Borze, mój borze

by 14.3.17 0 komentarze
Wydana w 1972 mikropowieść (dwie godziny z życiorysu wam zabierze, trzy, jeśli będziecie w trakcie lektury robić notatki) jest dziełem na miarę swoich czasów. Motywy, które porusza, niestety się nie zestarzały, ale wykonanie już owszem - nie ma tu bohaterów na miarę Estravena czy nawet Falka. Czy zatem współczesny czytelnik znajdzie w "Słowo las znaczy świat" coś interesującego?


Są takie powieści, które się nie starzeją i takie, które wzbudziwszy sensację w roku premiery zostają zapomniane po 10 latach. "Słowo las znaczy świat" należy do tej drugiej kategorii. Zdobywca nagrody Hugo za rok 1972 dziś nie zachwyca. Ale jest "tworem" pewnej epoki.


W świecie Ekumeny wracamy do początków - Liga Światów jeszcze nie istnieje. Terranie w poszukiwaniu bardzo potrzebnego im drewna kolonizują (ha!) planetę. Jej rdzennych mieszkańców, małe zielone ludziki (ale porośnięte futrem!) zmuszają do niewolniczej pracy, uważając je za głupie i leniwe. Ludzkość reprezentuje dwóch protagonistów: bardzo zły i bardzo macho wojskowy Don Davidson oraz cywil, Raj Ljubow, który wierzy w możliwość porozumienia z tubylcami. Jest jeszcze Selver, któremu przybycie Ziemian narzuca nową rolę - boga, istoty przynoszącej społeczeństwu coś nowego, tłumaczącego nowy koncept. Tym czymś jest zabójstwo.

Metafora jest subtelna jak garnek: Nowa Tahiti ze swoją dżunglą, małymi mieszkańcami, brakiem miast i tropikalnym klimatem to oczywiście Wietnam. Le Guin, przeciwna militarnym działaniom na Dalekim Wschodzie, antagonistą uczyniła wojskowego, wyposażając go w same najgorsze cechy i sugerując, że dla ludzi jego pokroju nie ma szansy na odkupienie, a najgorszym piekłem jest dla nich życie z własnymi myślami. Dobry Ljubow staje się ofiarą rewolucji, ale zyskuje życie po życiu. Selver zaś uczy swoich pobratymców czegoś nowego, ale w powieści zrzucenie jarzma niewolnictwa nie pociąga za sobą długofalowych konsekwencji dla niego samego: to nie jest Frodo wyruszający na Zachód.

Mamy więc sprzeciw wobec kolonializmu, wobec wojny w Wietnamie, wobec militarnej dominacji, mamy też przekonanie, że czasami porozumienie, mimo dobrej woli niektórych, jest po prostu niemożliwe. Mamy też uprzedmiotowienie kobiet, ale tylko zarysowane - w koloniach kobiety są bardziej "resourcami" niż kolonistkami. Podobnie jest z ekologią, mamy katastrofę ekologiczną w wyniku nadmiernej eksploatacji lasu. Ciekawym tematem do rozważań jest fakt, że do uwolnienia się Athsean bardziej przyczynił się zły Davidson niż dobry Ljubow, który swoimi czynami nauczył ich zabijać.
Ja jednak chciałabym zwrócić uwagę na to, jak wiele "Słowo las znaczy świat" ma wspólnego z epoką, w której powstało, z Erą Wodnika. Dla Athsean sen jest integralną częścią życia, momentem, w którym mogą przewidzieć przyszłość, poznać przeszłość, zrozumieć znaczenie zdarzeń i poczuć więź z dalekimi pobratymcami. Przenikanie światów snu i jawy jest dla nich naturalne - ludzie muszą do tego stosować substancje odurzające. Ten mistycyzm, poniekąd wynikający z taoizmu, jest moim zdaniem przede wszystkim odbiciem hipisowskiego stylu życia, bliskiego naturze, pacyfistycznego, komunalnego.

"Słowo las znaczy świat" jest utworem, który się zestarzał. Jest zabytkiem, pomnikiem swoich czasów i jako taki należy go odczytywać.

Ola Cholewa

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.