Australia, czyli jak sfilmować fanfik

by 13.7.11 20 komentarze
SPOILER ZA SPOILEREM POGANIA SPOILER

Wydawać by się mogło, że twórca pokroju Baza Luhrmanna ("Romeo + Julia" i "Moulin Rouge!") gniota nie popełni, a tu proszę, taka niemiła niespodzianka - widz w mojej osobie aż się boi o przyszłorocznego "Wielkiego Gatsby'ego", bo niby Carey Mulligan i ekranizacja powieści jednego z moich ulubionych autorów, ale z drugiej strony ma być 3D, no a poza tym jest casus "Australii"...

Dlaczego marudzę? Właściwie trudno powiedzieć, ale coś zdecydowanie nie zagrało. Założenie było ze wszech miar słuszne - pokazać epickość Australii, jej dzikiej natury, tragicznej historii oraz dziedzictwa kultury Aborygenów z punktu widzenia outsidera - w tym wypadku angielskiej arystokratki Lady Sary Ashley (Nicole Kidman), która zmęczona wieczną nieobecnością męża, bardziej zainteresowanego rozmnażaniem (krów i koni, proszę wyjąć myśli z rynsztoka!) niż żoną, postanawia sprowadzić go z powrotem na łono ojczyzny z dalekiego kraju, który dopiero niedawno przestał być kolonią karną i miejscem zesłań. Oczywiście nie może się obyć bez problemów, z których najważniejszy jest chyba ten, że lord Ashley został zamordowany - władze oskarżają aborygeńskiego wodza, lokalny magnat w biznesie mięsnym "King" Carney ma chrapkę na kontrakt na dostawy wołowiny dla armii (trwa bowiem druga wojna światowa) i tylko krowy z Faraway Downs stoją mu na drodze do spełnienia zamysłu, a wśród obsługi posiadłości znajduje się zdrajca. Dodajmy do tego pół-aborygeńskiego chłopca-sierotę ukrywającego się na farmie, wiecznie pijanego księgowego prowadzącego podwójną rachunkowość oraz pustynne widoczki, a otrzymamy pełnię obrazu, który zobaczyła lady Ashley po przybyciu na dalekie rubieże. Nie zapominajmy też o gburowatym i szorstkim (acz niesamowicie przystojnym) poganiaczu (Hugh Jackman), który może zna się lepiej na krzyżowaniu koni niż na dobrych manierach, ale zdecydowanie nie umniejsza to jego zwierzęcego magnetyzmu.

Australia w pełnej krasie...

Zawiązanie akcji jest więc całkiem standardowe, ale mimo to miło się je ogląda. Arystokratka najpierw nie bardzo może się odnaleźć w australijskiej rzeczywistości, ale szybko (jakby za pomocą cudu) nabiera hartu ducha i wraz z garstką oddanych pomocników przepędza 1500 sztuk bydła aż do portu w Darwin, gdzie z zyskiem sprzedaje je armii. Staje się oczywiście sensacją socjety oraz zdobywa uczucia Poganiacza, z którym pojawia się na wielkim balu charytatywnym, wywołując tym samym mały skandal obyczajowy, po czym oboje całują się namiętnie w strugach deszczu. Ta część filmu jest jak sfilmowany fanfik - począwszy od scen humorystycznych, gdy w trakcie barowej bijatyki bagaż lady Ashley ulega zniszczeniu i wszyscy zainteresowani mogą sobie obejrzeć zawartość jej niezliczonych walizek, poprzez rodzącą się między główną bohaterka i Poganiaczem fascynację, aż po kulminację w postaci monsunu. Osobiście świetnie się w jej trakcie bawiłam, jest to bowiem sprawnie opowiedziana historia z ładnym zdjęciami.

Niestety z "Australią" jest jak z "Titanikiem" - widz otrzymuje dwa filmy w cenie jednego. Przy czym jak jeszcze w drugim jakoś to działa, tak u Baza Luhrmanna niestety nie. Po znakomitej pierwszej części fabuła skacze w przód o dwa lata, do bombardowania Darwin przez Japończyków w lutym 1942 roku, w trakcie którego lady Ashley usiłuje samodzielnie (bo ona i Poganiacz mieli nieco inne poglądy na temat przyszłości chłopca i postanowili się rozstać) odzyskać Nullę, wywiezionego przez władze na wyspę Bathurst. W efekcie widz dostaje coś, co przypomina "Szeregowca Ryana" skrzyżowanego z "Pearl Harbor", ale z postaciami z pierwszej części filmu, i muszę powiedzieć, że nie jest to dobra mieszanka.



Brandon Walters w roli Nulli pokazał klasę aktorską.

Wątkiem, który łączy obie części filmu (oprócz bohaterów, rzecz oczywista) jest historia pół-aborygeńskiego chłopca imieniem Nullah, który ukrywa się w Faraway Downs. Po tragicznej śmierci matki dziecko trafia pod opiekę lady Ashley, która sama nie mogąc mieć dzieci bardzo się do niego przywiązuje i nawet postanawia go zaadoptować. Sam chłopiec jednakże jest bardzo przywiązany do swojego dziadka i chce wraz z nim wyruszyć na wyprawę (ang. walkabout) - swoiste rite de passage dla aborygeńskich chłopców, którzy stają się mężczyznami. To powoduje kłótnię pomiędzy Sarą a Poganiaczem i ich rozstanie; Nullah jest niestety dzieckiem półkrwi i wyniku zemsty zostaje schwytany i odesłany wraz z innymi dziećmi półkrwi na wyspę Bathurst, gdzie misjonarze uczą ich, jak być białymi ludźmi. Nie będę zdradzać, jak cała historia się kończy, bo może ktoś jednak zechce obejrzeć film, ale zamiarem Luhrmanna na pewno było wyciśnięcie z widzów morza łez. Czy mu się to udało? No cóż, osobiście uważam, że nie do końca.

Brandon Walters, mimo młodego wieku, rewelacyjnie pokazał dramat dzieci odbieranych siłą rodzicom (co z tego, że przybranym) i odcinanych od ich dziedzictwa kulturowego, ale sam wątek Skradzionego Pokolenia w "Australii" jest poprowadzony fatalnie, począwszy od edukujących wyjaśnień na początku i na końcu filmu. Jest to plama w historii kraju, którą trudno zmazać, ale przynajmniej nikt na antypodach nie próbuje ukrywać prawdy - a historia zna mnóstwo takich przypadków. Jednak jesli ktoś chciałby zobaczyć dobry film, który porusza tematykę odbierania dzieci półkrwi aborygeńskim matkom (proceder ten trwał przez ponad 100 lat i zakończył się na dobre w latach 70-tych XX wieku, a kolejni australijscy premierzy ciągle za niego przepraszają), polecam "Rabbit-Proof Fence" Phillipa Noyce'a z 2002 roku (nakręconym na podstawie powieści Doris Pilkington Garimary pod prawie identycznym tytułem). Jest to poruszający obraz, nierozcieńczony romansującymi Kidman i Jackmanem czy popisami speców od pirotechnicznych efektów filmowych.

Prawda jest jednak taka, że ja o Australii mało wiem, oprócz tego, że jest to kraj pełen stworzeń, które mogą człowieka zabić samym dotykiem (miniaturowe meduzy), upolować (rekiny), podrapać mu lakier na samochodzie (kangury), złośliwie zasikać garaż (koala) lub urządzić sobie w ogródku ucztę z ptaka (pająki). Jest to też kraj, gdzie na jednego człowieka przypada 6 owiec - zawsze zastanawiało, gdzie one się pasą, skoro większa część kraju to pustynia - a dzieci uczą się w szkołach drogą radiową (wiem to z czytanki ze szkoły podstawowej). Całkiem dobrze znam się za to na filmach i mogę zapewnić was, że zdjęcia są ładne, kostiumy Kidman zdobyły zasłużenie wiele branżowych nagród, a film ogólnie jest polecany przez kobiety innym kobietom z uwagi na mokrego Hugh Jackmana w jednej ze scen - mrau! Dodam też, że Jacek Koman jako gburowaty rosyjski barman jest rewelacyjny, ale ja mam słabość do tego aktora od czasu, gdy zobaczyłam, jak śpiewa zachrypniętym głosem "Tango Roxanne" i odkryłam, że jest Polakiem. Na plus zaliczam też akcent Davida Wenhama w roli antypatycznego Neila Fletchera.



Mój ulubiony strój lady Ashley - resztę znajdziecie w tym wyczerpującym temat wpisie.

A co zaliczam na minus? Przede wszystkim motywacje postaci kuleją: lady Ashley chce adoptować Nullah, bo sama nie może mieć dzieci; Poganiacz nie jest mile widzianym pośród socjety, bo wziął sobie za żonę Aborygenkę, ale mimo to zjawia się na balu; księgowy nagle postanawia pomóc lady Ashley, mimo iż oszukiwał jej męża; Nullah nie rozpacza po śmierci matki. Brak chemii pomiędzy botoksowaną Kidman a Jackmanem - choć podobno tylko ja to tak odbieram. Nie do końca pasuje mi użycie "Over the Rainbow" z "Czarnoksiężnika z Oz" jako motywu przewodniego dla Nulli, który w tekście hitu widzi odniesienia do aborygeńskiej mitologii, głównie z uwagi na oczywistość skojarzenia Oz=Australia.

Fama niesie, że Luhrmann po zarzuceniu pomysłu nakręcania filmu o Aleksandrze Wielkim spędził 6 miesięcy studiując australijską historię w poszukiwaniu tematu na film. Zamierzał nawet osadzić akcję w roku 1787, by pokazać relacje Australii i jej zarówno tubylczej, jak i napływowej ludności z imperium brytyjskim. Ostatecznie zdecydował się okres pierwszej wojny światowej, by pokazać dramat Skradzionych Pokoleń - jest to pomysł ze wszech miar słuszny; szkoda tylko, że został potraktowany w filmie po macoszemu. Główny nacisk położony jest jednak na historię lady Ashley, przez co widz wielokrotnie zastanawia się, jak film właściwie ogląda: romans, film historyczny czy dramat. Odpowiedź na to pytanie nie istnieje, ponieważ sam reżyser nie potrafił się zdecydować na jeden gatunek.



Nullah z lady Ashley

Wikipedia twierdzi, że "Australia" to epicki, historyczny romans filmowy - i ma rację. Oznacza to jednak zbyt wiele jajek w jednym koszyku. To, co grało w "Przeminęło z wiatrem" - przywołuję ten tytuł nie bez kozery - tutaj nie zagrało: może to kwestia happy endu, może braku nostalgii za czymś, co odeszło i już nigdy nie powróci. Może jest kwestia długości filmu (165 minut, prawie jak krótkie bolly) i widocznego podziału na dwie niewspółgrające ze sobą części. Faktem natomiast jest, że film byłby lepszy po pozbawieniu go pewnego zadęcia - zadziałało to w "Krokodylu Dundee", dlaczego nie miałoby zadziałać i tu?


Australia (2008)
Reżyser: Baz Luhrmann
Scenariusz: Stuart Beattie, Baz Luhrmann, Ronald Harwood, Richard Flanagan
Gwiazdy: Nicole Kidman, Hugh Jackman
Więcej informacji: IMDB
Zwiastun: 1

Rusty Angel

Fangirl

Ola. Fangirl. Matka smokom. Żona pisarzowi. Lubi czytać, pisać i uczyć się nowych rzeczy. Uwielbia wielkie roboty.