzebowałam: czegoś lekkiego, feministycznego i radosnego. I to właśnie oferuje "Supergirl", no strings attached. Osobiście zostałam kupiona. 

(A potem zabiorę się za "Legends of Tomorrow".)

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.