Ewolucja disneyowskiej księżniczki

by 24.4.17 0 komentarze


Pod hasłem "Jakie czasy, taka księżniczka" porozmawiajmy dziś o tym, jak młode dziewczęta prezentowały się w filmach Disneya od roku 1937. Jako podkład muzyczny posłuży nam video Evynne Hollens, w którym znakomicie prezentuje ona swoje możliwości wokalne. Proszę zapiąć pasy i ruszamy.
(Btw, notka powstała w tym samym czasie co ta w obronie Gastona, ale jej zarys wisiał w szkicach notek przez dobrych kilka miesięcy.)

Chronologicznie rzecz ujmując (to jest najlepsze podejście do każdego tematu, zwłaszcza jak się nie ma innego, ciekawszego pomysłu ugryzienia tematu - chronologia nigdy człowieka nie zawiedzie), pierwszą księżniczką Disneya jest Śnieżka z 1937. Śnieżka jest absolutnie cudowną animacją, zwłaszcza jak widz wie, że to wszystko było zrobione ręcznie. Jak ona się rusza, jak śpiewa, jakie to wszystko było cudowne! Może oprócz tego, że głównym przeciwnikiem Śnieżki była kobieta, nikt ani słowem nie wspomniał o menopauzie (sacre bleu!) i pokwitaniu (a przecież to główny temat tej opowieści! nie? tylko ja tak uważam? pfft) oraz, werble, Śnieżka mimo bycia tytułową bohaterką zostaje uratowana przez księcia. Na białym koniu. No spoko, takie czasy, dziewczyna ma być ładna (check), skromna (check) i umieć prowadzić dom (check).

Następna jest Kopciuszek (1950). Osobiście lubię Kopciuszka, bo sprząta tak, że bohaterki ze studia Ghibli mogłyby się od niej uczyć. W dodatku książę wyrywa ją z domu, od złych sióstr i jeszcze gorszej macochy, ale jest jakby nagrodą za dobre zachowanie, a cała sytuacja została zaaranżowana przez matkę chrzestną. Kopciuszek wychodzi za księcia, ale książę nie jest tutaj bohaterem per se.

Niestety Aurora ze "Śpiącej królewny" (1959) wraca do powielania złych wzorców (albo dobrych, takie to były czasy) i znów księżniczkę ratuje książę. W dodatku ona sto lat na niego czeka! Można mieć zastrzeżenia do "Maleficent", ale jest to film, który przynajmniej częściowo naprawia te wszystkie deus ex machina fabularne, które odbywały się w oryginale. To jest dokładnie takie rewizjonistyczne podejście do materiały źródłowego, które tygryski lubią najbardziej.

Na kolejną księżniczkę Disneya trzeba nam było czekać do 1989 roku (byłam już wtedy na świecie!). Znowu na tapetę wzięto baśń, choć tym razem Andersena. Tu mała dygresja: dotychczas Disney korzystał z tradycyjnych baśni, przekazywanych ustnie i spisywanych dopiero w XIX wieku; dosyć mocno też trzymał się oryginałów. Pewnie, pomijał te co bardziej naturalistyczne aspekty (ale też to samo robili na ten przykład Grimmowie), ignorował zawzięcie wszelkie aluzje do cielesności i seksualności (pewnie dlatego nigdy nie sfilmowano "Czerwonego kapturka") i ogólnie kastrował opowieści z każdej warstwy innej niż dosłowna. Ale nigdy dotychczas materiałowi źródłowemu nie wyrządzono takiej krzywdy jak przy "Małej syrence". Wiecie, Andersen, ze wszystkimi swoimi wadami, potrafił wykorzystać żałość swojego życia i talent pisarski, by zmusić czytelników do płaczu i smutku. On się nie hamował (por. "Dziewczynka z zapałkami" czy "Słowik"). Nie wiem, jak wam, ale mnie happy end dla Arielki i jej księcia niesamowicie gra na nerwach. Pomijając go jednak, disneyowska "Mała syrenka" nie jest taka zła, jeśli przyjrzeć się tytułowej bohaterce. Ba, można by ja postawić koło bohaterek Molly Ringwald z filmów Johna Hughesa i nie tylko dlatego, że też jest ruda, ale dlatego, że postanawia porzucić swoją nudną i ułożoną egzystencję pod opiekuńczymi skrzydłami rodziców i eksplorować inny świat (odpowiednio: subkultur młodzieżowych w amerykańskiej szkole średniej oraz suchy ląd). Arielka jest prekursorem nowej ery Disneya, gdzie książę jest wartością dodaną do wolności. Hurra, niech żyją lata osiemdziesiąte!


W tym nowym, wspaniałym świecie Disneya dostajemy kolejno Bellę (1991), która chce się wyrwać z małomiasteczkowej, dusznej atmosfery, a w efekcie trafia do złotej klatki (SHE TRIED) - nie czytało się Andersena, więc się jest szczęśliwym, Jasminę (1992), która brata się z pospólstwem i...

Nie, moment, muszę pomarudzić na Jasminę. Znaczy ja bardzo lubię Jasminę, ale ten film nadal jest zatytułowany "Aladyn". I nadal jest o awansie społecznym biednego złodzieja, który dzięki sprytowi wżenia się w rodzinę rządzącą. Pewnie, Jasmina jest pełnoprawną bohaterką, uczestniczy w akcji na równych prawach z "księciem" Alim, ale nie da się ukryć, że to ona jest nagrodą. I że jednak, mimo bratania się z klasami niższymi, po ślubie mieszka w pałacu. Ten "whole new world" w wykonaniu Jasminy jest po prostu trochę na pokaz, moim zdaniem.

Na szczęście potem jest Pocahontas (1995). Pocahontas ma własne zdanie, nie dostaje księcia, tylko Smitha, któremu otwiera oczy. Film wygodnie urywa narrację, zanim Pocahontas dotrze do Anglii (serio, nie oglądajcie sequeli, zaklinam was!) i udaje, że tematyka pro-eco, krytyka krwiożerczego kapitalizmu  oraz równie krwawego kolonializmu i powrót do natury (a nie małżeństwo!) to główne zagadnienia napędzające fabułę. Osobiście lubię myśleć, że słowa "ty masz mnie za głupią dzikuskę" są postulatem rzucanym w twarz całemu rodzajowi męskiemu, tak, jak postrzegała go Helene Cixous: mężczyzna to cywilizacja, a kobieta - natura.

W 1998 na ekrany przebojem wdziera się Mulan. Lubię Mulan. Mulan jest odważna, sprytna i pokonuje wrogów, przekuwając wszystkie wady (które punktuje swatka) w zalety. W dodatku ma oboje rodziców, co jest sporym ewenementem, i jej miłość do rodziny sprawia, że nie tylko olewa tradycję, ale w dodatku po niej skacze! Przodkowie przodkami, ale musicie przyznać, że Mulan wszystkim pokazuje środkowy palec - i jest to odświeżające.

(Tak na marginesie, chcę pochwalić Disneya za korzystanie z prawdziwych historii o interesujących kobietach, bo Mulan i Pocahontas są zdecydowanie ciekawsze niż ich baśniowe koleżanki. Całkowicie bez związku chciałabym się pochwalić zakupem książki, która cała opowiada o niezwykłych kobietach: "Good Night Stories for Rebel Girls".)

Na kolejną księżniczkę Disneya przyszło nam czekać aż do XXI wieku. Choć jej pierwowzorem jest baśń (i to taka klasyczna, w wielu wersjach znana w całej Europie), to przeniesienie jej do Ameryki było fajnym posunięciem - szkoda, że film jest taki sobie. Tianę lubię za dwie rzeczy: po pierwsze to bizneswoman, która właściwie osiąga sukces dzięki własnej ciężkiej pracy, a po drugie, oprócz Pocahontas jest jedyną księżniczką, która ma przyjaciółkę. Come on, mówimy o franczyzie, która wyrosła na konflikcie między dwoma kobietami, to jest odświeżające: okazuje się, że kobiety mogą się przyjaźnić i wspierać! I to dodatku kobiety, które różni klasa i kolor skóry, że o sytuacji majątkowej nie wspomnę.

Rapunzel w "Zaplątanych" (2010) bardzo lubię. Nie zmienia to faktu, że znowu mamy dwie kobiety, jedną  młodą, a drugą starającą się za wszelką cenę uniknąć menopauzy (serio, co jest z tą menopauzą u Disneya, czy bohaterki nie mogą brać przykładu z Ursuli?) - ale oprócz tego mamy tu znowu ucieczkę spod skrzydeł nadopiekuńczego, a nawet, nie bójmy się tego słowa, toksycznego rodzica, odkrywanie nowego świata (i zaprzyjaźnianie się z kryminalistami), a na końcu rezygnację z definującego elementu urody. Do tej pory tylko Ariel (głos) i Mulan (kobiecość) musiały coś poświęcić i robiły to z własnej, nieprzymuszonej woli. I wiecie, lubię Flynna Ridera najbardziej ze wszystkich małżonków in spe, ale to nie zmienia faktu, że nagrodą dla Rapunzel to on nie jest.

U Meridy (2012) ta wolność i ucieczka doń zostaje podniesiona do potęgi. Niby są książęta, ale na marginesie całej opowieści, bo po raz kolejny ważny jest konflikt między dwoma kobietami. Ale tym razem ten konflikt to relacja matki i córki. Mam wrażenie, że współczesnym dziewczynkom ten film bardziej się przyda niż "Śnieżka" - czasy się zmieniły i Disney (z pomocą Pixara) to zauważył. Po co opowiadać po raz kolejny historię o pięknej, skromnej sierocie, skoro można dać dziewczynie łuk i konia, a matkę zamienić jej w niedźwiedzia? OK, trochę się zagalopowałam, ale chyba łapiecie, o co mi chodzi? W dzisiejszych czasach mąż nie jest ostatecznym celem młodej dziewczyny.

Anna i Elsa jako współczesne dziewczyny (by PannaN)

I to właśnie Elsa usiłuje wbić do głowy Annie ( 2013) - co nie do końca jej wychodzi, bo obie żyją w klatce i by znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia, muszę się najpierw z niej wyrwać. Andersen przewraca się pewnie w grobie, biorąc pod uwagę, co zrobiono z jego "Królową śniegu", ale ja nie mogę nie przyklasnąć zmianom - zwłaszcza gdy porówna się słodki głosik Śnieżki z mocnym śpiewem Elsy. A poza tym książę jest tym złym i jeśli nie jest to zwrot o 180 stopni od pierwotnej, pro-matrymonialnej polityki koncernu, to ja nie wiem, co nim jest.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.