Senpai wa watashi ni kidzuku nodarou ka? - Kawaii Scotland

by 14.1.17 0 komentarze
"Kawaii Scotland" znalazłam, jak większość dobrych rzeczy w życiu, w czeluściach internetu i zupełnie mam w nosie fakt, że takiego pierwszego zdania już użyłam.

Było to tak: zamawiałyśmy w pracy kalendarze z Gindie na 2017 i jakoś tak w oko mi wpadła polska manga. Dotychczasowe doświadczenia wyraźnie pokazały, że manga to coś właściwego li i jedynie Japończykom i nawet idealny styl rysowania nie wystarczy, bo przenieść ją na rodzimy grunt.



Co więc sprawiło, że "Kawaii Scotland" wylądowało w koszyku, a w końcu i u mnie na półce?


Po pierwsze, mam spore zaufanie do poczucia humoru Ilony Myszkowskiej (chatolandia.pl). Po drugie, rysunki wyglądały mega profesjonalnie. Po trzecie zaś, po prostu nie mogłam odpuścić szkockiego jaojca.

A w nagrodę dostałam gender, górę genderu.

No bo wyimaginujcie sobie: dawno, dawno temu Szkoci urządzili seksualną rewolucję i wywalili kobiety do Anglii. Działo się to tak dawno temu, że płeć słaba stała się "stuff of legends", takim potworem z szafy, a dzielni górale mogli się zająć tym, co lubią najbardziej: pielęgnowaniem zarostu, smalcem, pielęgnowaniem zarostu smalcem, owcami i rzucaniem kłodami. Oraz, w przypadku antagonisty głównego bohatera, panicza D. McFloya, skracaniem kiltu (mini-kilt, it's a thing). W efekcie Szkocja zamieniła się w Yaoiland, zaludniony bishounenami do wyboru i koloru.


Głównym bohaterem jest Ukechan, słodki, miły i kochany szesnastolatek. Mieszka z tłumem neko-Szkotów, którzy są jego braćmi, po męczeńskiej śmierci rodziców i chodzi do liceum (przynajmniej dopóki liceum nie spłonie...) I pewnego dnia do jego klasy przenosi się wielce przystojny Semesenpai, uosobienie cnót wszelkich i kokoro Ukechana robi doki doki. Jeśli kiedykolwiek czytaliście jakąkolwiek mangę shoujo, to bez problemu za fabułą nadążycie: Ukechan na wszelkie możliwe sposoby stara się, by Semesenpai go zauważył, a wychodzi jak zwykle, więc w końcu postanawia utopić się w zimnych wodach jeziora Loch Ness, koniec. No, mniej więcej, bo near-death experience sprawia, że budzi się jego ukryta pamięć i Ukechan odkrywa, że tak naprawdę jest księciem z pobliskiego ciała niebieskiego, zesłanym na Ziemię dla własnego bezpieczeństwa.

Okej, więc cześć streszczenia fabuły wyssałam z palca, zdarza się, zwłaszcza, jak człowiek dostanie w twarz i mózg ogromną dawką absurdu - a tego na stronach "Kawaii Scotland" nie brakuje. Interesujące jest jednak dopiero to, że w pewnym momencie o wiele mniej absurdalny okazuje się szkocki Yaoiland i jego mieszkańcy, a o wiele bardziej - fabuła.


Bo fabuła to klisza za kliszą, kalka za kalką kadry i wydarzenia, które setki razy zostały przerobione w shoujo mangach: słodka, naiwna, nieco głupiutka nastolatka, pierwsze porywy jej serduszka, przystojny starszy kolega, bento, kompromitacja, koledzy i koleżanki z klasy, plany, jak zdobyć senpaia, serduszka, kwiatki itepe. Ale jakoś człowieka przechodzi dreszcz, gdy Ukechan i Nekochan stwierdzają, że muszą chodzić do szkoły głównie w celu zdobycia męża. Że ich największą umiejętnością jest pieczenie shepard's pies. I bycie kawaii. I wychowywanie braciszków. Zaczyna się wtedy czytelnik zastanawiać, czy są to faktycznie wzorce zachowań, które powinny być wpajane nastoletnim dziewczynom...

A nie mówiłam, że gender? Autorki, Ilona Myszkowska, Janina Grzegorzek i Katarzyna Stasiowska mają nie tylko spore poczucie humoru, ale i zacięcie feministyczno-socjologiczne, bo i o klasowości kilka scen komentarza się znajdzie.

Można też "Kawaii Scotland" odczytać jako typowy, acz wykonany z niezwykłą swadą pastisz. Ja osobiście chichotałam od blurba aż do ostatniej gratisowej strony, a moja siedemnastoletnia wersja nieco się krzywiła - ach, głupoty młodości! W każdym bądź razie zakup komiksu polecam, a ja czekam na drugi tom!

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.