Byłam w kinie, lato 2017

by 21.7.17 0 komentarze
W kwietniu na blogu pojawił się wpis o filmach, na które w 2017 (głównie w lecie) czekam. Przyszła więc pora na podsumowanie; zwykle o tej porze roku pojawia się relacja z SDCC i pewnie coś wskoczy na fanpejdż - na przykład kwestia zakończenia, po sześciu sezonach, "Teen Wolfa" (ciągle jestem w czwartym sezonie, ekhem).


Dlaczego zdecydowałam się na zbiorczą notkę? No cóż, żaden z filmów nie był rewelacyjny. Moje wnioski i opinie, o które nikt nie prosił, znajdziecie pod wcięciem.

Guardians of the Galaxy vol. 2

"Strażnicy galaktyki 2" nie zebrali na polskich blogach zbyt dobrych recenzji, ale mnie się bardzo podobali. Muzyka wymiatała, takoż Gróociątko (przypomina mi syna), a sequel rozwijał przyzwoicie charaktery i relacje drużyny z przypadku. Może to bardzo millenialsowa idea, że rodzinę się wybiera i nie trzeba się kurczowo trzymać tej rodzonej: Peter znajduje ojca, zawodzi się na ojcu, znajduje Mary Poppins ojca; Gamora wyjaśnia sobie kilka spraw z siostrą, Rocket przestaje być wściekły (no, tak trochę mniej wściekły). Plus spociły mi się oczka, gdy Drax wypowiedział jedno zdanie o córce i jeziorze - ten Bautista to jednak potrafi grać. Oprócz tego było kolorowo, krwawo, a operator kamery powinien jakiego Oskara dostać za scenę walki Rocketa w lesie z bandą zbójców. DVD zostanie kupione i będzie oglądane. Wiele razy.

Pirates of the Carribean 5

OK, to nie był zły film, stwierdzam z perspektywy czasu, i miał całkiem fajne momenty. Tylko ta fabuła się mało kupy trzymała... Na przykład Elizabeth nie jest już królem piratów? Do uwolnienia Salazara wystarczy, że Sparrow rozstanie się z kompasem? Um, a czy kiedyś nie operowała nim Elziabeth właśnie? Carina ma notes, ale będąc w areszcie wyliczenia wykonuje gwoździem w ścianie? Jest superduper czarownica, która służy tylko temu, by dać Barbossie kompas i odczytać notatki ze ściany (gdzie był astronom, ja się pytam?) Ogólnie chcę powiedzieć, że ktoś powinien był przysiąść nad scenariuszem i edycją scen. Ale ciągle jest to lepszy film niż PotC4. Plus Rush gra jakby w bardziej wybitnym blockbusterze i nawet scenariusz mu nie przeszkadza tak bardzo jak Deppowi.

Wonder Woman

Akurat na ten film wybierałam się jak sójka za morze. I chyba miałam rację. Jak na DC jest naprawdę przyzwoity, jak na kino bohaterskie - przeciętny. Plus ja go już raz widziałam, nazywał się "Kapitan Ameryka: pierwszy Avenger". Ma swoje mocne strony: Themyscirę, Ettę i Gal Gadot - mam taką teorię, że efekty specjalne są słabiutkie, bo całość funduszy poszła na animowanie Gadot - tak piękna kobieta nie może po prostu istnieć. Ma też mnóstwo złych scen: komando ze skansenu i wątek romantyczny. Moja opinia rozjeżdża się z opinią reszty blogosfery: to nie był film wybitny.

Mumia

Gdybym miała wybrać najsłabszy z obejrzanych w ciągu ostatnich miesięcy film, to "Mumia" wygrywa wyścig w cuglach. Rany, jaki to był zły film. Przy czym założenia i scenariusz były naprawdę fajne: reboot franczyzy i spokojna żeglugą w serialozowę wielkoekranową. A potem ktoś zatrudnił Toma Cruise'a w roli głównej, dał mu drętwe dialogi i amputował humor, po czym postanowił nakręcić większą część filmu w Londynie. Rozumiecie: film o egipskiej mumii, w Londynie, nikt nie wspomniał o rabunkowej polityce Imperium Brytyjskiego, ani razu. W efekcie nie da się tego na trzeźwo oglądać, bo reszta obsady też równa w dół. Jedyne światełko w tunelu pochodzi od Russella Crowe'a, ale tylko w połowie: jako Jekyll jest beznadziejny, jako Hyde rządzi. Przez jakieś cztery minuty. Naprawdę nie warto, potem trzeba oryginalną "Mumię" obejrzeć na odtrutkę. Imhotep... Imhotep...

Auta 3

"Auta 3" są rewelacyjne i co zabawne, o wiele bardziej feministyczne niż "Wonder Woman". Serio mówię: mają tę lekkość i ciężkość jednocześnie pierwszej odsłony, Zygzak się starzeje, ale też pojmuje coraz więcej rzeczy, no i ta Ameryka! I reżyser wiedział, kiedy przenieść punkt skupienia na nową postać i uczynić ją motorem napędowym fabuły. Brakuje trochę tej rewelacyjnej muzyki z pierwszej części, ale to właściwie jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić. Szczerze polecam, nawet jak nie macie dzieci.

Król Artur: Legenda Miecza

Więc "Król Artur" to jest dokładnie to, czego można by się spodziewać, gdy człowiek usłyszy: Guy Ritchie sfilmował legendę arturiańską. Jest boks, kung fu, drużyna, a do tego olifanty i czarodziejka. Oraz mnóstwo zalodówkowanych kobiet. Na raz, zaliczyć i zapomnieć, ewentualnie zapuścić sceny z Hunnamem bez koszulki. Mrauu.

Transformers 5: Ostatni rycerz

No to jest wybitnie głupi film. Przy czym ma fajne rzeczy: przy piątej odsłonie Bay wreszcie pojął, że przydałoby się te wielkie roboty odróżniać na pierwszy rzut oka, a nie czekać, aż zasuną ze ścieżki "Soundwave acknowledges", więc są kolorowe. Albo są dinozaurami. I jeszcze jest fajny steampunkowy headmaster, który robi za lokaja Anthony'ego Hopkinsa. I totalnie jajcarska scena skakania po wojskowych dronach. Cała reszta jest tak durna, że twarz boli od facepalmów. Ja zapłaciłam haracz Bayowi, wy nie musicie.



Spider-Man: Homecoming

Bonus, bo nie planowałam na ten film iść. Nie jestem fanką Patera Parker. Znaczy nie byłam, teraz już jestem. Holland jest rewelacyjny, wreszcie jest nastolatek i zachowuje się jak nastolatek. I fantastyczna MJ. Plus złol, który jest taki cudownie normalny? If that makes sense? Żaden opętany milioner czy opętany naukowiec czy syn opętanego milionera, nic z tych rzeczy. Po prostu przedsiębiorca, żadnych chęci podbijania świata. Mam nadzieję, że nie popsują tego w sequelu. Beryl twierdzi, ze to jest jak "Teen Wolf" i ja się z tym zgadzam.

P.S. Tak, pójdę na "Baby Driver". Filmów przyszłego męża nie odpuszczam.

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.