Na marginesie rozważań o wzajemnym niezrozumieniu Estravena i Genly'ego Ai

by 11.8.17 0 komentarze
Na marginesie rozważań o wzajemnym niezrozumieniu Estravena i Genly'ego Ai w "Lewej ręce ciemności" wrócił do mnie inny temat problemów ze zrozumieniem innych kultur. Przypomnę, że szifgethor, porady, obraźliwe zachowanie, ignorancja (z jednej ze stron) były po prostu normalnymi zachowaniami drugiej ze stron; zrozumienie nadeszło po uproszczeniu kontekstu. Problem nadal jednak jest ważki i nie tylko na kartach powieści SF, ale w popkulturowym życiu codziennym.



Jest powszechnie znaną prawdą, że każdy fandom ma swój kod językowy. By poczuć się częścią danego fandomu, trzeba ten kod zrozumieć i aktywnie stosować. Nie jest to trudne, gdy fanem czegokolwiek już się jest - mogę to porównać do uczenia się kolejnego języka obcego. Ponadto z uwagi na naszą permanentną imersję w amerykańskiej popkulturze tytuły takie jak "Stranger Things" mają bardzo niski próg wejścia - czyli są łatwo przyswajalne dla wszystkich, jak nie przymierzając hamburgery lub filmy Disneya.

Co jednak z wytworami kultury innej niż bliska odbiorcy?

Przez lata byłam fanem mangi i anime i nadal mam spory sentyment do komiksów i animacji z kraju kwitnącej wiśni - co nie znaczy, że kiedykolwiek przestałam się zastanawiać nad faktem, czy coś, co ja odbieram z dziwne jest uważane za dziwne również przez Japończyków. I nie mam tu na myśli NGE, this is shit. Raczej Rei z "Sailor Moon" i jej moce, zanim została Sailor Mars - dziwne czy nie? Dla mnie tak, ale ja nie znam się na wierzeniach shinto.

Albo rozważmy Pokemony: Wobuffet, którego uwielbiam pasjami, mnie chyba śmieszy z innych powodów niż Japończyków, bo ja tego konkretnego komika w ogóle nie znam. Czy w związku z tym mam prawo śmiać się z Wobuffeta, skoro de facto sprowadzam go do ekwiwalentu poślizgnięcia się na skórce banana i wpadnięcia twarzą w tort?

A co ze studiem Ghibli, zwłaszcza "Spirited Away" - uwielbiam film, ale zawsze mam wrażenie, że nie rozumiem połowy oglądanych na ekranie rzeczy: kwestia odbierania imienia czy rozpoznawania rodziców zamienionych w świnie jest jasna (bo występuje też w europejskich baśniach), ale konflikt Yubaby i jej siostry? O co w ogóle tam chodzi? Czyżby o ucięte wątki? A wszystkie te duchy, zwłaszcza ten w kształcie rzepy? Dlaczego rzepy? Czy Japończycy wierzą, że daikon jest nawiedzony?Koncept łaźni dla duchów jest oryginalny czy zapożyczony? Dlaczego mydło jest drogie? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi!

Podobnie jest w "Ponyo" - co jest właściwe dla studia Ghibli, a co dla japońskiej kultury? Straszliwie to frustrujące.

Żeby nie było, bliższe mi kulturowo kręgi też nie są proste. Pracuję z brytyjskimi klientami i bardzo często proszę o wyjaśnienie pewnych zachowań kolegów z pracy, bo nie wiem, czy to kwestia brytyjskiej uprzejmości czy indywidualnych cech danego człowieka. Możliwe też, że to po prostu ja jestem socjopatką (highly-functioning, rzecz jasna!)

Jak już jesteśmy przy rzeczach wielce frustrujących, francuskie komedie mnie nie śmieszą. Serio, parsknę śmiechem od czasu do czasu - może zbyt wiele obejrzałam amerykańskich wersji? Ten wysublimowany humor jest całkowicie rozbieżny z moim poczuciem humoru, ale też w trakcie seansu z tyłu głowy słyszę cichutki głosik: to ma być śmieszne, czy to różnice kulturowe?

A może po prostu ja zbyt analitycznie podchodzę do popkultury? Może ona powinna bawić, a nie być analizowana na każdym kroku? Może nie należy oburzać się na przyczajone antyfeministyczne podteksty czy utajony postkolonializm? Może nie warto się zastanawiać, dlaczego według Disneya tylko bohaterki z basenu Oceanu Spokojnego zasługują na normalne sylwetki? Albo czy ryba z ludzką twarzą sprowadza tsunami? A może lepiej poddać się upałowi i przestać myśleć?

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.